Malajski Excalibur - Daniel Nogal

Malajski Excalibur – Daniel Nogal
© Paweł Dobkowski

Niebo ciemnieje, czubki Al-Abbas Towers rozbłyskują bielą.
Jeszcze niecałą dekadę temu pięciusetmetrowe bliźniacze wieże nazywały się inaczej, ale gdy saudyjskie konsorcjum wykupiło to, co zostało z firmy Petronas po kryzysie gwinejskim, zmiana nazwy była rzeczą naturalną. To wtedy wszystko nabrało rozpędu, wtedy na dobre rozpoczęła się zimna wojna między dwiema największymi potęgami dwudziestego pierwszego stulecia − między światem arabskim a Chinami. A Kuala Lumpur, ośmiomilionowa metropolia i centrum światowej bankowości, stało się jednym z głównych terenów tej wojny.
Dwa stalowo-szklane giganty wyglądają jak obiekty z innej planety, jak coś z dwudziestowiecznych filmów science fiction. Architektonicznie mają ponoć nawiązywać do tradycji muzułmanów, ja jednak stawiałbym na kosmitów. Kiedy słońce chowa się za horyzontem, a wieże Al-Abbas rozświetlają noc niczym gargantuiczne latarnie, gapię się jak zahipnotyzowany. Nie, nie patrzę na nie po raz pierwszy. Tysięczny raczej. Mieszkam w Kuala Lumpur od lat, a i tak, kiedy tylko mam taką możliwość, wieczorem przychodzę tutaj, do mojego ulubionego irlandzkiego pubu z widokiem na dwa kosmiczne olbrzymy. Tutaj też przyjmuję zleceniodawców.
Odrywam wzrok od wież, sięgam po tablet i okulary. Tak, noszę okulary. Nie cierpię soczewek, zakładam je tylko wówczas, gdy nie ma innego wyjścia. Jasne, wiem, że operacje oczu kosztują dziś grosze i można je zrobić wchodząc do kliniki ot tak, prosto z ulicy. Ale nie lubię szpitali, a jeszcze bardziej nie lubię operacji. No dobrze, po prostu cholernie się ich boję.
Włączam tablet i zaglądam do dzisiejszego „New Straits Timesa”. Pierwsze strony jak zwykle zapełniają relacje z chińskich i hinduskich demonstracji w George Town i Kota Kinabalu. Wiadomości opatrzone są komentarzami polityków, rzecz jasna wyłącznie muzułmańskich. Kilka kiwnięć palcem i już jestem w dziale „Biznes”. Shit, akcje Protona dalej lecą na pysk przez te nowe indyjskie cła. Ech, zachciało mi się gry na giełdzie…
Monsieur Llewelyn? – słyszę kobiecy głos z wyraźnym francuskim akcentem. Unoszę głowę.
Businesswomen w grafitowym kostiumie, ładna, koło trzydziestki. To znaczy na tyle wygląda − kto wie, ile operacji plastycznych ma za sobą. Duże malachitowe oczy i kręcone włosy do ramion, ufarbowane na brąz z miedzianymi refleksami. Spódnica kończy się na wysokości kolan, dzięki czemu mogę podziwiać łydki, idealnie wyrzeźbione na siłowni, niezwykle wąskie nad kostką. Tak, przyznaję, kręcą mnie u kobiet takie łydki.
Francuzka patrzy na mnie z uśmiechem i udaje, że nie jest zawiedziona. Spójrzmy w oczy prawdzie, robienie dobrego pierwszego wrażenia to nie moja działka. Pięć stóp i sześć cali wzrostu, więc nawet Azjaci są wyżsi ode mnie. Za duży nos, złamany dwa razy, wiecznie podkrążone ślepia i cera blada pomimo lat spędzonych w tropikalnym słońcu. A do tego jeszcze te okulary.
Oui, c’est moi – odpowiadam w jej języku, wskazując miejsce naprzeciwko. – Et vous, madame?
Mademoiselle – poprawia, z wystudiowaną paryską gracją siadając na wysokim krześle. – Mademoiselle Lafont.
Wciąż stara się zachować niewzruszoną twarz, jednak w jej malachitowych oczach dostrzegam, że zdobyłem pierwsze punkty.
Enchanté – uśmiecham się. – Rozmawiajmy po francusku. Wątpię, żeby w tym lokalu ktoś prócz nas znał ten język. Akurat Francuzów nie spotykam w Kuala Lumpur zbyt często. Co wywabiło panią z ojczyzny?
Wzrusza ramionami.
– A jaka przyszłość czekała mnie w najbiedniejszym z islamskich krajów, panie Llewelyn?
Przesadza. Raz, że mahometanie stanowią póki co dopiero połowę populacji jej ojczyzny, a dwa – w Afryce znalazłoby się jeszcze kilka muzułmańskich państw biedniejszych od Francji prezydenta Saada Mesbaha. Ale fakt, na Czarny Kontynent płyną miliardy złotych denarów z kont arabskich inwestorów i srebrne smoki Chińczyków, podczas gdy Europa tonie coraz głębiej w gównie, na marginesie światowej gospodarki i polityki.
– Na pewno przyszłość mniej barwna niż tutaj – odpowiadam. – Jak przypuszczam, nie dowiem się, kto panią przysyła, ale to nic nie szkodzi. Przejdźmy do rzeczy, dobrze?
Kiwa głową i podaje mi pendrive’a.
– Mój pracodawca musi przekonać do współpracy… pewnego polityka. Potrzebujemy czegoś solidnego. Naprawdę solidnego. Wszystkie informacje, jakie mogą się panu przydać, zebraliśmy na tym dysku.
Teraz to ja przytakuję.
– Zakładam, że pani szef zna moje stawki. Ile mam czasu?
– Mało, panie Llewelyn, bardzo mało.

*

Nazywam się Owain Llewelyn, pochodzę z Cardiff i jestem trackerem, jednym z najlepszych w Kuala Lumpur. Nie, nie ma to nic wspólnego z muzyką ani z torrentami. Bardziej z tropieniem czy szukaniem. I z polowaniem. Nie na ludzi, przynajmniej nie dosłownie. Nigdy dotąd nie musiałem nikogo zabić i wolałbym, żeby tak zostało. Ja wyszukuję informacje o ludziach. Potrzebne są kwity na kogoś z konkurencyjnej korporacji? Albo z tej samej, ale z wyższego stanowiska? Ja to załatwię. Wierzyciel chce wiedzieć, co się stało z człowiekiem, który był mu winien milion denarów? Przychodzi do mnie. Biznesmen życzyłby sobie poznać adresy dwóch Murzynów w garniturach, którzy jeżdżą za nim czarnym protonem prevé? Podam mu je na tacy. Przyjmuję zlecenia od prywatnych osób, od korporacji i banków, od partii politycznych i innych gangów. Najczęściej przekazywane przez małomównych pośredników, tak jak i tym razem. Posiadam kontakty tam, gdzie czasem nawet tajne służby nie mają swobody działania: triady, nigeryjska mafia, hinduskie gangi i tak dalej.
Wychodzę z Ferguson’s Pub i idę na podziemną stację RapidKL. Kolejka akurat podjeżdża, więc już dziesięć minut później wysiadam na przystanku przy Chinatown, niedaleko hinduskiej świątyni Sri Mahamariamman. Codziennie mijam ten dziwaczny budynek, wyglądający jak stroma piramida zmontowana z kolorowych figurek – jakby murarze obrobili hurtownię zabawek. Mieszkam przy tej samej ulicy, przy Jalan Tun H. S. Lee, na piętrze kolonialnej kamienicy należącej do starego Chińczyka, pana Yao.
Wprowadziłem się tu zaraz po przylocie do Kuala Lumpur i choć już od dawna stać mnie na coś lepszego, wolę zostać. Dlaczego? Po pierwsze, to samo centrum miasta, a więc wszędzie stąd blisko. Po drugie, niewielu tu policjantów i mało kamer, a dużo ciemnych kątów, w których łatwo zniknąć. No i nigdzie na świecie nie ma lepszego żarcia. Specjały ze wszystkich regionów Chin – od Mongolii Wewnętrznej do Hajnanu, od kurczaka gongbao po char siu z makaronem. A jeśli ktoś woli dania indyjskie, wystarczy krótki spacerek, żeby trafić stąd do krainy placków naan, kolorowych sosów i ryżu podawanego na palmowych liściach. A może malajski satay albo nasi lemak? Coś z kuchni indonezyjskiej? Filipińskiej? Tajskiej? Proszę bardzo! Jest tu nawet bar z pierwszorzędnym sushi, wielki szyld z Shin-chanem widać z daleka.
Wchodzę do mojego małego mieszkania, urządzonego tak skromnie, że nie powstydziłby się go buddyjski asceta. Włączam klimatyzację, żeby przegonić tropikalny zaduch, a potem siadam w wiklinowym fotelu przy biurku ze sklejki. Siedzisko skrzypi pod moim chudym tyłkiem, czekający na blacie laptop mruga zachęcająco zielonym oczkiem. Odpalam go i podłączam pendrive’a panny Lafont. Zobaczmy, nad kim mam popracować.
Gdy na ekranie pojawia się zdjęcie i nazwisko, robię wielkie oczy. Cmokam i odwracam się w kierunku okna, przesłoniętego drewnianymi żaluzjami. Jak ona powiedziała? Pewnego polityka?
Amar Razali. Prezes Stronnictwa Malajskich Liberałów. Choć w ostatnich wyborach jego partia zdobyła tylko sześć procent głosów, to Razali i tak jest jednym z najważniejszych ludzi w państwie. Czemu? No dobrze, czas na krótki wykład z przedmiotu: współczesna scena polityczna Malezji.
Ponad połowę miejsc w parlamencie posiada New Alliance, czyli sojusz Narodowej Organizacji Zjednoczonych Malajów i Partii Islamskiej. Drugą siłą jest Equality Front, to znaczy Towarzystwo Chińskie plus Kongres Indyjski i jakieś nieistotne przystawki. Miejsce trzecie i ostatnie przy parlamentarnym korycie zajmuje Stronnictwo Malajskich Liberałów. Malutkie w porównaniu do wymienionych wcześniej gigantów, jednak wystarczająco duże, by razem z New Alliance zbudować większość dwóch trzecich, potrzebną przy ważniejszych głosowaniach. Razali nie wszedł w koalicję, więc sprawy mają się tak: malajscy nacjonaliści i islamiści chcą coś przepchnąć, muszą przekonać szefa liberałów. Chińczycy i Hindusi pragną coś zablokować, pukają do drzwi Razaliego. Koniec wykładu.
Ciekawe zatem, czy panna Lafont pracuje dla New Alliance, czy raczej dla Equality Front. Ale jeszcze bardziej ciekaw jestem tego, cóż to za głosowanie się zbliża, że któraś ze stron potrzebuje pewniejszej metody niż praktykowane od początku kadencji polityczne przekupstwo.
Prawda jest jednak taka, że nie muszę tego wiedzieć. Ja mam skupić się na czymś innym. I już przed zapoznaniem się z zawartością pendrive’a, doskonale zdaję sobie sprawę, że zadanie będzie piekielne trudne. Gdyby haki na Razaliego leżały na ulicy, już dawno ktoś by je podniósł. Jeśli nie politycy innych ugrupowań, to służby, jeżeli nie oni, to korporacje albo triady. A wszystko wskazuje na to, że szef Stronnictwa Malajskich Liberałów decyzje podejmuje niezależnie i zawsze głosuje tak, jak mu się akurat opłaca, za każdym razem szkodząc komu innemu. Cud, że jeszcze nie przydarzył mu się wypadek, na przykład jego limuzyna nie spadła z mostu ani nie rozbił się helikopter.
To znaczy − żaden tam cud. Amar Razali nie jest przecież idiotą, ma pełną świadomość tego, jakie ryzyko niesie ze sobą gra, w której uczestniczy. I ma fortunę – niestety, zdobytą najwyraźniej legalnie. Głównie za pomocą fabryk pobudowanych najpierw w Etiopii, a potem w kolejnych afrykańskich krajach − jeszcze biedniejszych, takich, w których robotnicy godzili się na niewolniczą pracę w zamian za jeszcze mniejszą miskę ryżu czy co tam się je na Czarnym Lądzie. W każdym razie Razali jest dziś jednym z najbogatszych malajskich przemysłowców. Stać go więc na armię byłych komandosów i agentów specjalnych, dbających o jego bezpieczeństwo dwadzieścia cztery na siedem. I to prędzej on ma haki na innych malezyjskich VIP-ów, niż oni mają na niego. Panna Lafont wysyła mnie na mission impossible.
Wstaję, fotel skrzypi z ulgą. W mieszkaniu jest już przyjemnie chłodno. Idę po macedońskie wino. Po drodze włączam celtycką muzykę, pomaga mi myśleć. Potem wracam do laptopa z butelką i kieliszkiem, nalewam sobie i zaczynam przeglądać zawartość pendrive’a.

Pin It on Pinterest

Shares
Share This