Kotku, jestem w ogniu – Dawid Kain
Świat marzeń każdego wydawcy…
Życie w świecie opanowanym przez książkoholików nie jest łatwe, ale Edward Egan, mieszkaniec Postmoderny i nieuleczalny utracjusz, stara się skupiać na jego jasnych stronach. Dostarczając czytelniczym narkomanom dobrej jakości teksty, pisane przez przyjaciela, szalonego Zampano, jest w stanie zarobić tyle, by starczyło na używki, kobiety i oczywiście kolejne lektury.
Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia. Edward budzi się w jakimś zimnym, obcym miejscu, daleko od domu, imprez i przyjaciół. Nie pamięta, jak tam trafił. Na dodatek pewien natręt namawia go do szukania rzekomo najważniejszego dzieła literackiego w historii, zwanego Raportem. Czy pojedyncza książka jest w stanie odpowiedzieć na każde z kluczowych dla naszej egzystencji pytań? Gdzie ją znaleźć i czy w ogóle warto?
Powieść o czytaniu, do czytania. Zupełnie inna niż wszystkie.
Autor: Dawid Kain
Tytuł: Kotku, jestem w ogniu
Rok I wydania: 2014
Format: 12.5×19.5 cm
Liczba stron: 170
Oprawa miękka: ISBN 978-83-7995-004-1
ePub: ISBN 978-83-7995-005-8
mobi: ISBN: 978-83-7995-006-5
Ceny sugerowane:
Oprawa miękka: 29,99 zł
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

Prozaik, tłumacz, czasem nawet redaktor. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i podyplomowego edytorstwa na Uniwersytecie Pedagogicznym. Prekursor polskiego bizarro-fiction, horroru eksperymentalnego i grozy postmodernistycznej. Autor m.in. powieści prawy, lewy, złamany 2007), Gęba w niebie (2010), Za pięć rewolta (2011) oraz Punkt wyjścia (2012), a także zbioru opowiadań Makabreski (2010). Tłumaczony na czeski i angielski, publikowany w licznych pismach oraz antologiach krajowych i zagranicznych (ostatnio: 17 Szram, Księga Wampirów i amerykańskie Bizarro Bizarro).
Najtaniej kupisz w:
Najtaniej kupisz w:
I TY WKROCZ W ŚWIAT SZALONYCH KSIĄŻKOHOLIKÓW!
(…) trafi do jak największego ich grona. Bo generalnie na to zasługuje – sprytna, zabawna, precyzyjnie skonstruowana z imponującej mnogości elementów, z pazurem, niejednoznaczna… Czego chcieć więcej? Kolejna dobra solowa powieść Kaina, choć wyraźnie inna.
Książki Kaina czyta się dla samej przyjemności płynącej z literatury, dla tego szczególnego, jakże przyjemnego wrażenia, kiedy mózg prawie, prawie staje dęba, wije się i sapie lawirując pomiędzy strukturami nietuzinkowej opowieści, by niczym narkoman na głodzie chciwie zerkać ku kolejnym stronicom w oczekiwaniu na następne porcje tego literackiego tripa.
Jeśli lubicie mocne literackie melanże i nietuzinkowe pomysły fabularne, a na dodatek nie przeszkadza Wam pobyt po drugiej stronie lustra, to nowiutka powieść Dawida Kaina jest w sam raz dla Was
Kotku, jestem w ogniu to jedna wielka literacka zabawa z czytelnikami, a zarazem uniwersum, z którego wcale nie chce się wychodzić.
Dawid Kain na przestrzeni lat wyrobił sobie bardzo charakterystyczny styl: u jego podstaw leżą niesamowita, nieco dzika i szalona wyobraźnia oraz gotowe do jej przełożenia na papier pióro – bardzo sprawne, oferujące czytelnikowi mnóstwo gier słownych opartych na neologizmach słowotwórczych i frazeologicznych. Kotku, jestem w ogniu to kolejna oryginalna powieść, której lektura jest krótkim, intensywnym doświadczeniem.
Książka nie jest może najłatwiejszą lekturą, ale zdecydowanie do przeczytania dla każdego. Sądzę, iż każdy czytelnik odnajdzie tam sporo odniesień do dzieł, które zna, a zapewne i nieraz się uśmiechnie. No bo jak tu przejść poważnie na przykład obok tomiku poezji o nazwie „Wyznania dziewczyny nie tyleż prostej, co krzywej?”. Zresztą cała scena, podczas której pada ten tytuł, czyli atak grafomanów jest jak dla mnie absolutną perełką w tej bardzo dobrej powieści. Klimat, jaki wytworzył autor pozwala na zupełnie inne spojrzenie na literaturę – może nieco w krzywym zwierciadle, może przesadnie i karykaturalnie ale na pewno interesująco.
Niewątpliwie z każdej strony wyziera do nas miłość autora do książek. I to jest dobre, to jest słuszne, to się chwali. Niestety miłość, jak to miłość, jest uczuciem gwałtownym i trudnym do okiełznania, w związku z czym i tekstu Dawid Kain do końca nie ujarzmił. Nie twierdzę, że historia jest chaotyczna i niedopracowana – wręcz przeciwnie, wszystko jest poukładane, zdarzenia posłusznie prowadzą z punktu A do punktu B, wynikają z siebie i jednoznacznie dążą do bardzo konkretnego zakończenia. Pozostało jednak we mnie wrażenie (gdzieś pod skórą, przekazane podprogowo przez autora między słowami – jak to między książkoholikami bywa), że to jeszcze nie to, co Dawid Kain chciał napisać. Że jeszcze się nie wypisał w temacie, a tekst, który powstał w nagłym porywie uczucia powinien zaczekać, aż emocje opadną, aż dojrzałość weźmie górę nad młodzieńczą brawurą i będzie można całość doszlifować. Autor na tych stu siedemdziesięciu stronach wykrzyczał nam swoją miłość do książek, a przecież najważniejsze jest to, co kochankowie przekazują sobie szeptem.
Jeśli chcecie przeczytać Kotku… jako fantastyczne czytadło balansujące gdzieś na pograniczu grozy, narkotycznego fantasy i przewrotnej komedii – zupełnie śmiało możecie. I więcej: nie zawiedziecie się. Ale pod płaszczykiem prostej opowieści o poszukiwaniu Raportu, czai się jeszcze jedna książka. Równie wciągająca, choć wymagającego skupienia, opowieść o literaturze.
Kotku, jestem w ogniu pokazuje, że zwariować można nawet od czytania haiku, dlatego ostrożnie dobierał literaturę będziesz… ale koniecznie sięgnij po powieść Dawida Kaina, żeby dowiedzieć się dlaczego.
Ta historia to także swego rodzaju ukłon w stronę czytelników – cóż lepszego można dla nich zrobić niż uczynić książkę głównym bohaterem, wynieść ją na piedestał właściwy największej ludzkiej namiętności? Warto jednak dodać, że jest to również tekst dziwny, prosty i brutalny. W założeniu, podczas tworzenia, książka miała należeć do gatunku bizarro, który jest skrajną i naprawdę dziwaczną mieszanką. Ostatecznie jednak redakcja przyniosła pewne poprawki, które (moim zdaniem) wyszły książce na dobre. Zamiast tekstu szalonego dostaliśmy przemyślany, a efekt przerósł moje oczekiwania. Wierzcie mi, na początku bałam się do tej książki sięgnąć, tymczasem teraz najbardziej żałuję, że zwlekałam z tym tak długo.
Kotku, jestem w ogniu charakteryzuje się nienagannym stylem. Dawid Kainposługuje się wyszukanymi metaforami, nieco abstrakcyjnymi porównaniami i opisami, które bezpośrednio związane są z pisarstwem, drukiem, tworzeniem.
A JEŚLI WOLISZ EBOOKI OD KSIĄŻEK...
Fragment powieści
I. W POSTMODERNIE BEZ ZMIAN nie na miejscu O tym, czym jest Raport, dowiedziałem się, leżąc w bocznej nawie jednego z Kościołów Becketta. Minione dni były nieustającą imprezą, namiętnym ładowaniem w siebie wszystkich dostępnych stymulantów, depresantów i halucynogenów. Kolejne zaś miały być gorączkowym poszukiwaniem, ustawicznym błądzeniem i mozolnym odkrywaniem prawdy, ale w tamtym momencie jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Leżałem na chłodnej podłodze, zaśliniony i przekonany, że oto jestem właśnie w trakcie kosmicznej misji, że oto mknę ku nieznanym Wszechświatom, z całą ludzką wiedzą zapisaną w obolałym mózgu. Zamierzałem najwyraźniej pochwalić się naszymi osiągnięciami na innych planetach, wywołując opad szczęk, macek i wszystkiego, co tamtejsze inteligencje miały na wyposażeniu. Śniłem, że w moją pamięć wgrano wszelkie informacje, jakie tylko można posiąść – i choćby to powinno stać się ostrzeżeniem, że jawa odpłynęła już naprawdę daleko. Ale tak się nie stało. Wszechwiedzący dryfowałem w czarnej, lodowatej pustce. I pewnie spędziłbym tak następne tysiąclecia, gdyby ktoś nie uderzył mnie wtedy na otrzeźwienie i nie powiedział: – Raportu szukać byś poszedł, a nie pluł se w brodę. W najwyższym stopniu zdumiony otworzyłem oczy. I jak meteoryt z jasnego nieba uderzyła mnie myśl, że na wczorajszej mszy integracyjnej w Kaplicy Williama Burroughsa musiało wydarzyć się coś fatalnego, skoro teraz jestem tutaj, w tym monstrualnym budynku w kształcie trumny, grobowo pustym, nie licząc stłoczonych na podłodze indywiduów. Przygnębiający półmrok jedynie potęgował moją alienację. Nie mogło go rozproszyć rozedrgane światło rozrzuconych po podłodze zniczy i płonących gdzieniegdzie ognisk. Właściwie lepiej by było, jakby nawet one zgasły na dobre, bo wolę już każdą ciemność od odrażającego widoku, jakim rzeczywistość postanowiła mnie w tamtym momencie obdarować. Kilka kroków ode mnie, grzejąc przy ogniu brudne dłonie i stopy, chichocząca maniakalnie rodzina kloszardów ze szpiczastymi papierowymi czapeczkami na głowach świętowała urodziny kogoś ze swojego grona, grając w pchełki żywymi okazami tychże. Kawałek dalej bezzębne i zgarbione coś stało na jednej nodze w kuriozalnym napadzie katatonii, powtarzając w kółko przyprawiające o mdłości zdania: Siedziba ciał, które błądzą, każde w poszukiwaniu swojego wyludniacza. Wystarczająco obszerna, by szukać daremnie. Wystarczająco ciasna, by nie dało się zbiec*1. Nad tymi filiami nędzy i rozpaczy górował dwumetrowy starzec w futrze ze szczurów. Wyjąwszy sobie szklane gałki z oczodołów, ewidentnie zabierał się za jakąś grubszą żonglerkę, enigmatycznie się uśmiechając. Tyle zobaczyłem w pierwszym przebłysku świadomości… A to była tylko boczna nawa – zaledwie nieśmiała zapowiedź rzeczy, które tutaj były czymś normalnym! Oto Kościół Becketta, pewnie gdzieś na ubogich przedmieściach mojej ukochanej Postmoderny. Niepowtarzalna woń bezdomnych outsiderów biła po głowie z mocą najtańszego sikacza. Absurd obezwładniał, twarz drętwiała, ręce opadały, chciało się już tylko wyć z rozpaczy. Słyszałem kiedyś o takich miejscach. Na imprezach nieraz krążyły rozmaite opowieści, rozrastające się w epickich rozmiarów legendy, budzące postrach i niesmak. Jednak nigdy wcześniej nie odbiło mi na tyle, żebym chciał się zapuszczać w podobne rejony. Oczywista zresztą sprawa, skoro ochrzczono mnie w obrządku Wielkiego Literackiego i Narkotykowego Eksperymentatora, Williama Burroughsa, a od najmłodszych lat raczej wybierałem przesadę w każdej dziedzinie, cieszenie się chwilą i wyciskanie każdej godziny do cna, a nie królujące tutaj: desperację, minimalizm i ascetyzm. To zawsze było podstawową wytyczną wszystkiego, co robiłem: przesada do potęgi n, doprowadzanie do ekstremum wszystkich podejmowanych działań, wypadanie kilometry poza bandę, rozbuchane ego-jazdy po wertepach własnej jaźni. Co się mogło wydarzyć? Jeszcze wczoraj stylowo melanżowałem w jednej z tysięcy Kaplic, sącząc arcymocny drink Mezalians, wcinając ulubioną pizzę z salami, uskuteczniając rozmaite techniki relaksacyjne w towarzystwie sympatycznym i raczej do świata przedstawionego zdystansowanym. Przegryzałem też jakieś grzybki halunki, ale zostawmy to na marginesie, sprawa przecież powszednia i rozdętego opisu niewarta. Bo chodzi mi wyłącznie o to, że jeszcze wczoraj byłem do szpiku sobą i robiłem coś, czego się zawsze po sobie spodziewałem… A teraz leżę w tej gigantycznej betonowej trumnie, wśród tkniętego osobliwym autyzmem motłochu, w samym pulsującym jądrze wszelkiej beznadziei i rozpaczy. No naprawdę… Co się mogło stać? – Raportu nie znajdziesz, człowieku, to dalej nie będziesz nic wiedział – ktoś odezwał się znowu. Rozglądałem się nerwowo, próbując dociec, skąd dobiegał głos. W pierwszej chwili wyciągnąłem przykry wniosek, że to musi gadać niemowlę po wyjątkowo przedwczesnej mutacji. Dziwna sprawa, ale nie takie rzeczy się widywało. Minęło pół minuty, zanim pojąłem, że to po prostu karzeł, naprawdę nic wielkiego. – Cz-czego? – spytałem, brzmiąc jak dwa nerwowe stuknięcia w klawisz zdezelowanej maszyny do pisania. Następnie spróbowałem stanąć na nogi, co zaowocowało bolesnym upadkiem i rechotem rodziny kloszardów w czapeczkach. Zamiast odpowiedzieć karzeł podczołgał się do mnie, rozpiął rozporek, podniósł prawą nogę i zaczął szczać mi na buty. – Pogięło cię, koleś?! – wrzasnąłem, odruchowo kopiąc dewianta w brzuch, choć celowałem w krocze. Komicznym pajączkiem odczołgał się, zostawiając za sobą zygzakowaty ślad. – Nie gniewaj się, człowieku! Myślałem, że mogę. Wyglądasz na miłą osobę, mógłbyś mnie stąd zabrać, może wyprowadzić na spacer – powiedział i niespodziewanie zaczął wyć tak głośno, że aż przeszyły mnie dreszcze. – Burroughsie wszechmogący – jęknąłem, próbując oprzeć się na łokciach i przyjąć pozycję półleżącą. – Mówiłeś wcześniej o jakimś Raporcie? O co szło? Uspokoił się. Zapiął rozporek i westchnął. Potem odparł: – W nim jest wszystko, co musisz wiedzieć. Ale on został ukryty, rozproszony. Żeby dostęp mieli tylko najbardziej wytrwali, sama elita poszukiwaczy. W Raporcie znajdziesz całą prawdę o naszym świecie, naszej literaturze, naszej egzystencji. – A gdzieś ty słyszał takie rzeczy? – zdziwiłem się, bo nietrzeźwy staję się bardziej łatwowierny niż zazwyczaj. – We Wzdychowie, ktoś wspominał, lata temu, całe lata temu. Parsknąłem tylko. Łatwowierność nie musi przecież oznaczać skrajnej naiwności. – Mam uwierzyć, że takiego kogoś wpuścili do Wzdychowa? I co, może jeszcze budę ci tam sklecili na zawołanie, szczerozłotą i wysadzaną diamentami? – Nie zawsze byłem taki – odparł tonem pełnym oburzenia, drapiąc się stopą za uchem. – Kiedyś byłem cenionym Pisarzem. Zaśmiałem się tak głośno, że aż sam się tego wystraszyłem i po plecach przeszły mi ciarki. – Byłem jednym z nich, człowieku! Pisałem romantyczne historie. Seryjnie, osiem tomów. Wielka miłość pokonuje wszelkie przeciwności losu. Ona ładna, on przystojny, a zły świat toczy się jak serce z kamienia, chcąc zgruchotać ich wspólną emocję. Fabuła za fabułą, automatem. Było dobrze, byłem ustawiony. Mogłem w tym wytrwać do starości, żyć tak, jak większość tylko marzy. Tylko że zawsze miałem pewne zboczenie zawodowe. Wieczorami uwielbiałem czytać wyjątkowo dziwaczne książki. Pisałem po ludzku: prosto, zwięźle, lekko, nigdy poza schematem. Ale czytałem buntowniczo, bluźnierczo, wybierając najcięższe teksty, jakie były pod ręką… Aż spotkała mnie dotkliwa kara, której ponury rezultat możesz teraz podziwiać. – Pewnie, stary – powiedziałem, podnosząc się wreszcie i robiąc chwiejny krok naprzód. – Byłeś przystojnym brunetem metr dziewięćdziesiąt, sławą literatury przyjemnej, choć nieco przyziemnej, a teraz na ekscentryzmy się porwałeś, więc sikasz na buty Willowi ducha winnych osób w miejscu tak parszywym jak to. Ciekawsko uniósł wyłysiały łebek. Twarz miał szarą i pomarszczoną, przypominała kłębek gęstej pajęczyny rozpiętej między skrońmi. Z jego oczu biła trudna do wyobrażenia pustka, jakby jakiś nienazwany bóg wyssał mu mózg i duszę. – Wtedy też nie wierzyłem w takie rzeczy – wyszeptał, niemal łkając. – Ale w końcu przeczytałem powieść „kotku, jestem w ogniu”, no i się doigrałem. – Chyba raczej: „piesku, zmięło ci blaszkę pod czaszką” – odparłem i znudzony narastającym absurdem toczonej konwersacji postanowiłem ruszyć w kierunku wyjścia z tej krypty depresyjnych szaleńców. Szedłem może trochę wężykiem, nie do końca wiedząc, gdzie stawiam stopy i czy aby na pewno na podłodze, ważne jednak, że w ogóle zdołałem obrać kierunek inny niż spadanie. Kiedy już złapię odpowiedni rytm kroków, przyjmę jedyny słuszny wektor poruszania się, wszystko pójdzie z górki i będę mógł to robić bez żadnej dezorientacji. – Raport istnieje. A ja jestem jego prorokiem – dodał jeszcze tamten, najwyraźniej zbity z tropu moją nagłą dezercją. * Nieraz słyszałem plotki, że po świecie krążą książki masowego rażenia, będące w stanie zniszczyć każdego czytelnika. Działają jak wirusy i w gruncie swojej treści tym właśnie są: wirusami języka – zarażają sobą odbiorcę, nieodwołalnie go transformując. Swego czasu w krajowych centrach literackich majaczyło budzące grozę widmo powieści „Wieczne rozpoczynanie”. Było to ponoć opasłe tomiszcze nieznanego autorstwa, zmieniające ludzi w bezmyślnych kopistów. Po jego przeczytaniu czytelnik momentalnie tracił wszelką łączność z rzeczywistością – rzucał pracę, zrywał kontakty z rodziną i znajomymi, przestawał wychodzić z domu – i strona za stroną przepisywał ręcznie „Wieczne rozpoczynanie”, jakby wszystko inne nagle przestało mieć jakikolwiek sens. Znajdowano podobno wysuszone truchła nieszczęśników tulących do piersi zeszyty wypełnione porażającymi bzdurami. Oczywiście oryginał pozostawał mitem, nigdy niewidziany ani nieczytany. Równie dobrze mógł wcale nie istnieć – ktoś go sobie uroił i puścił paranoję w eter, wiedząc, że może się w pewnych środowiskach przyjąć, a nawet zrobić nieczęstą karierę. Podobnie było z enigmatycznym „kotku, jestem w ogniu”. Przez niektórych uważany za pierwszą niezawodną broń literacką, potrafił jakoby – dzięki odpowiedniemu ułożeniu znaków, rytmowi fraz i fabule od początku do końca stanowiącej frontalny atak na odbiorcę – wprowadzać zmiany nie tylko w psychice czytelnika, lecz nawet w jego genotypie. Zdawało się to niezbyt wiarygodną konfabulacją, choć sama idea zaintrygowała mnie, szczególnie, gdy w obieg poszła wiadomość, że wszystkie poprzednie pogłoski dotyczące „kotku, jestem w ogniu” same stanowiły część inwazyjnego tekstu, będąc zaledwie przedmową wojny o dusze czytelników. Potem wszyscy – ja także – szybko zapomnieli o całej sprawie, jako że ofiar nie odnotowano. I chociaż wizja literackiego terroryzmu i tekstów-wirusów była więcej niż pociągająca, do przejęcia kontroli nad społeczeństwem przez pojedynczego autora nigdy nie doszło. Może dlatego, że ludzie trzymali się swoich ulubionych konwencji niczym kół ratunkowych, najczęściej bojąc się czytać cokolwiek choć trochę odklejonego od ich przyzwyczajeń. Byliśmy bezpieczni, dopóki pozostawaliśmy ignorantami. * Zazwyczaj staram się trzymać własną zrzędliwość na krótkiej smyczy, ale powrót do centrum Postmoderny szybko stał się prawdziwą katorgą. Nie sprzyjała pogoda, nie sprzyjała komunikacja miejska. I jakby rzeczywistość nie dość mocno kopała mnie po żebrach, w kieszeni miałem ledwie dwadzieścia feles. Z taką kwotą można tylko zacząć prosić o więcej. Przystanek był zwęglonym słupem ze strzępem zdezaktualizowanego rozkładu, powiewającym niemrawo niczym mokra flaga. Zero zadaszenia i innych udogodnień znanych naszej wspaniałej cywilizacji. Więc pół godziny stałem, drżąc wśród wiatru i mżawki, w dzielnicy nędzy, dzielnicy rozpaczy, gdzie dzieci chichotały nerwowo, wdychając opary kleju trzymanego w foliowych workach, a ich tknięci alkoholizmem i bezrobociem rodzice kładli się w poprzek chodników bądź zamierali w trudnych do nazwania pozach, niczym figury woskowe, najwidoczniej czekając na coś, co miało nigdy nie nadejść. Wyznawcy Beckettyzmu to jedna z tych kategorii, których nigdy nie ogarnę do końca, choć przecież ów „koniec” w słowniku ich pojęć jest hasłem kluczowym, otwierającym drzwi do wszystkiego, co najgorsze. Po co w ogóle żyć w takim zezwierzęceniu i biedzie? Nie lepiej wziąć cały absurd świata w nawias i zacząć walczyć o poprawę własnego losu? A ci jeszcze obnoszą się z nieszczęściem i porażkami jak pękiem odblaskowych kukiełek! Autobus w końcu przyjechał i to cudem, wziąwszy pod uwagę fakt, że kierowca wyglądał na kompletnie zamroczonego. Pewnie wczoraj zabalował nie gorzej ode mnie. Ręce mu się trzęsły, zmarszczone czoło zraszał niezdrowy pot, stanowiący zapewne objaw łatwej do zidentyfikowania gorączki, która kazała mężczyźnie zatrzymać się aż pięćdziesiąt metrów za przystankiem. Na trzeźwo nigdy bym do czegoś takiego nie wsiadł, po moim trupie, ale wiecie, jak było, to i wiecie, że wsiadłem. Wszystkie fotele puste, więc usadowiłem się na samym tyle, sądząc, że w razie kraksy jedynie tam mogę być bezpieczny. Ruszając, pojazd zatrząsł się spazmatycznie. Moje nudności tylko się nasiliły, choć już wcześniej ledwie je znosiłem. Doszedłem do wniosku, że najrozsądniej będzie zasnąć albo natychmiast stracić przytomność. I któraś z tych ewentualności musiała mi się trafić. Bo resztę drogi pamiętam jak przez mgłę, by nie powiedzieć: wcale. * – Pętla! Koniec jazdy! Krzyk wyrwał mnie z zamroczenia. Zresztą nie pierwszy raz tego dnia. Rzut oka na zegarek. Od chwili wyjścia z Kościoła Becketta najwidoczniej minęły już ponad dwie godziny. Rozejrzałem się wokół. Autobus jakiś inny, okolica tak samo. Musiałem się przesiąść, nie zdając sobie z tego sprawy. Połowę foteli zajmowała zgraja dzieciaków ubranych w jakieś dziurawe i poszarpane szmaty, z włosami w tak zwanym artystycznym nieładzie. Agrafki w nosach, tatuaże w poprzek twarzy. Zachowywali się jednak nienagannie. Wstali wszyscy jak na komendę i opuścili pojazd z takim spokojem, jakby właśnie szli czwórkami do najlepszego ze światów. Też wysiadłem. To był zresztą mój przystanek. Mieszkam na Kereta 10/13, dosłownie parę kroków od pętli, w jednej z centralnych dzielnic Postmoderny. W dodatku już chyba zupełnie wytrzeźwiałem. Na kwadracie zastałem trudny do ogarnięcia bajzel: góra ciuchów na środku pokoju sięgała pasa, tu i tam walały się puszki po piwie, a ślady petów gaszonych na ścianach przypominały efekt seryjnego ostrzału. Popielniczki wypełnione po brzegi, nadpalone lufki obok. Ostro waliło zielskiem, powinienem przewietrzyć, ale później, później, bo teraz chcę tylko walnąć się pod kołderkę i dać odpocząć temu zdezelowanemu ciału, może nawet poszukać w pamięci kluczowych momentów z wczoraj, żeby wydedukować, co też sprowadziło mnie w tamto tętniące żywym absurdem miejsce, ten egzystencjalny dół bez dna. I już leżałem nieruchomo, już witałem się ze spokojnym snem bez cienia koszmarów, gdy na suficie dostrzegłem wykonany sprayem napis: „Ważne: znajdź Raport!”. *1„Wyludniacz” w przekładzie Antoniego Libery (Samuel Beckett „No właśnie co”, PIW, 2010).
