Błąd warunkowania - Anna Nieznaj © Anna Pągowska

Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl

%

Średnia ocena % ze wszystkich recenzji

Darmowy fragment!

Błąd warunkowania – Anna Nieznaj

Jest koniec XXI wieku, układ sił na świecie zmienił się radykalnie. Jednak najlepszym narzędziem prowadzenia wojny pozostaje nauka: zbroi globalne potęgi, buduje prywatne imperia, dostarcza narzędzi szaleńcom.

Gdy Czarne Koty – genetycznie zmodyfikowani agenci unijnego wywiadu – próbują sprostać roli, do jakiej ich zaprojektowano, pewien niedoszły naukowiec o duszy awanturnika wpada w niebezpieczne towarzystwo. Ich losy zaczynają się splatać.

Autor: Anna Nieznaj
Tytuł: Błąd warunkowania
Seria: Czarne koty, tom I
Rok I wydania: 2014

Format: 12.5×19.5 cm
Liczba stron: 380

Oprawa miękka: ISBN 978-83-7995-013-3

eFormat: ePub/mobi
ePub: ISBN 978-83-7995-014-0
mobi: ISBN: 978-83-7995-015-7

Ceny sugerowane:
Oprawa miękka: 39,99 zł
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

Anna NieznajAnna Nieznaj

Rocznik 1979. Absolwentka matematyki, programistka. Mężatka, ma dwoje dzieci, mieszka w Lublinie. Debiutowała w druku w 1996 r. pod panieńskim nazwiskiem Borówko. Publikowała opowiadania w „Filipince”, „Science Fiction”, „Science Fiction, Fantasy i Horror”, antologii pokonkursowej Science Fiction po polsku 2 wydawnictwa Paperback oraz w internecie na portalach Esensja, Fahrenheit i Szortal. Laureatka konkursu Pigmalion Fantastyki 2010, finalistka Horyzontów Wyobraźni 2011. Zajmuje się też selekcjonowaniem tekstów dla działu literackiego Esensji. W fandomie znana pod nickiem Cranberry.

Najtaniej kupisz w:

Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl
 logoVirtualo
Publio_logo

I TY POZNAJ PRZYGODY KOTÓW!

KUP KSIĄŻKĘ!

Bardzo lubię taką „fantastykę bliskiego zasięgu”, gdzie świat i bohaterowie są jeszcze na tyle podobni do tego, co znamy, że można ich bez większego trudu zrozumieć, a jednocześnie jest w tym wszystkim fantastyczny element inności, który każe czytelnikowi mówić: Wow, sam bym na to nie wpadł! Tym elementem są tu przede wszystkim ludzie-koty, pomysł na pozór może nieszczególnie oryginalny, ale zrealizowany tak, że byłam pod sporym wrażeniem. A jest w książce jeszcze więcej: są elementy cyberpunku, akcja i skomplikowane uczucia, jest nawet wątek kryminalny, a także Europa przyszłości ze zmienionym i nader ciekawym układem sił politycznych. Nie jestem pewna, czy chciałabym w niej żyć, ale wiem, że bardzo chętnie przeczytam drugi tom tej historii.

Anna Kańtoch

czterokrotna zdobywczyni Nagrody im. Janusza A. Zajdla

Po przeczytaniu Błędu warunkowania doszłam do wniosku, że bardzo chętnie sięgnę po drugi tom. Książka gwarantuje dobrą rozrywkę, a lekki styl autorki nie męczy. Polecam osobom, które cenią sobie wartką akcję i nutkę przygody.

Aleksandra Brożek-Sala

recenzent, Szortal

…dla mnie główną zaletą Błędu warunkowania są bohaterowie. Można ich lubić albo nie, ale nie są konstruktami wygenerowanymi na zasadzie “imię + jedna-dwie charakterystyczne cechy”, tylko pełnowymiarowymi ludźmi z całą gamą mocnych i słabych stron, gustów, przyzwyczajeń, pragnień, dziwactw i pięt Achillesa. Dlatego właśnie twierdzę, że Błąd warunkowania to nie tylko SF bliskiego zasięgu, ale również (a może przede wszystkim) dramat psychologiczny.

Agnieszka Hałas

pisarka

Błąd warunkowania Anny Nieznaj to zbiór historii z niedalekiej przyszłości Europy: przyszłości, w której armia wykorzystuje osiągnięcia genetyki do ulepszania żołnierzy, równowaga sił na świecie uległa mocnemu zachwianiu, a mafia dzięki nowinkom technologicznym zyskała nowe możliwości. Myli się jednak ktoś, kto po takim opisie oczekuje głównie spektakularnych wybuchów i mafijnych porachunków…

Magdalena Kubasiewicz

recenzent, Esensja

Pokrzywnica: A tu jest cała gromada kocich mutantów! I to na dodatek komandosów (może właściwiej byłoby: kotandosów?). Całkiem nowa opowieść o Kotach w Butach.

Leniwiec Literacki

Autorka zabiera nas w niedaleką przyszłość. Jest koniec XXI wieku: Unia Europejska sfederalizowała się, Kalifat ze stolicą w Rijadzie, obejmuje terytorium północnej Afryki, Stany Zjednoczone nie odgrywają już tak ważnej roli w światowej polityce. Nauka znacznie się rozwinęła. Wykorzystuje się nanoboty, udoskonalone zostały metody manipulacji materiałem genetycznym. Jest to również świat Czarnych Kotów – ulepszonych szpiegów, stworzonych oczywiście na potrzeby armii. Ich zadanie polega na przenikaniu na terytorium wroga, wtapianiu się w środowisko i zdobywaniu tajnych informacji.

Magdalena Golec

recenzent, Szortal

Błąd warunkowania to zbiór opowiadań, które wprowadzają czytelnika w skrupulatnie budowaną intrygę i, broń Boże!, nie można oceniać go po okładce. Tajni agenci z genami kotów są ciekawym pomysłem, a co najważniejsze, dobrze zrealizowanym. Poszczególne misje unijnych agentów są pełne akcji i adrenaliny, a przeżywanie ich przysparza sporo zabawy.

Artur Arto Sobala

recenzent, Bestiariusz

Nie lubię science fiction. Z niewiadomych przyczyn gatunek ten wzbudza u mnie ni mniej, ni więcej, tylko odrazę – i nawet Lema, chociaż cenię za kunszt literacki, polubić nie potrafię. Jakiś diabeł podkusił mnie jednak, by sięgnąć po opowiadającą o końcu XXI wieku książkę Anny Nieznaj Błąd warunkowania.

Joanna Krystyna Radosz

recenzent, Magazyn Kontury

A MOŻE WOLISZ EBOOKA?

KUP EBOOKA!

Fragment powieści

Czarne Koty

Siedzieli wszyscy pięcioro w dużym vanie zaparkowanym pod siedzibą MI6. Nawet jeśli znudzony kierowca rozumiał ich prowadzoną po polsku rozmowę, nie dawał tego po sobie poznać. Nie poruszali tematów istotnych dla wojskowego wywiadu.
Sanja Popović, wysoka dziewczyna z ciemnorudym końskim ogonem, przyglądała się kuriozalnej fasadzie budynku z końca dwudziestego wieku. Mimo upływu blisko stu lat nie nabrał on ani polotu, ani elegancji. A to i tak była ta strona, od której wyglądał normalniej. Widziany z drugiego brzegu Tamizy wyrastał nad rzeką jak ziggurat, na dodatek biało-zielony. Napuszony rozmach stylizacji boleśnie wżerał się w oczy.
Sanja oderwała wzrok od architektonicznego koszmaru i zajrzała przez ramię czytającemu koledze.
– Co tam, Peter? Znowu jakieś flaki? – spytała.
W formacji było trzech chłopaków i wszyscy oprócz naszywek Wojskowej Akademii Technicznej nosili też na mundurowych kurtkach znaczki uczelni medycznej. Z tym że każdy z innego powodu.
Peter Rueckner interesował się medycyną i gdyby mógł sam wybrać sobie zawód, na pewno zostałby cywilnym lekarzem. Steve Griffin był z całej piątki najinteligentniejszy i interesował się w zasadzie wszystkim. Tomek Lewicki z kolei – wyłącznie karabinami snajperskimi i życiem imprezowym. Uznał, że studia na ratownictwie pójdą mu najłatwiej – będąc Kotem, pewne rzeczy wyczuwał po prostu intuicyjnie.
– Dzisiaj nie flaki – odpowiedział z westchnieniem Peter, który chyba chętniej zagłębiłby się w podręcznik anatomii. – Organiczna. Mam koło na polibudzie.
Odwrócił monitor w stronę Sanji. Nawet nie spojrzała, zawsze wolała matematykę i strzelanie niż chemię i wybuchy. Pirotechnik byłby z niej żaden, łącznościowiec może nieco lepszy.
– Ja się nie muszę uczyć – rzuciła nonszalancko. – Mam tatusia generała.
Koledzy parsknęli. Teraz to ich bawiło, ale kiedy kilka lat temu Popović przypadkowo usłyszała ten zarzut, podejrzenia o syndrom szerokich pleców ubodły ją do żywego. Czasem lepiej byłoby nie mieć tak wyczulonego słuchu.
– Mykicioniuk idzie! – zawołała druga z dziewczyn, jasnowłosa Majka.
Od wejścia do biało-zielonego budynku przez rozległy parking szedł szczupły mężczyzna w mundurze unijnego pułkownika. Miał lekko śniadą cerę, a jego pociągłą twarz okalała krótko przystrzyżona czarna broda.
Rozsunęli przed nim drzwi vana. Wskoczył zwinnie do środka i dał znak kierowcy, żeby ruszał. Młodzi nie odrywali wzroku od pułkownika.
– No to zaczynacie – powiedział Mykicioniuk z miękkim wschodnim akcentem.
– Kiedy? – wyrwało się podekscytowanemu Tomkowi.
– Teraz. – Nie czekając na ich reakcję, dowódca ciągnął: – Znacie oczywiście wiadomości z tego tygodnia?
Przez rozgorączkowane młode głowy przemknęła gonitwa myśli. Zbliżający się szczyt Indie – Rosja? Zamachy bombowe w Sofii? Próba porwania córki niemieckiego kanclerza?
Tomek Lewicki już widział oczyma duszy, jak przenikają do otoczenia rosyjskiego prezydenta, żeby śledzić przebieg tajnych rozmów. Maja Szymczyk – jak z Ruecknerem odnajdują i rozbrajają kolejne bomby. Sanja przełknęła nerwowo ślinę, modląc się, żeby organizowana w pośpiechu i budząca wielkie nadzieje pierwsza prawdziwa akcja Czarnych Kotów nie polegała na tym, że one z Majką będą od tej pory towarzyszyć pannie Hortz w zakupach, spacerach po mieście i wyprawach do kina.
– W tureckim mieście Adana – kontynuował tymczasem Mykicioniuk – było przedwczoraj wieczorem trzęsienie ziemi.
– Siódemka w skali Richtera – dopowiedział Steven Griffin, skupiony i poważny. – W całym regionie stan wyjątkowy, armia pilnuje porządku przy akcji ratunkowej.
– Zgadza się. –Pułkownik kiwnął głową. – Nowe dzielnice wysokościowców stoją nietknięte, architekci musieli mieć dobrze zrobione symulacje wstrząsów. Za to starsza część miasta jest w ruinie. Turcy głośno się tym nie chwalą, ale ze zdjęć satelitarnych wynika, że na przykład mocno uszkodzone jest więzienie o zaostrzonym rygorze. Kto miał zginąć, ten zginął, niejeden pewnie uciekł. Ogólnie, sympatycznie to tam nie jest.
Popović uświadomiła sobie nagle, że skoro Mykicioniuk zaczął odprawę przy kierowcy, to ten szoferem bywa wyłącznie od święta. I że – wbrew pozorom – świetnie zna polski. Widocznie jednak wie o całej sprawie więcej niż oni.
– Na neutralnym gruncie tureckim przeprowadzano w ostatnich tygodniach pewną delikatną misję. Człowiek do tego oddelegowany działa jako Charles Reade. Nie wiemy dokładnie, jak w tej chwili wygląda.
Szczupłe palce Mykicioniuka przebiegły po panelu w drzwiach vana i jedna z bocznych szyb auta zmatowiała. Kiedy oficer wsunął do czytnika kartę pamięci, na zmienionym w monitor oknie pojawiły się kolejne zdjęcia.
Dopiero przy bardzo uważnym przyjrzeniu się widać było, że wszystkie przedstawiają tego samego mężczyznę. Zmieniały się: kolor oczu, zarost, długość i odcień włosów, chociaż Reade najwyraźniej preferował wariant z krótką czarną fryzurą, zapewne naturalną.
Wszystkie wcielenia agenta łączył ogólnie rozumiany styl, który Sanji kojarzył się z frazami typu „garnitur sportowy”. Nie umiałaby opisać, jak taki strój powinien wyglądać, ale wiedziała jedno – było to dla niej określenie wewnętrznie sprzeczne.
– Kontakt z Reade’em – ciągnął Mykicioniuk – urwał się tuż przed pierwszymi wstrząsami. Oczywiście szukają go oficjalnie przez konsulat i nieoficjalnie przez swoich rezydentów w Adanie, ale bez efektu. Macie go odnaleźć i przywieźć do Londynu. Jeżeli zginął, zidentyfikujecie ciało i zabezpieczycie rzeczy osobiste.
Milczeli przez chwilę, a kiedy stało się jasne, że Mykicioniuk nie powie już nic więcej, odezwał się Griffin:
– Będziemy potrzebować…
– Wiem – wszedł mu w słowo dowódca. – Już dojeżdżamy do domu komandora Reade’a.

*

Van zjechał z estakady i skręcił w sześciopasmową ulicę prowadzącą na przedmieścia. Mijane budynki były niższe niż w ścisłym centrum, niektóre nie miały nawet trzydziestu pięter. Po lewej stronie mignął rozległy obszar parków pałacowych Hampton Court i wjechali między domy luksusowej dzielnicy mieszkalnej.
Miejsce drapaczy chmur zajęły ukryte w zieleni podmiejskie posiadłości. Spory telebim przy szosie wskazywał zjazd w stronę klubu golfowego. Sanja zerkała za okno samochodu, starając się nie ujawniać swego czysto turystycznego zainteresowania.
Koty wożono w dzieciństwie do prywatnej warszawskiej szkoły samochodami na wojskowych rejestracjach. Projekt nie mógł być całkowicie tajny – trudno zamknąć dzieci na poligonie w Nowej Dębie i nie wypuszczać do ludzi, dopóki nie skończą szkolenia – więc objęto ich mało demonstracyjną, lecz jednak czujną ochroną.
W przypadku młodych Kotów wybór elitarnej szkoły wynikał ze względów bezpieczeństwa, ale już na przykład generał Popović biegał jako podrostek do najzwyklejszej państwowej podstawówki w rodzinnej Rijece. A i teraz nie grywał w golfa.
Samochód wjechał w boczną uliczkę z wysokimi żywopłotami po obu stronach. Dotarli do stalowej bramy, która rozsunęła się przed nimi, zanim zdążyli się zatrzymać. Sanja odruchowo zlokalizowała ukrytą u szczytu ogrodzenia kamerę. A raczej – jedną z kamer.
Popović tak się nastawiła na ciąg dalszy widoków niczym z folderu „Uroki hrabstwa Surrey”, że zaskoczyło ją, gdy spomiędzy drzew zamiast klasycznej sylwetki podmiejskiego dworu wyłoniła się nowoczesna willa – łagodne linie stali i szkła.
Na podjeździe stały trzy czarne vany, identyczne z tym, którym przyjechali. Mykicioniuk się spiął.
Kiedy wysiadali, obrzucił młodych ostrym spojrzeniem.
– Lewicki, zapnij mundur. Griffin, czapka – rzucił i ruszył do wejścia.
W obszernym hallu kręciło się kilku agentów w cywilu. Okazali wchodzącym minimum uwagi i przepuścili ich do salonu.
Z fotela po przeciwnej stronie pokoju podniosła się niewysoka kobieta w szarej garsonce, a oni jednocześnie, jak na rozkaz, wyprężyli się na baczność. Wszyscy, łącznie z pułkownikiem.
Podeszła bez pośpiechu. Jeżeli wierzyć oficjalnym materiałom dla mediów, miała dokładnie sześćdziesiąt dwa lata. Jej krótkie włosy były już całkiem siwe. Usta podkreślone pozornie śmiałą, lecz w tym przypadku nienaganną czerwoną szminką i oczy – błękitne i chłodne. Niemal pozbawione emocji, analityczne.
Dame Rachel McLeary, od dziewięciu lat szefowa MI6.
– Spocznij – rzuciła półgłosem, a buty Kotów przepisowo zaszurały po terakocie w kolorze gorzkiej czekolady.
Przyglądała im się badawczo: ich mundurom z biało-czerwonymi flagami na ramionach, orzełkom na czapkach i oczywiście – twarzom. Przez myśl Sanji przebiegły teraz wszystkie filmowane ćwiczenia, badania psychologiczne, testy sprawnościowe. Archiwalne materiały projektu i coroczne raporty; dame Rachel należała do tych kilkunastu osób w Unii, które wiedziały o Kotach więcej niż one same.
Ale teraz widziała ich po raz pierwszy na własne oczy. A przynajmniej – tu Sanja zreflektowała się – po raz pierwszy z tak bliska i bezpośrednio. Może pani McLeary znajdowała się kiedyś za jakimś weneckim lustrem lub w odległym pokoju, ukryta za ochronną barierą betonu, kamer, światłowodów i monitorów. Ale nigdy bliżej.
Płatki zadartego, piegowatego noska rudej Sanji drgnęły zauważalnie, kiedy szefowa wywiadu zatrzymała się przed nią. Spod perfum, dyskretnej smugi nikotynowego dymu, pudru i drażniącego zapachu maskary węch wyłowił tę jedną, niepowtarzalną nutę. Popović jej nie rozpoznała.
Dame Rachel szła dalej wzdłuż szeregu. Minęła wysokiego Petera Ruecknera, o ciemnoblond włosach i typie urody, który matka Sanji zwykła nazywać „nordyckim”. Potem Tomka Lewickiego, nieco niższego, ale za to z wyraziście zaznaczoną szczęką i bezczelnym błyskiem w czarnych oczach.
Zatrzymała się na krótką chwilę przy Mai Szymczyk, która wyglądała jak dziewczyna z plakatów werbunkowych rozwieszanych w żeńskich akademikach politechnik i szkół sportowych: jasne włosy związane w kucyk, sympatyczna buzia, mundur i harde spojrzenie twardzielki nie do zdarcia. Brakowało tylko karabinu i kevlarowego hełmu, a w tle czołgu, wyrzutni rakiet albo myśliwca.
Potem Rachel McLeary podeszła do ostatniego z Kotów.
– Steven Griffin… – stwierdziła, a drobny chłopak odruchowo znów trzasnął obcasami.
Jedyny z całej piątki poddany Jego Królewskiej Mości. Decyzja o wyborze rodziców Steve’a do projektu budziła kontrowersje. Ale poprzednicy dame Rachel odpowiadali zawsze to samo – są absolutnie pewni porucznik Griffin, jej męża oraz ich rodzin. A agent powinien móc wtopić się w tłum. Również na terenie wroga.
Steve, z odziedziczoną po ojcu oliwkową cerą i wielkimi, brązowymi oczami, mógł swobodnie choćby dziś przejść się ulicą dowolnego miasta Kalifatu. Nie wzbudziłby niczyjego zainteresowania. Zniknąłby.
Nawet płeć miał tę właściwszą, co dawało mu większą swobodę ruchów.
Koty zostały poczęte w tradycyjny i naturalny sposób, a wirus przenoszący do układu nerwowego dodatkowe geny został im podany dopiero, gdy lekarze upewnili się, że rozwój embrionów przebiega prawidłowo. Sanja zastanawiała się czasem, co by się stało, gdyby badania prenatalne stwierdziły, że ewentualny brytyjski Kot jednak nie będzie chłopcem.
Po namyśle uznała, że nic by się nie stało. Lepiej mieć śliczną, bliskowschodnią z urody Kotkę niż nic. Po prostu rodziców do kolejnej partii projektu wybrano by równie starannie. Z uwzględnieniem wyglądu.
Dame Rachel oderwała wzrok od okropnie speszonego Steve’a i odwróciła się do przeszklonej ściany, za którą kipiała soczysta, majowa roślinność ogrodu.
– Dom jest do waszej dyspozycji. Na piętro nikt nie wchodził.
Ton głosu szefowej wywiadu był całkowicie neutralny, a wyraz twarzy nieodgadniony. Mykicioniuk nadal czujnie obserwował sytuację, ale Koty się rozluźniły. Tomek pozwolił sobie nawet na lekki uśmiech. Podobnie jak jej kumple, Sanja była absolutnie pewna, że pani McLeary jest zadowolona. Cokolwiek chciała poprzez te oględziny sprawdzić, przynajmniej się nie rozczarowała.

*

Wrócili do hallu. W ciągu ostatnich godzin przez pomieszczenie przewinęło się tyle osób, że nie było czego tu szukać. Żaden z agentów rzeczywiście nie wchodził na wijące się spiralnie schody na piętro, ale Sanja zaczęła mieć złe przeczucia. Kiedy znaleźli się na antresoli, utwierdziła się w nich, a w górnym korytarzu niepokojący zapach osiągnął taką intensywność, że aż się skrzywiła.
Willę gruntownie wysprzątano, korzystając z nieobecności właściciela. Substancje do mycia terakoty, pastowania drewnianych podłóg, czyszczenia dywanów, przecierania szkła i polerowania paneli kontrolnych połączyły się w zabójczą mieszankę. Była wyczuwalna nawet dla zwykłych ludzi, a Koty zdążyła w ciągu tych paru sekund całkowicie otumanić.
– Matko jedyna… – jęknęła Majka.
Popović zawróciła, zbiegła po schodach i rzuciła okiem w stronę drzwi prowadzących z hallu do bocznego skrzydła domu. Przypomniało jej się, że kiedy wysiadali z samochodu, zobaczyła przez jedno z okien pokój pełen kwiatów doniczkowych, podczas gdy wystrój domu był chłodny, sterylny i w zupełnie innym stylu. Bez jakichkolwiek roślin.
Przypuszczenia Sanji potwierdziły się. Smuga zapachu środków czyszczących prowadziła prosto do tamtych drzwi. Widać komandor Reade należał do osób, którym dochodząca pomoc domowa nie wystarczy.
„Ciekawe, czy gosposia serwuje mu śniadanka pod nos” – pomyślała Popović, trochę zniesmaczona i szczerze rozbawiona.
Kiedy wróciła na górę, zastała ponurą atmosferę. Kotom wydawało się, że pobyt w domu Reade’a potrwa tylko chwilę, tymczasem Peter z wyrazem beznadziei na twarzy przeglądał kolejne idealnie czyste koszule i garnitury prosto z pralni, a Maja machnięciem ręki podsumowała wizytę w łazience. Zapewne wyczyszczonej na błysk i pełnej pachnących lawendowym płynem bieluteńkich ręczników.
Griffin wyjrzał z garderoby, kokieteryjnie kiwając trzymanym w ręku eleganckim butem z jasnej skóry.
– Nie! – wykrzyknęły zgodnym chórem dziewczyny.
– Nie – powtórzyła dobitnie Sanja. – Nie ma mowy.
– Zresztą jak niby mamy pociąć ten but na kawałki? – spytał Rueckner, jak zwykle rzeczowy.
Sanja zajrzała do sypialni. Na pewno tam poszli w pierwszej kolejności, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Lewicki stał nad szerokim łożem, unosząc narzutę. Popović doskoczyła do niego długim susem. Zapach człowieka, używana pościel.
Sekundę później Kotka westchnęła rozczarowana. Prześcieradła nie pachniały właścicielem, tylko jego kochanką.
– Drogie perfumy! – oświadczył z szacunkiem Tomek.
– A od kiedy ty się na tym znasz? – spytała z przekąsem Majka, wsuwając głowę przez drzwi.
Lewicki tylko rozłożył ręce, uśmiechając się wieloznacznie i rozbrajająco. Potem raz jeszcze powęszył lekko.
– Mrr, ale dziewczyna… – dodał rozmarzony.
– O co chodzi? – rozległo się po angielsku; w progu stała Rachel McLeary.
– Pościel niestety też nam się nie przyda – odpowiedział Griffin bez mrugnięcia. – Pachnie dużą ilością środków chemicznych.
– Poszukajcie czegoś innego – poleciła dame Rachel.
Przeszklone ściany willi zadrżały w narastającym huku, z pobliskiego Heathrow startował właśnie naddźwiękowy samolot pasażerski.

*

Sanja przysiadła na poręczy schodów i kołysała się, balansując nad kilkumetrową przepaścią. Próbowała zebrać myśli.
„Szlag”.
Klasyczne rozwiązania padły ofiarą pracochłonnego sabotażu w wykonaniu gosposi. Trzeba było znaleźć coś nietypowego. Niestety nic nie przychodziło jej do głowy. Reade bywał gościem we własnym domu, a to nie ułatwiało zadania.
– Hej, Popović! – krzyknął z dołu Griffin. – Chodź tu na moment!
Sanja przechyliła się do tyłu, a potem – przytrzymując się poręczy– zrobiła przewrót w powietrzu i zeskoczyła lekko na posadzkę dwa piętra niżej. Najmłodszy z agentów aż ochnął, twarze pozostałych były niewzruszone, jednak Kotka złowiła ich zainteresowane spojrzenia. Zrobiło jej się głupio. Nie miała zamiaru się popisywać.
Griffin stał na schodach prowadzących do garażu.
– Słuchaj, a co jest tam niżej?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Piwnica?
– Mogę zobaczyć?
Pokręciła głową bez entuzjazmu, obejrzała się na ochroniarzy. Nikt nie protestował, więc ruszyła za Stevenem do sutereny.
– Ha! – zawołał Anglik, gdy otworzyli drzwi.
Znajdowali się w niedużej siłowni. Także tutaj dotarł sprzątający anioł zagłady, lecz Steven krążył po salce treningowej jak głodny tygrys, węsząc czujnie. Nagle błyskawicznie zanurkował za jedno z urządzeń i wynurzył się stamtąd po chwili, triumfalnie machając małym ręcznikiem.
Reade musiał powiesić go na maszynie, zrzucić niechcący i zapomnieć. Popović pomyślała, że gosposia jest na pewno osobą solidnej postury. Ktoś tak pedantyczny zagląda przy myciu podłogi za każdy mebel – o ile jest się w stanie za nim zmieścić.
Pocięli ręcznik Charlesa Reade’a na pięć kawałków i umieścili w foliowych, szczelnie zamykanych torebkach. Sanja nie mogła się powstrzymać i zanim schowała woreczek do wewnętrznej kieszeni mundurowej kurtki, powąchała swój kawałek materiału. Starała się nie robić tego zbyt demonstracyjnie; ludzie czasem naprawdę dziwnie reagowali na zachowania dla Kotów oczywiste i naturalne.
Jednak po prostu musiała złapać ten trop już, teraz, natychmiast. Udzieliło jej się podekscytowanie Tomka.
Rachel McLeary wręczyła Mykicioniukowi czarną aktówkę, a następnie skinęła głową i wyszła, nie oglądając się. Agenci z hallu, poza jednym, zerwali się z foteli i pognali za nią po prowadzących na podjazd schodkach.
Pułkownik otworzył aktówkę i przejrzał znajdujące się w niej dokumenty.
– Weźcie elektryczną maszynkę do golenia. I baterie – rzucił w kierunku chłopaków.
Widząc ich zdziwienie, oddał teczkę stojącemu najbliżej Ruecknerowi. Oprócz innych materiałów zawierała paszport. Reade w wydaniu zaprezentowanym na zdjęciu był ogolony na zero. Koloru jego włosów nie dało się określić.
– Sprytne – pokiwał głową Tomek.
– Tja… – skrzywiła się Majka. – Zwłaszcza jeżeli teraz ma na przykład tlenione pasemka na różowym tle.
Szymczyk miała bardzo konkretne poglądy na temat cech Prawdziwego Mężczyzny. Skłonność do zabawy image’em do nich nie należała.
Sanja wyjęła paszport z dłoni Petera i przyjrzała mu się bliżej. Trzy zdjęcia – en face i oba profile.
„Czyli oczy masz naprawdę niebieskie, Mr. Reade?”
Przed kontrolą graniczną po prostu wyjmie soczewki, pozbywając się ostatniego elementu przybranej chwilowo tożsamości.
Próba przeprowadzenia w Europarlamencie ustawy o szczegółowych danych biometrycznych w paszportach zakończyła się kilkanaście lat temu spektakularnym fiaskiem, medialnym skandalem i debatą na temat wolności jednostki.
Kotka wpatrywała się uważnie w zdjęcia. Komandor Charles Reade w wersji oryginalnej. Teraz, znając już jego zapach, miała wrażenie, że wyczuwa go w całym domu, podprogowo, na granicy percepcji. A może to tylko emocje płatały jej figla.
Już rozumiała, dlaczego akurat im przydzielono to zadanie. I wydawało jej się, że pozostali myślą o tym samym, maskując się tylko wygłupami i tekstami o różowych włosach.
Rozpoznać twarz człowieka ze zmienioną fryzurą naprawdę nie jest trudno, jeżeli widzi się go z bliska, a przedtem obejrzy mnóstwo zdjęć. Chyba że…
Popović zacisnęła zęby, szykując się na wizyty na oddziałach oparzeniowych, urazówkach i w przyszpitalnych kostnicach.
Mykicioniuk spojrzał na zegarek i odezwał się, wybijając Sanję z ponurych rozważań.
– Jedziemy do hotelu. Najlepiej idźcie spać. Lecicie o dwudziestej drugiej trzydzieści.
– A pan? – Tomek był niezawodny, kiedy trzeba było zadać pytanie, które wszyscy mieli na końcu języka, lecz uważali, że jest niegrzeczne, niemądre lub nieco szczeniackie.
– Co ja? – zainteresował się pułkownik.
– No… – Chłopak zorientował się, że palnął głupstwo, jednak mężnie brnął dalej. – Pan z nami nie leci?
– Przyjrzyj mi się, Lewicki, ale tak naprawdę dobrze. Czy ja twoim zdaniem wyglądam na wolontariusza z organizacji młodzieżowej?
„Nie, dowódco – pomyślała Sanja – wygląda pan jak arabski terrorysta z samego serca Kalifatu”.
Kiedy lecieli rejsowym samolotem z Warszawy, znów dziwnym trafem akurat Mykicioniuk musiał przejść przez skaner i miał trzy razy sprawdzany komputer oraz telefon. Jak zwykle obruszał się, za plecami ochroniarzy fukając do młodych, że kompletnie nie rozumie, o co tym lotniskowym cerberom chodzi.
Gdy podróżowali z dowódcą, nawet Griffin nie wzbudzał zainteresowania. On przynajmniej nie miał brody.

*

Samolot płynął w ciemności bezksiężycowej nocy jak w niebycie. Ławice miejskich świateł przestały się pojawiać w dole już jakiś czas temu – lecieli nad górami Azji Mniejszej.
W kabinie paliły się łagodne światła. Większość pasażerów starała się wykorzystać ostatnią przed rozpoczęciem misji szansę na spokojny sen.
Koty nie spały, każde z nich próbowało zabijać czas swoim jedynie słusznym i wielokrotnie wypróbowanym sposobem na podróże lotnicze.
Z tyłu kabiny siedzieli ratownicy z psami, wpuszczonymi na pokład w drodze wyjątku – to był lot specjalny, koordynowany przez Czerwony Krzyż. Owczarki alzackie, piękne, szlachetne zwierzęta o inteligentnym spojrzeniu, zachowywały się bardzo grzecznie. Każdy warował przy fotelu swojego pana, w czujnym skupieniu.
Sanja spojrzała w oczy najbliżej leżącego psa tropiciela. Ten sam niepokój, podminowanie wibracjami. Fakt, że Popović w przeciwieństwie do owczarka wiedziała, co się z nią dzieje, wcale nie poprawiał sytuacji. A odkąd zaczęła kurs pilotażu śmigłowca, było tylko gorzej. Do instynktownego napięcia dochodziło całkowicie świadome nasłuchiwanie dźwięku silników.
Nie bała się latać, po prostu nie mogła się odprężyć.
Lewicki też najwyraźniej nie wiedział, co ze sobą zrobić, bo wychylił się lekko w stronę przejścia między fotelami i skinął na stewardesę. Sanja od razu zgadła, co się święci.
– W czym mogę pomóc? – spytała dziewczyna, podchodząc.
Była od Kotów dużo starsza, pod trzydziestkę, ale bardzo atrakcyjna. Popović z niechęcią musiała przyznać, że i Tomek, jako jedyny z całej piątki, wygląda całkiem przyzwoicie w jaskrawopomarańczowej koszulce wolontariusza. Pasowała mu do ciemnych włosów. No, ogólnie mu pasowała.
– Naprawdę nie może nam pani podać nawet kropli alkoholu? – spytał z miną dziecka usiłującego wyłudzić cukierek. – Ani odrobiny, na ukojenie nerwów?
– To pana pierwszy lot? – Ciepła reakcja stewardesy wykraczała poza czysto zawodową uprzejmość.
– Nie, nie pierwszy. Ale tym razem chciałbym wylądować razem z samolotem.
Uśmiechnęła się, przyglądając się Lewickiemu. Zapewne uważała, że okazuje mu bardzo niewinne, matczyne wręcz zainteresowanie. Łatwiej jej przyszło oszukanie siebie samej niż Kotów.
Siedząca po drugiej stronie przejścia niewidoczna dla stewardesy Majka podsumowała manewry kolegi, przewracając oczami i udając, że wkłada sobie palec do gardła. Lewicki to zignorował i kontynuował miłą pogawędkę.
– Tomo, odpuść sobie… – szepnęła Sanja po polsku, symulując intensywne wyglądanie przez okno, za którym nie było nic widać.
Ponieważ słowa nie przyniosły efektu, przeszła do czynów.
– Przepraszam bardzo – odezwała się uprzejmie. – Czy mogłabym dostać trochę wody?
– Och… Tak, tak, oczywiście, bardzo przepraszam. – Dziewczyna, nieco zarumieniona, podała Sanji plastikowy kubeczek i popchnęła wózek dalej.
Zza oparcia fotela przed nimi wyłoniła się głowa Griffina.
– Co, kolejna chciała go uratować? Każdy chciałby się zaopiekować taką ofiarą jak nasz Tomo.
Steve douczał Lewickiego ze wszystkich teoretycznych przedmiotów i nie pozwalał mu o tym zapomnieć. Tomek prychnął coś o babach, które zawsze zepsują zabawę, potem o fatalnych wynikach strzeleckich Griffina, a na koniec zamknął oczy i udawał, że próbuje zasnąć.
Siedząca obok Sanja słyszała jego przyśpieszony oddech, wyczuwała stres i koncentrację. Z głośników popłynęła prośba o zapięcie pasów i maszyna zaczęła nieznacznie obniżać lot.
Samolot podchodził do lądowania nad okaleczonym miastem. W migotliwy wzór świateł Adany wcinała się ciemność – łagodnym kształtem sztucznego zbiornika wodnego i wielkim poszarpanym obszarem w samym centrum miasta. Jedną czerń od drugiej oddzielał tylko wąski pas nowo powstałych dzielnic.
Tomek otworzył oczy.
– Nie panikuj, Sanjeczka.
– To nie egzamin, żeby panikować – prychnęła. – To jest akcja.
Samolot leciał już bardzo nisko, okolice lotniska tonęły w mroku.
„Jesteś tam gdzieś, Mr. Reade?”

*

Noc była upalna i sucha. Na parkingu przed halą przylotów rosły wysokie palmy, których pierzaste korony odcinały się od rozgwieżdżonego nieba.
Ratownicy z psami odjechali odkrytą półciężarówką, a Koty wraz z kilkunastoma innymi osobami wsiadły do zdezelowanego autokaru z cicho rzężącą klimatyzacją. Namiotowe miasteczko agencji rządowych i niezależnych organizacji charytatywnych znajdowało się na terenach rekreacyjnych Uniwersytetu Çukurova.
Wysiadając z autokaru, zgodnie z planem zwlekali tak długo, aż zostali sami z kierowcą, który pomagał reszcie wypakowywać bagaże. Sanja wiedziała, że przez cały czas obserwował ją kątem oka. Teraz spojrzał uważnie najpierw na twarz dziewczyny, potem na wiszący na szyi identyfikator i znów prosto w oczy.
Następnie wszedł schylony do wnętrza autokarowego bagażnika i zza kilku pakunków wyjął niedużą, zupełnie nową sportową torbę. Popović zajrzała do niej, starannie sprawdziła zawartość i skinęła głową.
Zabrali plecaki i ruszyli w stronę namiotów. Sanja, słysząc odgłos zapalanego silnika, zastanowiła się, czy rzekomy kierowca wiózł ich cenną przesyłkę aż z ambasady w Ankarze, czy też jej zawartość zorganizowano gdzieś bliżej, w mniej legalny sposób. Zresztą co tu w ogóle mówić o legalności.
Była czwarta nad ranem, ale rozświetlone reflektorami i wypełnione pomrukiem generatorów obozowisko tętniło życiem.
Sanja doszła do wniosku, że Adana i tak ma mnóstwo szczęścia. Wstrząsy zniszczyły tylko jeden szpital, pozostałe zbudowano już w nowej technologii. Popović, chociaż wstydziła się tego, czuła ulgę, widząc, że ich baza nie jest jednocześnie szpitalem polowym. Enklawa oswojonej, tymczasowej normalności.
Od razu natknęli się jednak na problem organizacyjny. Okazało się, że nie ma na miejscu człowieka, który miał ich ulokować w miasteczku namiotowym. Podobno ciężko się rozchorował.
Nie była to żadna znacząca dla misji osoba, po prostu przypadkowy cywil, który dostał polecenia od swojego szefa w organizacji.
Skierowano ich do koordynatora o nazwisku Dickinson. Wbrew nadziejom Kotów jego dzień pracy właśnie się zaczynał, a nie kończył, więc mężczyzna był w miarę wypoczęty, zmobilizowany i w nastroju do wydawania poleceń. Fatalne połączenie.
Do prowadzenia rozmowy wybrali Petera – wysokiego i najpoważniej wyglądającego. Bardzo przekonująco, patrząc Dickinsonowi prosto w oczy, zażyczył sobie zakwaterowania grupy.
Jednak koordynator, jak należało się obawiać, okazał się mało podatny na perswazję. Przyglądał im się chwilę i już miał zacząć zadawać pytania, kiedy Sanja, wbrew wcześniejszym ustaleniom, cicho lecz dobitnie powiedziała:
– Proszę nam znaleźć kwaterę.
Koty mogły zmusić kogoś, by postąpił zgodnie z ich wolą, ale tylko gdy w grę wchodziło wydanie prostego polecenia, wypowiedzianego z zachowaniem kontaktu wzrokowego i najlepiej z bliska. I przede wszystkim, jeżeli umiały wywołać przy tym wrażenie bezdyskusyjnej dominacji. Jak wtedy, gdy stoi się w oko w oko z niezadowolonym psem, którego całą swoją postawą trzeba zmusić do podporządkowania się.
Sanji najwyraźniej wyszło to lepiej niż Ruecknerowi. Dickinson odwrócił wzrok.
– Tam – machnął w głąb obozowiska. – Namiot dwadzieścia trzy. Nad każdym wejściem jest tabliczka z numerem.
– Zauważyliśmy, dziękujemy. – Griffin posłał mężczyźnie uprzejmy uśmiech, pozostawiając go w miłym przekonaniu, że robota posuwa się naprzód i zyskał kolejnych pięć par rąk do pomocy.
– Dzięki, Sanja – mruknął zakłopotany Peter, kiedy znaleźli się poza zasięgiem słuchu Dickinsona.
Popović machnęła tylko ręką, myśląc przy tym, że Mykicioniuk, gdyby chciał, zjawiłby się w Adanie, udając koordynatora pracy studentów wolontariuszy. Jednak chodziło najwyraźniej właśnie o to, żeby sprawdzić, jak radzą sobie sami.
Ich namiot, podobnie jest pozostałe, był duży. Mógł zmieścić nawet dwadzieścia osób. Przy wejściu stało kilka polowych łóżek, a dalej leżały już tylko karimaty. Zostało też trochę wolnego miejsca. Koty miały gdzie się rozpakować i jeszcze dałoby się dokwaterować parę osób.
W kącie dwóch chłopaków spało jak kamień, poza nimi nie było nikogo. Wszyscy pewnie pojechali pomagać przy sortowaniu darów dostarczonych samolotem, którym przyleciały Koty.
– No dobra… – stwierdziła Sanja, nasłuchując, czy ktoś nie kręci się w pobliżu.
Rozpięła torbę i każdemu z kolegów wręczyła chlebak z logo organizacji, dla której teoretycznie pracowali. Takich chlebaków widzieli już mnóstwo – nosili je wolontariusze, w ich namiocie stał nawet karton ze stosem fabrycznie nowych.
Chlebaki Kotów nie były jednak puste. Sanja przewiesiła swój przez pierś tak, że wylądował na prawym biodrze. Jego ciężar podziałał na nią uspokajająco. Od momentu kiedy wyruszyli w Londynie na lotnisko, czuła się, jakby zapomniała czegoś ze sobą zabrać.
– Przejdziemy się? – spytała.
Pretekst sam się narzucał – chcą pomóc przy sortowaniu. Przywieźli swoje rzeczy na miejsce noclegu, a teraz jadą do pracy. A że się zgubią gdzieś po drodze… To nie było wojsko. Tu wprawdzie panował porządek, lecz przełożeni nie patrzyli im na ręce przez cały czas.
– Popieram – rzucił Tomek. – Żal faceta. Jezu, jaki tu upał…
– A czas płynie… – kiwnął głową Griffin, patrząc wymownie na butelkę z wodą, którą Lewicki podnosił do ust.
Pragnienie.
Sanję aż skręciło. Złapała się na tym, że zaczyna mieć osobisty stosunek do człowieka, którego zapach nosiła przy sobie.
Pragnienie, uwięzienie pod gruzami, upał, rany, płynący czas…
„Cholera…”. Szybko wzięła się w garść.

*

Nocne powietrze lepiło się od gorąca i niesionej wiatrem obrzydliwej, mdlącej zapowiedzi tego, co spodziewali się znaleźć w głębi miasta.
Koty miały wyższy niż inni ludzie próg odporności na organiczne paskudztwa; łatwiej wyczuwały zgniliznę czy inne nieciekawe fetory, ale nie reagowały odrazą. Traktowały je czysto informacyjnie.
Tym razem było jednak inaczej. Zagrożenie, zaraza, to po pierwsze. A po drugie – cierpienie. Kiedy tylko znaleźli się między ludźmi, którzy cały czas, dzień i noc, ryli w ruinach swoich domów… Kiedy mijały ich nosze z rannymi…
Wiedzieli, czego się spodziewać, ale teraz szli przez gruzowisko skuleni i spięci.
Peter zrobił kilka kroków na prawo, odruchowo zagarniając najmłodszego z kolegów, Tomka, do środka grupy. W pewnym momencie, kiedy Griffin zapatrzył się na coś, na co nie powinien, Majka chwyciła go za rękę i delikatnie pociągnęła za sobą. Oddychał zbyt szybko, węszył. Na jego czole pojawiły się kropelki potu.
– Steven – szepnęła Popović, chcąc go otrzeźwić.
Odkaszlnął, uwolnił rękę z uścisku Majki i ruszył szybciej naprzód, a reszta za nim.
Zainstalowany w satelitarnym telefonie Sanji system nawigacji wyprowadził ich z rejonu najintensywniejszych działań ratunkowych do dzielnicy, która – jak zdążyli się dowiedzieć od przełożonych Reade’a – już przed trzęsieniem ziemi była w znacznej części przeznaczona do wyburzenia. Kilkupiętrowe kamienice z początku wieku, zbyt stare, by dało się w nich wygodnie mieszkać, a zbyt nowe, żeby kwalifikowały się do renowacji jako zabytki, powoli chyliły się ku upadkowi. Kogo tylko było na to stać, wyprowadzał się do mieszkań budowanych według nowych standardów, uwzględniających wymogi bezpieczeństwa. Państwowe dofinansowanie takich inwestycji też robiło swoje. Adana szykowała się na kataklizm. Zabrakło jej dziesięciu, góra piętnastu lat.
Popović rozejrzała się, zerkając na wyświetlacz telefonu. Byli na miejscu. Ich oczy zdążyły już przywyknąć do ciemności. Za czarnymi kształtami ruin majaczyła łuna ocalałych dzielnic na północy i jaśniejącego nieba na wschodzie.
Upiorna pustka i cisza. Kamienice opuszczone przez ostatnich mieszkańców, odgrodzone od spękanego asfaltu ulicy rozpiętą na gruzach fluorescencyjną taśmą. Sanja wiedziała dzięki temu, że teren został sprawdzony. Przeszli już tędy ratownicy ze sprzętem i psami. W ruinach nie było nikogo.
Stanęli przed budynkiem, z którego Charles Reade nawiązał ostatnie połączenie z centralą. W tej chwili trudno było ocenić, czy to jeden z pustostanów, opróżniony na tyle niedawno, że szyb okiennych nie zastąpiono jeszcze kawałkami dykty, czy też Reade mieszkał tu u kogoś, odwiedzał czyjś sklep, a może po prostu zatrzymał się na chwilę w tym miejscu, żeby spokojnie porozmawiać.
Popović przeskoczyła lekko przez taśmę, dając pozostałym znak ręką, żeby poczekali. Stąpała delikatnie, co przychodziło jej tym łatwiej, że dziś zamiast wojskowych butów miała adidasy. Szła po gruzowisku bardzo cicho, z miękką, nie do końca ludzką gracją.
Schyliła się i zaczęła węszyć. Potem wyprostowała się gwałtownie i zlustrowała wzrokiem interesujący ich sektor między połyskującymi w mroku, szarpanymi przez wiatr taśmami. Włączyła podświetlenie w zegarku i sprawdziła godzinę. Dokładne przeszukanie całości zajęłoby im mnóstwo czasu. Wróciła do czekających kumpli.
– Jestem prawie pewna, że jego tu nie ma. W jakiejkolwiek… – zawahała się – postaci.
– Też mi się tak wydaje – zgodziła się Majka.
– Ale trzeba to wszystko obejrzeć, centymetr po centymetrze – stwierdził Peter. – Powiedzmy sobie szczerze, bardzo byśmy chcieli, żeby go tutaj nie było. Mam nadzieję, że nie zaburza nam to oceny sytuacji – dodał ponuro.
Tomek skinął głową i ziewnął, a Sanja, też zasłaniając usta i przecierając oczy, zdecydowała:
– Jutro.
Griffin podniósł się z kawałka betonu, na którym siedział do tej pory.
– Wracamy, i to zaraz – utwierdziła się w postanowieniu Popović, patrząc na niezbyt kontaktującego Steve’a. – Trzeba się przespać.
Koty sypiały długo, co odnotowano w ich medycznych kartotekach jako lekkie odstępstwo od statystycznej normy. Jak kluczowa jest to kwestia, okazało się w czasie wojskowych treningów z deprywacją snu. Kiedy ich koledzy z oddziałów specjalnych byli co najwyżej rozkojarzeni i mało wydajni, Koty zaczynały mieć halucynacje. I nikogo to nie bawiło.
A już najmniej samych zainteresowanych, których poddano serii szczegółowych badań w celu odtworzenia sytuacji w warunkach laboratoryjnych. Z długich wyjaśnień dotyczących funkcjonowania Kociego układu nerwowego Sanja nie zrozumiała wiele. Sama wolała myśleć w ten sposób: codziennie odbiera wielokrotnie więcej bodźców niż normalni ludzie. I kiedyś mózg musi je przetworzyć, a jeżeli to nie następuje – jest problem.
W praktyce wyglądało to tak, że na kursie dla przyszłych komandosów Mykicioniuk stwierdzał czasem z diabelskim błyskiem w oku: „To wy tu sobie będziecie drzemać na zapiecku, a reszta idzie w teren. Biegiem marsz!”.
Teraz nie było z nimi Mykicioniuka, więc Popović, patrząc na zegarek i sumując szacunkowo przespane godziny, sama doszła do wniosku, że nie ma co chojraczyć.

*

Dziewczyny leżały obok siebie na karimatach w dusznym namiocie, gdzie z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej i cieplej. Noc błyskawicznie przeszła w kolejny morderczo upalny dzień.
Sanja miała już zamknięte oczy, ale w pewnym momencie usłyszała szept Majki:
– Wiesz, na ostatnich ćwiczeniach w Nowej Dębie rozmawiałam z takim jednym kolesiem. Starszym od nas. Najpierw oczywiście jakieś pierdu, pierdu, żarciki o kotach i fali, ileż tego można słuchać. – Popović po tonie głosu poznała, że Majka się skrzywiła.
Nazwę formacji wymyślono dawno temu w unijnym sztabie. Debatowali nad nią po angielsku panowie generałowie z różnych krajów i tylko nikomu przez myśl nie przeszło, jak zabrzmi w realiach polskiej armii. Koty dzielnie niosły swe brzemię, od czasu ukończenia liceum ograniczając się wyłącznie do reakcji słownych.
– A potem – ciągnęła Szymczyk – powiedział mi, że dobrze, że te moje nadprogramowe geny to są od kota, a nie od rysia, boby mi się pędzelki na uszach hełmem przygniotły!
– I co? Wybiłaś mu zęby? – spytała Sanja z entuzjazmem. Znała Majkę od lat i wiedziała, czego należy się po niej spodziewać.
– Nie. Umówiliśmy się. Za dwa tygodnie mam przepustkę.
– O… – Popović nigdy nie była elokwentna, ale teraz ją po prostu zatkało. Do tego stopnia, że aż otworzyła oczy i przyjrzała się przyjaciółce. Ta dodała tonem wyjaśnienia:
– Niezły jest. Nawet nie ciacho, ale papryczka. Ciastka są słodkie, ale papryczki, rozumiesz, hot, hot. – Szymczyk zrobiła minę znawczyni. – Poza tym wcale nie jest taki głupi, na jakiego wygląda.
– Fajnie – mruknęła Sanja bez przekonania.
„Papryczka. Dżizas faken krajst…”.
Nie pozostało jej nic innego, jak czym prędzej zasnąć.

*

Tomek Lewicki ziewnął głośno, przeciągnął się i usiadł. Jego wzrok padł prosto na śpiące dziewczyny. Uznał, że wyglądają ślicznie, zwinięte w jeden ciasny kłębuszek. Trzymały się za ręce, a Popović miała nos wtulony w kucyk Majki.
Lewicki zorientował się, że nie on jeden przygląda się Kotkom. Młody wolontariusz z litewskim nazwiskiem na identyfikatorze rzucił z porozumiewawczą miną:
– To one są…
Tomek nie zrozumiał.
– Są co?
– No wiesz… – Jeszcze bardziej znaczący wyraz twarzy rozmówcy sprawił, że Lewicki wreszcie załapał.
– Chyba cię pogięło. – Postukał się w głowę.
„A Popović twierdzi, że to mnie się wszystko świńsko kojarzy”.
Tomkowi, wychowywanemu przez matkę i dwie starsze siostry, a przyjaźniącemu się głównie z Kotami, dobrych parę lat zajęło zrozumienie, że w relacjach z ludźmi opcją domyślną nie jest dotyk, tylko brak dotyku. Do tej pory zdarzało mu się o tym zapominać.
Dla niego było oczywiste, że dziewczyny, śpiąc na ziemi w publicznym miejscu, wolą czuć zapach znajomej, bliskiej osoby niż unoszącą się w obozie woń klęski żywiołowej – bólu, pośpiechu i lęku.

*

– Sanja, mogę cię prosić?… – Peter nie miał zwyczaju wznoszenia dramatycznych okrzyków i jeżeli miał coś do zakomunikowania, robił to spokojnie.
Nawet w drugiej godzinie przeszukiwania częściowo zawalonej kamienicy, kiedy wszyscy czekali tylko na takie wezwanie.
Popović zeskoczyła z wysokości pierwszego piętra, w miejscu, gdzie dawna podłoga jednego z mieszkań urywała się w pustce. Lądując, Kotka uważała, żeby się nie poślizgnąć na potrzaskanych panelach baterii słonecznych, które siła wstrząsów zrzuciła z dachu na chodnik.
Sanja spojrzała jeszcze w stronę wartowników, ale dostrzegła tylko Majkę siedzącą pod murem po ocienionej stronie ulicy. Steven zaszył się na jednym z wyższych pięter kamienicy zamykającej sektor poszukiwań i starał się nie rzucać w oczy. Niby mieli przygotowaną dość spójną historyjkę, co i dlaczego robią w tej dzielnicy, woleli jednak nie sprawdzać jej wiarygodności w kontaktach z żandarmerią. Próby dowiedzenia, że nie są szabrownikami, nie należałyby do przyjemności. Tym bardziej kontakt z prawdziwymi rabusiami. Wczoraj, wracając, musieli przedzierać się przez podejrzanie wyglądające ruiny, bo przy jednym z budynków pracowali mężczyźni z mocnymi reflektorami i dobrym sprzętem.
– Znalazłeś coś? – spytała Sanja, nurkując ostrożnie do rozpadliny między betonowymi płytami, w której siedział Rueckner. Chwilę później pochylił się nad nimi Lewicki.
– No i? – Tomek był bardziej niecierpliwy.
Peter bez słowa wskazał złamaną belkę, z której końca sterczały cienkie, paskudnie ostre drzazgi. Drewno było pokryte brunatnymi plamami i strzępami cienkiego materiału. Białego w drobne, błękitne prążki.
– O szlag… – szepnęła Popović.
W zasadzie wystarczyło im lekkie pociągnięcie nosem, ale procedura – rzecz święta. Sanja wyjęła z kieszeni próbkę wzorcową. Potem sprawdzili po kolei, wszyscy troje. Tomek i Peter potwierdzili kiwnięciem głowy.
– No dobra. Czyli rzeczywiście tu był. I tyle. Nie wiemy nawet, czy przeżył.
– Masz coś od rezydentów?
– Od rezydenta. Udało mi się dodzwonić tylko do jednego, pozostała dwójka przepadła, nie odbierają. A ten od wtorku chodzi po mieście i nic, kamień w wodę. Ani w szpitalach, ani w kostnicach. Kazałam mu dalej sprawdzać.
– On szuka Charlesa Reade’a. Po nazwisku i numerze ubezpieczenia – wtrącił Peter. – Trzeba być w niezłej formie, żeby się wdawać w pogawędki, kiedy cię przywożą na izbę przyjęć.
Chłopcy byli właśnie w trakcie praktyk na oddziale ratunkowym jednego z warszawskich szpitali, więc Rueckner wiedział, co mówi.
– Poza tym – dodał Lewicki – pacjent musi chcieć podać dane. A to już nie jest takie oczywiste.
– Legenda mogła mu się z jakiegoś powodu posypać – zgodziła się Sanja. – Zrobimy rajd po szpitalach, to jedyny trop.
Wyskoczyła z rozpadliny zwinnym susem, a jej miejsce zajął od razu Tomek. Patrząc z góry na kolegów, zobaczył na dnie zagłębienia, pod ich stopami, coś, co go zastanowiło. Wsunął rękę w wąską przestrzeń między kawałkami gruzu i starając się nie pokaleczyć o drut zbrojeniowy, wyciągnął stamtąd znalezisko. Nieduży pistolet.
– Taaa… Do plecaka to – podsumowała Popović i wyszła na otwartą przestrzeń.
Zwróciła się najpierw w stronę jednego, potem drugiego wartownika i wezwała ich do siebie, poruszając kilkakrotnie otwartymi dłońmi w górę i w dół. Pora się stąd czym prędzej zwijać.

*

Rozdzielili się, żeby zyskać na czasie, a teraz spotkali się pod kliniką uniwersytecką. Do środka wszedł Rueckner, reszta czekała na parkingu. Słońce stało wysoko, więc pasek cienia rzucanego przez wielopiętrowy budynek był zaskakująco wąski.
Zanurzenie się w szpitalną atmosferę popsuło Kotom humory, ale starali się trzymać fason.
Popović jadła orzechowy batonik w czekoladzie. Za jej plecami zmaterializował się nagle Lewicki i zaczął bezczelnie żebrać, zaglądając dziewczynie przez ramię.
– Sanjeczkaaa… Dasz gryza?
– Yhm – odpowiedziała, podsuwając mu roztopiony od gorąca smakołyk.
– Czy ty mówisz ludzkim głosem tylko w Wigilię?
– Yhm! – zgodziła się radośnie.
Potem spojrzała na sreberko z batonikiem.
–Noż kuurwa… Prawie wszystko mi zeżarł!
– Miało być ludzkim głosem – mruknął obrażony Tomek i czym prędzej odsunął się poza zasięg jej rąk.
Drzwi urazowej izby przyjęć rozsunęły się i po schodach zbiegła Szymczyk, niosąc zdobytą w szpitalnym kiosku dwulitrową wodę mineralną. Kiedy mijała zaparkowaną pod wiatą karetkę, dwaj palący papierosy sanitariusze zagwizdali z zachwytem.
– Hello, hello, beautiful lady! – zawołał jeden z nich, boleśnie kalecząc angielską mowę.
– Widzisz, Popović – skomentował Lewicki z filozoficzną miną. – Blondynki zawsze w cenie. Ale nie martw się, tobie też znajdziemy jakiegoś adoratora.
Sanja puściła to mimo uszu, ale Maja dotarła do nich zła jak chrzan.
– Fuck you – syknęła, pokazując sanitariuszom środkowy palec; zareagowali wybuchem śmiechu. – Nawet spokojnie przejść ulicą nie można. Co za dzicz, cała ta turecko-arabska hołota…
– Maja!! – Sanję aż zmroziło. Zerknęła na Griffina, któremu Szymczyk zdążyła podać napoczętą wodę, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, co właśnie powiedziała.
– Nie przejmuj się – rzucił Steven ze stoickim spokojem. – Nie czuję się urażony w imieniu mojego pradziadka. Poza tym on nie był Arabem, tylko Persem.
– Jeden diabeł – mruknęła Majka, wcielenie dyplomacji.
Sięgnęła za dekolt i wyjęła na koszulkę łańcuszek z dużym, srebrnym krzyżykiem. Nosiła go z neofickim zapałem od czasu, kiedy w gimnazjum postanowiła przyjąć chrzest i nawrócić się na katolicyzm; zdejmowała tylko na basenie, w czasie treningów walki wręcz i skoków spadochronowych.
– Ty, Lwie Serce, uważaj z tym krzyżem – drażnił się Griffin. – Jeszcze cię wezmą za zakonnicę.
– I bardzo dobrze! Może wtedy się odczepią!
Młodszy z sanitariuszy kiwał właśnie do Majki zapraszająco, a starszy śmiał się od ucha do ucha, widząc, że udało im się utrzymać jej zainteresowanie.
Poszła po rozum do głowy i zignorowała Turków kompletnie, równocześnie rezygnując ze zrewanżowania się Stevenowi. Lwie Serce, tak, to jej się nawet podobało. Krzyże na płaszczach rycerzy kolejnych krucjat, szum husarskich skrzydeł pod Wiedniem – zdecydowanie klimaty Majki Szymczyk.

*

Zdążyli wypić prawie całą wodę, zanim wreszcie wrócił Peter. Od razu zorientowali się, że ma dobre wieści.
– Na neurologii leży facet ze złamaną ręką i częściową amnezją. Amerykanin albo Anglik! Normalnie zawiadomiliby konsulaty, ale teraz nikt nie ma do tego głowy.
– A ten rezydent co, pijany jakiś? – najeżyła się Sanja. – Powiedział mi, że tu był! Dwa razy! Niby szuka brata.
– Na urazówce młyn nie z tej ziemi, nie ma kto danych wklepać do systemu. Wzięli gościa na neurologię tak trochę na lewo, na słowo honoru.
– Może rezydent pytał tylko tutaj…
– Ja rozmawiałem z pielęgniarką, która akurat była przy tym, jak zabierali faceta. Po prostu go zapamiętała, w systemie nie ma po nim śladu.
– Ale tego naszego człowieka to trzeba będzie sprawdzić – skrzywiła się Sanja. – Na wszelki wypadek. A teraz co, może pójdziemy wszyscy? Myślisz, że nas pogonią?
Nie pogonili. Na oddziale neurologicznym panował mniejszy ruch niż na chirurgii, ale personel też nie mógł narzekać na brak zajęcia.
Pomachali parę razy identyfikatorami organizacji charytatywnej i Brytyjskiego Czerwonego Krzyża, uśmiechnęli się do odpowiednich osób i nie minął kwadrans, a szli za pielęgniarką długim korytarzem i schodami prowadzącymi do sutereny.
– Pacjent potrzebuje spokoju – wyjaśniła im po drodze dziewczyna, a Sanja od razu zorientowała się, że coś w tym uzasadnieniu szwankuje. I na pewno nie chodziło o angielszczyznę, zaskakująco płynną. – Nie mamy teraz możliwości, żeby położyć go w zwykłej izolatce – ciągnęła pielęgniarka – więc… Proszę się nie zdziwić, to jest… zapasowa sala. No, właściwie magazynek. Ale chory może w ciszy dochodzić do siebie. W przypadkach takich jak ten zdarza się czasami, że amnezja sama ustępuje. Staramy się zapewnić najlepsze warunki…
– Czy on poprosił o izolatkę? – spytała Popović niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
– No… Tak.
„Ha!” – pomyślała z satysfakcją Sanja, przyjmując przy tym uprzejmie obojętny wyraz twarzy. „Toś ty taki, ptaszku? Niby nie wiesz, jak się nazywasz, ale pamiętasz, że dopóki nie wyzdrowiejesz, bezpieczniej jest się schować przed całym światem?”.
Kiedy na końcu korytarza otworzyły się drzwi i za wychodzącą pielęgniarką popłynęła z wnętrza sali niesiona przeciągiem smuga powietrza, Koty tylko wymieniły spojrzenia.
„Yes!” – miała ochotę zawołać Popović.
Radosny Tomek puścił oko do mijającej ich drugiej pielęgniarki, lecz ku jego zdziwieniu i rozczarowaniu w ogóle tego nie zauważyła.
– Witam! – powiedziała prowadząca Koty dziewczyna, przekraczając próg. – Ma pan gości.
Pomieszczenie było niewielkie i chyba rzeczywiście użytkowane jako składzik. Porządne łóżko na kółkach, z białą pościelą, uchwytem do kroplówek i wygaszonym terminalem ogólnoszpitalnego systemu na tylnej ścianie wydawało się tu trochę nie na miejscu.
Na łóżku leżał szczupły mężczyzna w piżamie. Lewą rękę miał w ochronnej piance, a na grzbiecie prawej dłoni – zielony, oklejony plastrem wenflon. Jego ciemne włosy były przystrzyżone w takim stylu, że Sanja w pierwszej chwili wręcz się zdziwiła, że nie zostały potraktowane żelem. Puknęła się zaraz w głowę – przecież Reade nie ma w szpitalu dostępu do kosmetyków fryzjerskich.
Oczy tym razem piwne, twarz, o dziwo, gładko ogolona. Złoty sygnet na palcu zdrowej ręki, łańcuch na szyi – z tego samego metalu. Zegarek, przełożony na prawy nadgarstek, chyba drogi – tego Kotka nie umiała ocenić – a na pewno efekciarski aż do bólu zębów.
Na półkach zamocowanych pod materacem łóżka leżały złożone w kostkę jasne spodnie i marynarka, a obok stały buty. Z bajeranckim szpicem, wykonane z imitacji krokodylej skóry.
„Powiedz mi, że to tylko przebranie ze względu na misję” – jęknęła w duszy Popović.
Agent skinął głową wchodzącym i zwrócił się do pielęgniarki:
– Masz może zakupy dla mnie?
– Tak.
Wręczyła mu przyniesione przedmioty – na wierzchu leżała fabrycznie zapakowana biała koszula, a schowane pod nią pudełka zawierały najwyraźniej bardziej osobiste części garderoby, bo dziewczyna bardzo starała się ukryć je przed Kotami.
– Poprosiłam brata, żeby to dla pana załatwił.
„Oj, biedactwo, ale ty ściemniasz” – pomyślała Sanja. „Nie kompromitowałabyś się przed bratem. O ile w ogóle go masz”.
Faktu posiadania brata Popović nie umiała zweryfikować – pielęgniarka była zbyt rozemocjonowana i ogólnie za dużo kłamała.
W każdym razie na pewno poszła sama po te zakupy; Adana to wielkie miasto, zresztą teraz konwenanse siłą rzeczy obowiązywały słabiej.
Reade szukał pieniędzy w kieszeni marynarki i zabrakło mu końcówki.
– Ja mam! – zaoferował Lewicki i ruszył w pogoń za dziewczyną, która wyszeptawszy jeszcze pod adresem Brytyjczyka: „Ależ nie trzeba”, uciekła na korytarz.
– Tomo, zostań – syknęła Sanja na tyle ostro, że Kota aż wryło w podłogę. – Majka, możesz?
– Jasne! – Szymczyk skoczyła do drzwi.
Popović pomyślała, że ta pani może mieć opory przed przyjmowaniem od mężczyzny pieniędzy, nawet jeżeli miał to być zwrot kosztów, a nie napiwek.. Sanja nie uważała za stosowne, żeby turecka pielęgniarka miała z własnej skromnej pensji fundować agentowi MI6 drogą koszulę. O reszcie zakupów nie wspominając.

*

Załatwiwszy sprawę gotówki, Popović przeszła do tematu zasadniczego.
– Charles Reade, jak rozumiem? – spytała zimno, mierząc spojrzeniem domniemanego agenta.
Facet zdecydowanie nie wyglądał na umierającego. Najwyraźniej zajmował się głównie podrywaniem pielęgniarek. Sanja zaczynała się coraz poważniej zastanawiać nad rolą Kotów w tym całym cyrku.
– Reade?… Charles? – Mężczyzna zawahał się, umiejętnie imitując zdziwienie. – A kto pyta?
– Londyn, sir – odparł krótko Rueckner, podając Brytyjczykowi jego nowy paszport.
Agent przyjrzał się bardzo uważnie dokumentowi, a potem powiódł wzrokiem po twarzach gości.
– Oni tam w centrali kompletnie oszaleli? Przysyłać mi w charakterze oddziału ratunkowego drużynę skautów?
Popović w przeciwieństwie do Majki zazwyczaj wiedziała, kiedy mówi coś niestosownego. I robiła to z pełną premedytacją.
– A po co w ogóle oddział ratunkowy? – wycedziła głosem ociekającym słodyczą, sztuczną jak słodzik do kawy. – Świetnie pan sobie radzi sam.
– No właśnie – zgodził się z Sanją, zbijając ją na chwilę z tropu.
Jednak ironia w głosie Reade’a podziałała na nią jak płachta na byka. Niech się dzieje, co chce.
– Ja może się nie znam, ale wydaje mi się, że pana obowiązkiem było poinformowanie centrali, że pan żyje, zanim zorganizowano misję poszukiwawczą.
„Że koleś przegina, to mało powiedziane! Za coś takiego mogą go zdegradować!” – Popović w pewnych kwestiach była niezwykle zasadnicza. Teraz naprawdę się wściekła i nie zwracała uwagi na fakt, że właśnie opieprza komandora.
– Sanjeczka znów mówi ludzkim głosem, Jezu drogi… – rzucił po polsku Lewicki i zasłonił twarz, parskając nerwowo.
Wszyscy byli spięci jak jasna cholera. Poza Reade’em, który sprawiał wrażenie zaskoczonego.
– A kto mówi, że ja się nie zameldowałem przełożonym? Najpierw rzeczywiście nie mogłem, byłem skołowany, obolały i naćpany lekami przeciwbólowymi. Chyba ktoś się machnął i dostałem za dużą dawkę. Jak doszedłem do siebie, to zadzwoniłem gdzie trzeba.
Sanja wiedziała, że agent nie kłamie. Tylko w ostatnim zdaniu coś jej zgrzytnęło, ale Reade, który jakimś cudem zarejestrował minimalne uniesienie jej brwi, dodał:
– A dokładniej: zadzwoniłem, kiedy już byłem pewien, co chcę przekazać.
I to była prawda.
– Czyli – ciągnął – że wszystko w porządku i będę kontynuował misję.
Popović obejrzała się na pozostałe Koty. Ich miny wskazywały na jedno – owszem, mają problem, jednak wersja Anglika jest nie do podważenia.
– Ekhm – odchrząknęła. – A kiedy konkretnie pan zadzwonił?
– Wczoraj wieczorem.
– Czyli już tu byliśmy – stwierdził Griffin. – Sanja, pokaż mi swój telefon.
– Jest w porządku – ucięła. – Przecież kontaktowałam się z centralą, kiedy złapaliśmy trop.
– OK. – Skinął głową. – Swoją drogą, długo pan przytomniał…
– Musiałem ocenić sytuację. – Reade postanowił zignorować powątpiewanie w głosie Stevena. – Zdecydowałem, że dam radę. To zadanie kosztowało nas dużo czasu, energii i pieniędzy podatników. Dokończę je.– Ale my mamy proste rozkazy, sir – odezwał się nagle Peter, stanowczo, choć z przepraszającym uśmiechem.
– Przede wszystkim: Charles – poprawił go Reade. – Przynajmniej dopóki jesteśmy po tej stronie unijnej granicy.
– Tak jest, Charles. – Służbistość Ruecknera nie wróżyła nic dobrego. – Dostaliśmy rozkaz, żeby dostarczyć pana do Londynu. Nie widzę tu dużego pola manewru.
– Hej! – wtrącił się nagle Tomek z dobrze odegranym zapałem. – Była też druga opcja. Tylko niestety – zwrócił się do agenta z bardzo poważną miną – musiałby nam pan udostępnić swoje zwłoki do identyfikacji.
Uśmiech Reade’a był szeroki i sprawił, że lody nareszcie stopniały. Sanja pomyślała, że Lewicki miewa przebłyski.
– Daj mi telefon, Sanja – powiedział komandor. – Jestem tu najstarszy stopniem, więc jednak przyjmijmy, że to wy słuchacie mnie, a nie ja was. Zadzwonię do Londynu i wyjaśnimy sprawę w taki sposób, żebyście nie mieli przeze mnie kłopotów.
Rozwiązanie było bardzo logiczne. Popović sięgnęła po telefon i już miała go podać Charlesowi, kiedy aparat zadygotał na jej dłoni, włączając alarm wibracyjny.
Sprawdziła zaszyfrowaną wiadomość.
– Co jest?… – kompletnie zgłupiała. – „Reade żyje, szukajcie dalej. Jeżeli jest ranny, sprowadzić do kraju”.
– Jak to: szukajcie? – Maja Szymczyk po powrocie z pogoni za pielęgniarką w milczeniu śledziła rozmowę, ale teraz nie wytrzymała. – Co to, kurwa, jakieś podchody?! Dlaczego po prostu nie napisali, żeby przyjść tutaj?
– No bo widzicie… – Reade zawahał się, a kąciki ust drgały mu lekko. – Oni nie wiedzą, że jestem w szpitalu. Wtedy szefowa kazałaby mi wracać, a to naprawdę nie jest konieczne.
– Nie wiedzą? Jakim cudem? – Griffin spojrzał na Charlesa, jakby ten urwał się z choinki. – Nasze telefony automatycznie meldują się współrzędnymi geograficznymi, a jeżeli dzwonił pan albo pisał maila ze szpitalnej sieci, no to przecież…
– Mój telefon satelitarny jest uszkodzony. I oczywiście, że nie używałem publicznego kanału! Pewna miła osoba pożyczyła mi swoją prywatną komórkę… W tej dzielnicy działają, na dachu kliniki jest nadajnik.
„Pewna miła osoba, jasne…” – Sanja z trudem zapanowała nad wyrazem twarzy.
– Ale dlaczego oni piszą nam o tym dopiero teraz? – zdziwił się Lewicki.
– Jak by to wam dyplomatycznie… – Agent nie mógł już powstrzymać uśmiechu. – Na terenie Unii mieliby mnie w kilka minut. Ale to jest Turcja. W obcym, neutralnym kraju nie mogą sobie tak po prostu zażyczyć danych od prywatnego operatora. Widocznie jednak szefowa starała się uruchomić wszystkie swoje kontakty i mnie jakoś namierzyć. A wy w końcu i tak mieliście mnie szukać, no nie? Woleli wam podać pełną informację, więc odezwali się dopiero, kiedy już widzieli, że nie ma na to szans.
„A niech cię diabli wezmą, Reade! Tracę do ciebie cierpliwość!” – Sanja aż prychnęła. „Jak dobrze, że to nie ja jestem twoim dowódcą”.
– Powiem, że wrócicie najbliższym planowanym dla was samolotem, a ja…
– Chyba nie. –Peter pokręcił głową. – Pan jest ranny i my się panu przydamy. Tak łatwo się nas pan nie pozbędzie. W końcu – speszył się trochę własnym żartem – nas jest pięcioro, mamy przewagę liczebną…
– Oj, nie byłbym taki pewny siebie na twoim miejscu – w tonie Charlesa znów zabrzmiała ironia. – Umiem się obronić przed kilkoma przeciwnikami.
– Ale chyba nie przed nami – Rueckner urwał, widząc, że zagalopował się w dowcipkowaniu.
Oczy Reade’a zwęziły się nagle. Spoważniał. Ewidentnie zaczynał kojarzyć fakty.
– Jesteście silniejsi, tak? Genetycznie poprawieni? Teraz rozumiem, dlaczego tacy młodzi… Chociaż na pewno znaleźliby też kogoś dorosłego.
Jawnie żachnął się tylko Lewicki, Szymczyk kopnęła go w kostkę. Kwestia wieku nie była teraz kluczowa.
– „Genetycznie poprawieni”… Ciekawe sformułowanie – odpowiedziała powoli Sanja. – Chyba wiem, co pan ma na myśli.
Owszem, istnieli „dorośli”, nawet dużo starsi od Kotów, z drobnymi modyfikacjami zwiększającymi siłę mięśni. Efekt trwających od bardzo dawna badań nad leczeniem chorób genetycznych oraz presji lobby sportów wyczynowych. I armii oczywiście.
– No więc – ciągnęła Popović – nie do końca o to chodzi. Silniejsi, nie.
– O jasna cholera… – Skojarzenia Charlesa biegły zaskakująco trafnym torem. – Rocznik czterdzieści ileś, tak? Wszystko pasuje… Jesteście tymi transgenicznymi dziećmi? Czarne Koty?
Sanja w pierwszej chwili przeraziła się, ale uświadomiła sobie, że ona nie powiedziała nawet o pół słowa za dużo. Reade po prostu musiał wiedzieć.
Kotom wolno było mówić o swoich zmanipulowanych genach nawet przypadkowym osobom; większą kurczliwość mięśni trudno ukryć, zwłaszcza dzieciom. Jednak i tak nikt nie skojarzyłby ich z plotkami na temat międzygatunkowych mutacji wpływających na działanie układu nerwowego. To właśnie stanowiło istotę tajemnicy – transgeniczność i skutki neurologiczne; oba aspekty delikatne, lecz dla wielu fascynujące.
Niestworzone historie, podsycane wręcz przez odpowiednie służby, zataczały szerokie kręgi, lecz funkcjonowały na zasadzie miejskiej legendy. Unijna armia ze swoją cudowną bronią stoi na straży zachodniej cywilizacji, bojownicy dżihadu mają się czego bać – i takie tam bzdury.
– Czarne Koty. – Sanja skinęła w potwierdzeniu. – Proszę to wziąć pod uwagę, Charles. My naprawdę możemy się panu przydać.
– I szefowa was tu po mnie przysłała? Rany boskie…
Reade jeszcze przez moment dochodził do siebie, lecz szybko wrócił mu zwykły sposób bycia.
– Moje drogie panie, czy mógłbym prosić, żebyście zostawiły mnie na chwilę samego? – Pytaniu towarzyszył niedbały gest, sugerujący, że agent chce się przebrać, i prowokujący, złośliwy uśmieszek.
– Oczywiście – wykrztusiła Sanja.
Ostatnie lata spędziła w koedukacyjnych wojskowych akademikach i na poligonach, ale w spojrzeniu Reade’a było coś, co sprawiło, że poczuła zdradliwe ciepło na policzkach.
Wychodząc, usłyszała głos Rueckenera.
– A może my z kolegą zostaniemy i pomożemy panu?
Propozycja została przyjęta z wdzięcznością.

*

Zanim Charles wyszedł na korytarz, taśmy mocujące jego temblak zostały porządnie skrócone i spięte klamrami; znać tu było fachową rękę Petera.
Marynarka – z prawej strony założona normalnie, z lewej tylko zarzucona na ramię – trzymała się podejrzanie dobrze, nie spadając ani nie powiewając, kiedy Anglik gwałtowniej się poruszył. Obciągał ją ciężar wewnętrznej kieszeni.
– Oddałeś Charlesowi jego zgubę – raczej stwierdziła, niż spytała Sanja, zwracając się do Lewickiego.
– Ja niczego nie zgubiłem – obruszył się Reade. – Zanim mnie wyciągnęli, pozbyłem się źródła potencjalnych kłopotów.
Agent ewidentnie nie poczuwał się do odciążenia deficytu budżetowego Republiki Turcji, bo ze szpitala wymknęli się – nomen omen – po angielsku, nie kłopocząc się zostawianiem numeru polisy czy innymi biurokratycznymi formalnościami.
Zatrzymali się na zaśmieconym skwerze. Reade pożyczył telefon od Sanji, rozłożył klawiaturę, przelogował się na swoje hasła i zaczął pisać meldunek. Jedną ręką fatalnie mu to szło, więc niechętnie zdecydował się na rozmowę. Perspektywa bezpośredniej konfrontacji z szefową wcale go nie cieszyła, co nie umknęło uwadze Sanji. Tak jak i fakt, że przed nawiązaniem kodowanego połączenia Charles oddalił się na przeciwny kraniec skweru. Musiał mieć niejakie pojęcie o Kocim słuchu.
Rzeczywiście, nie dotarło do nich ani jedno słowo, lecz wystarczyło przyjrzeć się postawie Anglika, jego oszczędnym, jakby urywanym gestom, a później wyrazowi twarzy, gdy wracał zakurzoną i rozgrzaną od słońca alejką, żeby się zorientować, że absolutnie nie jest zadowolony z rozkazów.
– Zostajecie – powiedział, starając się, żeby wypadło to możliwie neutralnie. Dla Kotów oczywiście nie było neutralne w najmniejszym stopniu.

Błąd warunkowania - Anna Nieznaj © Anna Faraś-Pągowska

Pin It on Pinterest

Shares
Share This