Fobia - Dawid Kain © Paweł Dobkowski

 Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl

%

Średnia ocena % ze wszystkich recenzji

Darmowy fragment!

Fobia – Dawid Kain

Bliska przyszłość, w której ludzie zasłonili sobie świat nakładkami nowej sieci – Immersjonetu. Żyją w gigantycznych kompleksach mieszkalnych, z całodobową obsługą dronów i botów.

Magdalena Kordowa musiała porzucić studia i znajomych, by zaopiekować się ojcem – pisarzem, który postradał zmysły w pogoni za arcydziełem. Ten pewnego dnia zniknął, zostawiając po sobie jedynie ostatnią powieść, „Kres Komunikacji” skrywającą wskazówki dotyczące swojej niewytłumaczalnej ucieczki.

Czy Magda rozwiążę zagadkę i odnajdzie ojca mimo obezwładniającego ją lęku?

Fobia to zaskakująca powieść, w której z każdą kolejną stroną treść kształtuje formę i na odwrót. Można mówić, że takiego eksperymentu w polskiej literaturze jeszcze nie było, ale po co? Dawid Kain nie potrzebuje reklamy, wystarczy, że po raz kolejny udowadnia, że jego wyobraźnia nie zna granic.

Aleksandra Zielińska, autorka powieści Przypadek Alicji

Literatura ciężka jak neuroleptyk, Polska pod rządami bestii i pudełko pełne niczego. Trzymacie w swoich rękach ważną książkę. Jest dowodem na to, że przekraczanie gatunkowych ram to jedyna droga, by nazwać czerń przelewającą się w środku, a przynajmniej – spróbować to zrobić. Bo mierzyć się z lękiem przed nicością i nie zwariować, nie upaść w nicość, to przecież prawie niemożliwe. Jak pisał amerykański psycholog Irvin D. Yalom: “Nie jest łatwo żyć, w każdym momencie mając pełną świadomość, że się umrze. To tak, jakby próbować patrzeć prosto w słońce: można wytrzymać tylko tyle, ile się da.” Pisząc tę powieść, Dawid Kain ewidentnie patrzył w słońce i nie odwracał wzroku, nawet wtedy, gdy ból stawał się trudny do zniesienia.

Cezary Zbierzchowski, autor Requiem dla lalek i Holocaustu F

Autor: Dawid Kain
Tytuł: Fobia
Rok I wydania: 2016
Format: 12.5×19.5 cm

Liczba stron: 268

Oprawa miękka: ISBN 978-83-7995-069-0
eFormat: ePub/mobi
ePub: ISBN 978-83-7995-070-6
mobi: ISBN 978-83-7995-071-3

Ceny sugerowane:
Oprawa miękka: 29,99 zł
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

Dawid Kain

Prozaik, tłumacz, redaktor. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i podyplomowego edytorstwa na Uniwersytecie Pedagogicznym. Prekursor polskiego bizarro-fiction, horroru eksperymentalnego i grozy postmodernistycznej. Autor m.in. powieści prawy, lewy, złamany (2007), Gęba w niebie (2010), Za pięć rewolta (2011) Punkt wyjścia (2012) oraz Kotku, jestem w ogniu (2014), a także zbioru opowiadań Makabreski (2010). Tłumaczony na czeski i angielski, publikowany w licznych pismach oraz antologiach krajowych i zagranicznych. Jest także współtwórcą warstwy fabularnej do gry komputerowej Get Even, która będzie miała premierę w pierwszym kwartale 2017 roku. 

Najtaniej kupisz w:

Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl
 logoVirtualo
Publio_logo

CZY MOŻNA ŻYĆ W SZPONACH STRACHU?

POZNAJ ODPOWIEDŹ!
Rzecz Gustu
MadBooks
Bookiatryk
Katedra
GameExe
Szortal
Polacy nie Gęsi i swoich Autorów mają

A JEŚLI WOLISZ EBOOKI OD KSIĄŻEK...

KUP EBOOKA!

Lęki

Wczoraj w nocy zaginął mój ojciec.

Choć może „zaginął” to nie jest odpowiednie słowo, lepiej powiedzieć: zniknął. Bo niby jak miałby się zgubić w pokoju cztery metry na cztery? Pewnie dałby radę ukryć się pod łóżkiem albo między biurkiem a regałem z książkami, ale ojciec nie zaczął nagle bawić się ze mną w chowanego. W ostatnich latach okropnie zdziwaczał, to prawda, jednak nie zdziecinniał.

Nie ma go w jego pokoju.

Nie ma go w całym mieszkaniu.

Nie wyszedł na zewnątrz. Od lat nie wychodził nawet na klatkę schodową, wiem to na pewno. Rano zastałam jego pokój zamknięty od środka, jak zawsze. Zapukałam, czekając cierpliwie, aż zwlecze się z łóżka. Przywitałabym go z uśmiechem, nie licząc na wzajemność. Nawet jeśliby odpowiedział, bardziej przypominałaby to nerwowe warknięcie niż radosne „dzień dobry”. Popatrzyłabym w te jego smutne, wiecznie podkrążone oczy, mimo wszystko starając się nie załamywać. Potem zjedlibyśmy razem śniadanie, nie rozmawiając ze sobą, bo już nie potrafimy. Dla uspokojenia liczyłabym zmarszczki na jego twarzy, plamy wątrobowe na żylastych, trzęsących się dłoniach, okruszki na talerzu i na stole. Słuchałabym jego powolnego oddechu, odgłosów przełykania i miarowych sapnięć, łyżki dzwoniącej o szkło, noża zgrzytającego przy każdym starciu z porcelaną. Po wszystkim ojciec otarłby usta serwetką, wstał chwiejnie i wrócił do siebie. Zatrzasnąłby drzwi, przekręcił klucz. Dwa szczęknięcia, przerwa, potem jeszcze jedno. Żadnych kart, pasków na nadgarstek, zabezpieczeń biometrycznych, żadnych chipów – jedynie „stara, pewna stal klucza”, jak się upierał, gdy jeszcze miał siłę się upierać. Szuranie pantofli i coraz cichszy jęk łóżka pod coraz chudszym ciałem ojca… Tylko że tego dnia nic się nie zgadzało. Nie odpowiedział. Nie otworzył. Nie popatrzył na mnie tak, jakbym była zupełnie przezroczysta.

Zapukałam raz jeszcze.

Dalej nic.

Raczej nie spał, bo przez ostatnie tygodnie nie sypiał właściwie wcale. Miał inne zajęcia, w jego mniemaniu ciekawsze niż spanie.

Wołając go, zapukałam znowu.

I znowu.

Pukałam, aż rozbolała mnie ręka, kłykcie zaczęły pulsować tępo.

– Ojcze! – krzyczałam tak długo, aż głos zaczął mi się łamać.

Nic. Zupełnie nic.

Zakryłam dłonią usta.

Umarł?

Pomyślałam, że umarł.

Pomyślałam tak, chociaż nie powinnam tak myśleć.

Ojciec umarł. Nie żyje. Leży martwy na łóżku, w swoim zamkniętym na klucz pokoju. Nie oddycha i nie jest. W ogóle go już w nim samym nie ma.

Co teraz?

Lęk uderzył z nokautującą siłą.

Twarz momentalnie zdrętwiała, załomotało w skroniach.

Przycisnęłam plecy do ściany, z trudem łapiąc oddech. Wszystko przechyliło się pod niewyobrażalnym kątem, przed oczami zawisł rój czarnych plam. Przedmioty wokół w jednej chwili robiły się płaskie, by w drugiej nabrać głębi. Ich cienie rosły, przekreślając wszystko na swojej drodze.

W uszach dudniła krew. Usta miałam otwarte, spazmatycznie próbując wciągnąć w płuca powietrze. Ale najgorsze było to, że nie bałam się wcale prawdopodobnej śmierci mojego ojca. Nie był to ten znany każdemu lęk przez utratą bliskiej osoby. Mnie ogarnął strach przed tym, czym jest – czym może być – sama śmierć. Abstrakcyjne pojęcie. Pustka w miejsce czegoś. Nagły brak. Nic, niemieszczące się w swej nazwie. Najstraszniejsza straszność.

Nie, nie, nie mogę zastanawiać się nad takimi sprawami. W ogóle nie powinnam o tym rozmyślać. Ani o niczym w jakimkolwiek stopniu dziwnym i niewyjaśnialnym.

Powietrza. Teraz trzeba mi tylko powietrza…

Świat wciąż tańczył dziko i groźnie, ja podpierałam ścianę. Powoli osuwałam się na podłogę, aż w końcu usiadłam. Pokój za drzwiami w mojej wyobraźni stał się czarnym sześcianem, rosnącym z każdym uderzeniem serca.

Nie myśleć o tym. O niczym. Przestać. Po prostu przestać. W mózgu załadować wygaszacz ekranu, odwrócić wzrok, nie patrzyć, potem odłączyć wtyczkę od własnej głowy, wyszarpnąć z gniazdka, odciąć zasilanie.

W skroniach dudniło, nie przestawało.

Oddychałam przez nos, coraz szybciej i bardziej łapczywie. Tak było łatwiej, nie dławiłam się już powietrzem, jakby wypluta na brzeg z ciemnych odmętów.

Szczęki przeszył potworny skurcz, nie byłam więc w stanie nawet otworzyć ust.

Czarny sześcian, w którym nie ma nikogo, niczego. Coraz większy.

Nie…

Przestać. Odłączyć się, odciąć.

Wiedziałam, że panika za chwilę minie. Ale to wcale mnie nie uspokajało. Każda minuta ciągnęła się bez końca.

Nie ma ojca, nie ma ojca, nie ma ojca.

Stop. Nie myśl już o tym, Magda. To nieważne. Udawaj, że wszystko jest jak zawsze. Każda rzecz dokładnie na swoim miejscu.

Przysunęłam kolana pod brodę i wtuliłam w nie głowę, zakrywając uszy dłońmi. Jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, a żadnego z rodziców nie było w zasięgu objęcia. Stare metody bywają najskuteczniejsze.

To zaraz przejdzie. Tylko już nie myśl, nie myśl, nie myśl…

*

Cierpię na jedną z odmian batofobii – lęku przed głębią. Boję się wszystkiego, co jest czymś więcej niż powierzchnią. Dla mojego dobra cały świat powinien być płytki, płaski, jasny i zrozumiały. Inny byłby zbyt potworny do zniesienia. I mógłby mnie nawet zabić.

*

Rozmasowałam zdrętwiałe policzki. Przez nos nabrałam powietrza, a potem powoli wypuściłam je przez zaciśnięte zęby. Robiłam tak raz za razem, aż udało mi się odkleić plecy od ściany i wstać.

Otworzyłam pokój zapasowym kluczem. Ojciec zamykał się każdej nocy. Za dnia też, jeśli akurat pracował. Nikt – czyli ja – nie mógł mu przeszkadzać. Zajmował się przecież bardzo ważnymi sprawami. Sam tak mówił, jeśli w ogóle mówił.

Przed laty ojciec był popularnym pisarzem. Wydał osiem powieści. Miały spore nakłady, zarabiał przyzwoite jak na autora beletrystyki pieniądze, zyskał mnóstwo wiernych czytelników. Później niespodziewanie doszedł do wniosku, że nie będzie już pisać dla niczyjej rozrywki, że wreszcie stworzy coś „poważnego, istotnego, kluczowego”. Taka miała być jego dziewiąta, najlepsza i najambitniejsza powieść. Nigdy jej nie ukończył. Od ponad dekady nie wydał niczego. W euforii łamanej rozpaczą wciąż zaczynał kolejne literackie projekty i natychmiast je porzucał. Miotał się, brakowało mu słów do pełnego wyrażenia siebie. Jego zdaniem to nie była tymczasowa blokada, tylko coś znacznie większego, przepaść nie do przeskoczenia, trwałe niezadowolenie z efektów podejmowanych starań. Sześć lat temu zaczął całkowicie tracić łączność z rzeczywistością. Przestał płacić rachunki, robić zakupy, nawet kontaktować się ze mną. Wszystko przestał.

Musiałam więc znowu z nim zamieszkać. Przerwać studia prawnicze ledwie na drugim roku i zająć się każdą sprawą, do której nie miał głowy – czyli wszystkim.

Miałam wtedy dwadzieścia jeden lat. Myślałam, że życie przede mną.

Boję się bardzo wielu rzeczy. Z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej. Umysłowo cofnęłam się już w rozwoju do wczesnej nastoletniości. Objawy choroby ostatnio poważnie się nasiliły, więc od pół roku nie jestem nawet w stanie wychodzić z mieszkania.

Co tu ukrywać: jestem chora psychicznie. Jednocześnie opiekuję się chorym psychicznie ojcem. Nie mogę dopuścić, żeby trafił do zakładu. On by tego nie przeżył, a ja bym sobie nie wybaczyła. Dlatego muszę ukrywać swój stan. Opiekunem osoby niepoczytalnej nie może przecież być inna osoba niepoczytalna. Nie odwiedzam więc lekarzy, nie kupuję leków, nie uczestniczę w terapiach. Na batofobię i tak nie wynaleziono jeszcze w pełni skutecznego środka. Nie ma terapii, która chociaż połowie pacjentów mogłaby zagwarantować przełom. To najtrudniejsza do wyleczenia odmiana fobii.

Mieszkam więc z moim ojcem w małym, dwupokojowym, czterdziestometrowym domu wariatów. Teraz ojciec zniknął. Zostałam sama.

*

– Ojcze?

Niepotrzebnie pytałam. Widziałam przecież na własne oczy, że w pokoju jest pusto. Łóżko pościelone, okno zamknięte. Nikt nie patrzył na mnie mętnym, jakby rozregulowanym wzrokiem.

Mimo że był dzień, musiałam zapalić światło. Ojciec zamalował szybę czarną farbą – zrobił to zresztą już dawno, kiedy jeszcze byłam pełną entuzjazmu studentką, zdającą logikę bezbłędnie już przy pierwszym podejściu. Potem z zapałem tłumaczył mi, że „tam przecież nic nie ma”. Mówiąc „tam”, miał na myśli „na zewnątrz”. Mówiąc „tam”, miał na myśli świat i wszystkich jego lokatorów. Trudno było mi to pojąć, choć wtedy większość zagadnień łapałam w lot.

Zrobiłam parę niepewnych kroków naprzód, skanując wzrokiem otoczenie. Jego klucze od mieszkania – razem z kluczem od tego pokoju – leżały na szafce przy wąskim łóżku.

To nie wyglądało na dowcip. Ojca nie było pod łóżkiem ani za biurkiem, a tylko w tych dwóch miejscach mógłby się ukryć. W pokoju panował taki porządek, jakby czekał na przyjazd długo wyczekiwanego gościa.

Okno, jak już mówiłam, było szczelnie zamknięte, więc ojciec nie wyskoczył – o tyle dobrze. Opuścił nasz mały dwuosobowy świat w jakiś inny, niewyobrażalny jeszcze dla mnie sposób. Dokąd i jaką metodą mógł się ewakuować?

Rozglądałam się uważnie. Najmniejszy szczegół mógł mieć teraz decydujące znaczenie. Musiałam przyjrzeć się każdemu z szesnastu metrów kwadratowych okiem detektywa: zniszczonym meblom z pierwszej dekady tego stulecia, staremu skrzypiącemu fotelowi (spod poprzecieranej czarnej skóry szczerzyła się żółta gąbka), regałowi niemal zgarbionemu pod ciężarem kilkuset grubych ksiąg, wertowanych przez ojca z chorobliwą regularnością. Nieraz przed zaśnięciem słyszałam szelest kartek, dziwiąc się, że w tych czasach ktokolwiek jeszcze bawi się papierem. Podłoga wydawała się czysta. Raz w tygodniu zmuszałam ojca, by pozwolił mi tu posprzątać, na co niechętnie się godził, obserwując każdy mój ruch, jakbym miała zamiar go okraść.

Co się tu zmieniło od wczoraj?

Stojący przy biurku archaiczny komputer stacjonarny był wyłączony. Monitor też. Na blacie leżał stos kartek. Wcześniej go nie było! Rzuciłam się na niego, potykając się o własne nogi. Zerknęłam na pierwszą z brzegu. W prawy górnym rogu tkwiła mała cyfra dziewięć. Wzięłam do ręki kolejną.

Kotku, jestem w ogniu - Dawid Kain @ Paweł Dobkowski

Pin It on Pinterest

Shares
Share This

Pozostań z nami w kontakcie!

Nie zaśmiecimy Twojej skrzynki pocztowej.
Otrzymasz od nas informacje o promocjach i nowościach!

You have Successfully Subscribed!