CK Monogatari - Artur Laisen

CK Monogatari – Artur Laisen
© Paweł Dobkowski

Przyśniły mu się demony. A zaczęło się całkiem standardowo. Siedział jak zwykle na swoim stanowisku w banku i myślał o dziewczynie, która pracowała na drugim krańcu sali. Tak bardzo zależało mu, by się do niej zbliżyć. Ale wbrew pozorom nie było to takie proste.
W prawdziwym życiu pewnie wystarczyłoby leniwie spojrzeć na zegarek, poprosić kolegę o zastępstwo, wstać z miejsca, przejść te dziesięć metrów i zapytać koleżankę, czy nie miałaby ochoty na lunch w pobliskim barze wietnamskim. Później już mogło się oczywiście ułożyć bardzo różnie, ale przynajmniej ten pierwszy krok był oczywisty.
We śnie było dokładnie na odwrót. Piotr wierzył, że gdzieś tam, na końcu sali, znajduje się dziewczyna jego marzeń i snów. Ba, był święcie przekonany, że kiedy tylko spotkają się twarzą w twarz, ona również rozpozna przeznaczenie i razem odnajdą drogę wyjścia z gnębiącego go od lat koszmaru; gdzieś w przestrzeni otworzy się rozświetlony korytarz, którym opuszczą widmowy bank, i wkroczą w obszar prawdziwego marzenia sennego, które – jak wielokrotnie słyszał – przydarzają się niekiedy nie tylko poetom, ale i zwykłym ludziom, oczywiście na miarę ich tęsknot i potrzeb.
Był pewien, że tak naprawdę potrzebuje tylko jednego spojrzenia, jednego uśmiechu, jednego słowa. Wszystko, czego musiał dokonać, to tylko znaleźć się na drugim końcu sali i zwrócić uwagę jasnowłosej dziewczyny w szarym służbowym żakiecie.
I tu pojawiał się problem; rzeczywistość snu w niezrozumiały i pozbawiony jakiejkolwiek logiki sposób sabotowała jego dążenia. Zaczynało się od tego, że nie mógł stwierdzić, czy przerwa rzeczywiście się już zaczęła. Zegarek nagle znikał: albo nie dało się skoncentrować na nim wzroku, albo jeśli w końcu się to udawało, na cyferblacie pojawiała się, dajmy na to, transmisja z sejmu. Więc – chcąc przechytrzyć wredny czasomierz – wyrabiał w sobie arbitralnie przekonanie, że pora już na pewno jest odpowiednia, albo po prostu olewał kwestię dyscypliny pracy i buntowniczo podnosił się z obrotowego krzesełka. Wtedy jednak napadał go niespodziewany klient, a jeśli było trzeba, dwóch czy trzech naraz. Zadręczali go debilnymi pytaniami, krzyczeli na niego, a w skrajnych przypadkach nawet szarpali za ubranie.
Czasem i to nie pomagało. Wtedy wzywał go dyrektor albo przychodziła matka i przypominała, że nie wziął śniadania. W krańcowych sytuacjach na bank napadali terroryści; a gdy biegł na ratunek jasnowłosej koleżance, nieoczekiwanie znajdował się w zupełnie odmiennej scenerii.
Tak blisko, a tak daleko! I nic, zupełnie nic nie można było na to poradzić! Jego szczęście, cały sens jego życia zależał od umiejętności przebycia tych głupich kilkunastu kroków, a on żadną miarą nie potrafił tego dokonać!
Z biegiem czasu było coraz bardziej dramatycznie, nie dość, że nie był w stanie podejść do stanowiska koleżanki, to – co gorsza ­– zaczęła w ogóle znikać mu z oczu! Niekiedy dowiadywał się po prostu, że poszła na urlop, ale innym razem z kolei jej zniknięcie było tajemnicze i niezrozumiałe, sugerujące atmosferę horrorów czy thrillerów. Opanowywała go wtedy romantyczna tęsknota i nieodparte pragnienie, by ruszyć z misją poszukiwawczą, ale wtedy, rzecz jasna, do akcji znów wkraczali klienci, dyrektor lub terroryści. Najgorsze były jednak chwile, kiedy stwierdzał, że w żaden sposób nie potrafi odwrócić głowy i spojrzeć w bok. Tak więc postać kobiety powoli odpływała w zapomnienie; pozostawała tylko niejasna tęsknota, że oto zagubił coś bardzo ważnego.
Taki właśnie był najpopularniejszy scenariusz snu Piotra Jaskulskiego, monotonny i powtarzalny. Dlaczego nawet w cholernym śnie nie mógł liczyć na spełnienie? Gdzie ta oniryczna wolność i szczęśliwość, o której tyle pisali ci pieprzeni poeci? Czy gdzieś zostało zastrzeżone, że nie dotyczy ona ekonomistów?
Oczywiście przez większość czasu mniej lub bardziej niejasno zdawał sobie sprawę, że to tylko sen – w świadomości tej kryło się jednocześnie rozczarowanie i pocieszenie. We śnie ostatecznie, mimo wszystko, łatwiej było liczyć na cud. Może pewnego dnia uniesie się cudownie w powietrze i poszybuje ponad kasami złotówkowymi i walutowymi ku okienku numer sześć i swej wybrance? Intuicja podpowiadała, że rzeczywistość na zewnątrz snu nie zna nawet i tej minimalnej nadziei. Że tam jasnowłosa koleżanka, okienko numer sześć i on sam nigdy już nie znajdą się we właściwej konfiguracji.
Tak więc tkwił od lat we własnym, statycznym śnie niczym w klatce, nie mając siły lub odwagi, by ją skruszyć, szczęśliwy, jeśli przypadkiem udało mu się przez moment uchwycić wzrokiem choć cień profilu jasnowłosej kobiety, coraz bardziej zapadając w bezsilność i rezygnację.
Tym razem też zaczęło się podobnie. Znów (po raz dziesiąty, setny, tysięczny?) siedział przy swoim stanowisku, tłumacząc klientowi zawiłości kredytu hipotecznego i ukradkiem zerkając na zegarek. Bez wielkiej nadziei spojrzał przez ramię w lewo – senna rzeczywistość rozmywała się zaledwie kilka kroków dalej, obecność jasnowłosej kobiety znów była tylko niejasnym przeczuciem.
Lecz wtedy zaszła zmiana. Kształty nagle jakby zaczęły się wyostrzać – jasnowłosa kobieta znów stała się widzialna. Był w stanie nawet dostrzec, że włosy miała upięte w tak zwaną pytkę.
Z wrażenia aż wstał z miejsca, odtrącając klienta niecierpliwym gestem. O dziwo, tamten od razu posłusznie rozwiał się w nieokreśloności. Hm… normalnie nie pomagała nawet seria z kałasznikowa. Piotr powoli wstał zza biurka, bojąc się spłoszyć scenę…
Wizja nadal nie znikała.
– To przecież takie proste. – Zza pleców dobiegł go czyjś głos. – To tylko odległość w czasie i przestrzeni, odległość pomiędzy dwoma uderzeniami serca. Nie wiem, czemu wy, ludzie, zupełnie nie dajecie sobie z tym rady. I jakże mieć tu kontrolę nad życiem, skoro nie potraficie nawet okiełznać snów?
Nie obejrzał się, bojąc się, że jeśli spuści wzrok z jasnowłosej kobiety, to ona przepadnie już na zawsze. Postąpił ostrożnie krok w jej stronę, potem kolejny. Przestrzeń wokół niego zaczęła się konkretyzować; wydało mu się, że dostrzega cień uśmiechu na delikatnym profilu.
– Takie proste – powtórzył głos. Chyba należał do mężczyzny. – Jak widzisz, mogę pokazać ci drogę…
– Nie teraz – warknął Piotr. Chwilowo nie był zainteresowany wysłuchiwaniem metafizycznych wynurzeń swojej podświadomości; po prawdzie nie sądził też, by w tej akurat dziedzinie była w stanie stworzyć coś sensownego. Postąpił kolejny krok w stronę stanowiska nr 6. Siedząca przy nim postać uniosła głowę…
I cała scena rozmyła się, w momencie gdy ich spojrzenia miały się spotkać.
– …jeśli tylko zechcę – dokończył niewidoczny rozmówca.
Piotr niechętnie obrócił się w jego stronę.
– Wiedziałem, że i tak nic z tego nie wyjdzie – westchnął zrezygnowany.
– Dlaczego? – roześmiał się tamten. – Zawsze zastanawiało mnie, czemu ludzie nie potrafią realizować swych pragnień. To takie proste – wystarczy tylko wybrać właściwą ścieżkę i konsekwentnie nią podążać!
Piotr przyjrzał się uważniej swemu interlokutorowi. Gdyby spróbować opisać go w języku jawy, stanowiłby zapewne raczej niespójną postać – ni to ludzką, ni to zwierzęcą (choć oba te aspekty istniały jakby obok siebie, nie łącząc się bynajmniej ze sobą), ni to… Hm… Piotr uznał, że na potrzeby snu może nazwać intruza demonem. Nie żeby tamten wzbudzał przerażenie czy odrazę – wręcz przeciwnie, był nawet w jakiś sposób… pociągający. Jeśli kogoś pociągają demony, rzecz jasna.
– Pewnie zgodzisz się mi pomóc w zamian za moją duszę czy coś takiego – stwierdził domyślnie Piotr. – Trochę oklepane, ale zawsze możemy ponegocjować.
Ostatecznie, pomyślał, jeśli nawet posiadam duszę, to chyba nie jest wiele warta. Co w końcu szkodzi spróbować?
Demon roześmiał się, jak to demon.
A potem nagle Piotr znalazł się w całkiem innym miejscu; przez chwilę wszystko spowijała mgła, ale potem wizja znów zaczęła się wyostrzać, aż wreszcie przywołane z pamięci kształty odnalazły swoje miejsce. To była łąka; gdzieś w pobliżu wiła się Nida, w której pływały pstrągi. Szedł za ojcem wąską, zarośniętą ścieżką. Środek upalnego lata; poniżej koron otaczających rzekę drzew tworzyły się głębokie, przytulne cienie.
Czas płynął powoli, leniwy i swobodny niczym nurt rzeki, niczym przyczajone pod korzeniami pstrągi. Powoli i bezboleśnie, tak jak tylko jest to możliwe w mitycznej krainie dzieciństwa, z której istnienia zdajemy sobie sprawę dopiero wtedy, gdy opuścimy ją na zawsze.
I tak jak to czasem bywa we śnie, Piotr był tym chłopcem, który z wysiłkiem niósł za ojcem sadzyk, ale był też niewidzialnym obserwatorem, stojącym gdzieś – choć niezupełnie – z boku.
Zatrzymali się w niewielkim zakolu. Ojciec z uśmiechem tłumaczył coś chłopcu. Piotr powoli wyciągnął przed siebie rękę. To możliwe – pomyślał, dotykając liścia szeleszczącego na wietrze ­– to naprawdę możliwe.
Daj mi ten liść, szepnął jakiś obcy głos wprost do jego ucha. Od niechcenia odwrócił się, na nowo przypominając sobie o obecności demona. Poczuł ukłucie, to czas na powrót zaczął płynąć, szybko i boleśnie.
– Po co ci on? – zapytał ze zdziwieniem.
Demon uśmiechnął się pobłażliwie.
– Daj mi ten liść, daj mi tę łąkę, daj mi tę rzekę. I tak o nich nie pamiętasz. I tak nie są ci do niczego potrzebne. I tak nie lubiłeś swego dzieciństwa. Po co ci ono? Liczy się przyszłość. Daj mi je, a otworzę ci drogę, której nie dostrzegasz i wreszcie będziesz mógł podejść do okienka nr 6…
Piotr zawahał się. Demon niby gadał z sensem, a jego oferta zdawała się całkiem rozsądna, ale…
– Daj mi go!
Podał demonowi liść. I nagle łąka zawibrowała, zaniosła się krzykiem, a potem rozpadła się na pojedyncze cząstki; demon upychał je do czarnego, skrzącego się worka… Pstrągi w panice trzepotały ogonami i wyskakiwały z rzeki…
I wtedy Piotr zrozumiał. Nie – zawołał z przerażeniem – nie!

Pin It on Pinterest

Shares
Share This