Wiedźma Jego Królewskiej Mości – Magdalena Kubasiewicz
Rafał Cuprjak

Rocznik 1977. Rodowity częstochowianin, absolwent Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie na kierunku ochrona środowiska. Zadebiutował wydaną w 2015 roku powieścią pt. „Po drugiej stronie”.

Nauczyciel biologii, chemii i przyrody, logistyk, początkujący poeta i dramaturg. We wczesnej młodości gitarzysta kilku niedocenionych alternatywnych kapel. Wielbiciel górskich wędrówek. Zapalony biegacz. Mąż i ojciec.

 

Mamusiu, przecież byłam grzeczna – Rafał Cuprjak

Czy Internet to Bóg?

Dokąd uciekniesz przed złem? Jak daleko się posuniesz, by uratować własne dziecko?

Wyobraź sobie, że znajdujesz się na granicy, po przekroczeniu której rzeczywistość zmieni się diametralnie. Świat przestanie być takim jakim go widzimy na co dzień, a stanie się czymś zgoła innym – pięknym, ale też przerażającym.

Mamusiu, przecież byłam grzeczna to opowieść o trudach miłości, potędze sztuki i głębokim cierpieniu.

Zostałem oczarowany. Lapidarnym stylem, polifoniczną narracją, ale przede wszystkim samą historią, która pozostawiła moją wyobraźnię w ciemnym kącie, łkającą, że nie zrodziła nic równie dobrego, jak najnowsza powieść Rafała Cuprjaka. „Mamusiu, przecież byłam grzeczna” to brawurowy pokaz ogromnego talentu, pierwszorzędnego rzemiosła i błyskotliwego wykorzystania gatunkowych konwencji, to niepokojący powiew literackiej wiosny.

Bartosz Orlewski, autor Armadillo

PAKIET KSIĄŻKA I EBOOK ZA 20,99 ZŁ

Informacje o książce

Rok I wydania: 2018
Format: 12.5×19.5 cm
Okładka miekka ze skrzydełkami

Liczba stron: 330

książka: ISBN 978-83-7995-149-9

ePub: ISBN 978-83-7995-150-5
mobi: ISBN 978-83-7995-151-2

Ceny sugerowane:

książka: 34,99 zł
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

Fragment

MAMUSIU, PRZECIEŻ BYŁAM GRZECZNA

Dzieci wołały: ʺMamusiu!
ja przecież byłem grzeczny!
Ciemno! Ciemno!”
Tadeusz Różewicz

 

NARODZINY

po tylu kilometrach sześciennych nikotyny od ruskich przemycanej pępowiną
tylu litrach wódki
chciałaś mnie usunąć mamo
skakałaś na piętach z drugiego piętra
a ja fruwałem w macicy
aż wyrosły mi skrzydła
jego narodziny to nie cud powiedział lekarz
a skrzydła to nie skrzydła
złamane obojczyki
nic nadzwyczajnego

 

Gadali, że to dziwak, że od nadmiaru pieniędzy całkiem mu się pod czaszką poprzewracało. Kamienicę postawił przy Teatralnej, w samym centrum. Piękna, nowoczesna, z czerwonej cegły. Wszyscy czekali, aż osiądzie tam z rodziną. Byli tacy, co próbowali wyciągnąć informacje:

− A jakie plany, szanowny panie Jerzy? A cóż pan Wolański zamierza? Jaki interesik tym razem?

Ale on śmiał się tylko i nie zamierzał puszczać pary z gęby. W końcu, po paru tygodniach, zupełnie niespodziewanie, zwołał artystów wszelakich z okolicy, z każdym porozmawiał, wysłuchał i wreszcie wybrał dziesięciu, którzy wydali mu się najbardziej odpowiedni.

Zamieszkali oni w tej kamienicy i niemal natychmiast wzięli się do pracy, do tworzenia, komponowania, i mieli się o nic się nie martwić, on co chcą załatwi, poza tym czynszu płacić nie muszą, bo to w ramach wsparcia dla współczesnej sztuki, bo według niego ona najważniejsza, dlatego że z ludzkiej duszy wychodzi i dzięki niej stopień wyżej stoimy od zwierząt.

Wprowadzili się szczęśliwcy na jesieni trzydziestego szóstego roku, na początku nieco jednak podejrzliwi. Ale faktem okazało się, co mówił. Rzeczywiście, nie szczędził funduszy, za to dokładnie rozliczał z pracowitości, z sumienności wykonania, żeby na swoim łonie nie wyhodować pasożyta i żeby sprawiedliwości stało się zadość. Sam za to badaniami nad Naturą i Filozofią cały był pochłonięty. Ciągle powtarzał, że Boga ani na tym świecie nie uświadczysz, ani na żadnym innym, że to czysty zabobon, wyłącznie mity i legendy. Matkę Ziemię winniśmy hołubić, jej pokłony bić. Dopiero wtedy człowiek wzniesie się na wyżyny możliwości, dopiero wówczas będzie spełniony, gdy uszy i oczy szeroko otworzy na otoczenie.

Z powodu tych słów jedynie wrogów sobie zyskiwał. Wielu już nie tylko szeptem się odgrażało. Byli i tacy, co na cały głos utyskiwali, straszyli stosem, wiecznością w piekle, i to nie za plecami, ale prosto w oczy. Pojawił się w mieście jakieś cztery lata wcześniej, skupując grunty na potęgę w najlepszych dzielnicach. Wszyscyśmy się spodziewali, że fabryki będzie stawiał albo sklepy jakie, a tu masz ci los.

− Kamienica tandeciarzy! Jeszcze żeby przez szlachetnie urodzonych wirtuozów zamieszkana, przez elitę kultury. Gdzież tam! Lumpy, nieuki, kocmołuchy i łotrzyki, nic ponadto. Margines dosłownie, co nawet powąchać takiej budowli nie powinien.

Wśród jego towarzyszy wyróżniał się niejaki Orzeł, ulubiony artysta malarz, co pochodził spod Ostrołęki, a tym się wyróżniał, że zamiast na płótnie czy papierze, to na różnych innych powierzchniach, na pierwszy rzut oka kompletnie się do tego nienadających, tworzył obrazy. W ten oto sposób przyozdabiał miasto kolorami. Zaś szczególnie znany był z kunsztu upiększania ilustracjami murów ceglaków. Kilka miesięcy ów Orzeł szkice nanosił, aż wreszcie latem trzydziestego szóstego roku na pozbawionych okien bokach budynku namalował ogromne białosrebrzyste skrzydła, całkiem przypominające te husarskie. Pięknie lśniły na czerwonym tle, tak realistyczne, aż się zdawało, że gmach za moment zerwie się do lotu.

Potężne zdumienie wśród mieszkańców wywołało to dzieło, wskutek czego narosło niesłychanie wiele słownych utarczek, społeczność dzieląc na tych, którym skrzydła niezmiernie się podobały oraz tych, którzy za szkaradztwo je uważali. Niemniej jednak od tamtego czasu kamienicę wszyscy zaczęli nazywać Skrzydlakiem, co na lata całe do niej przylgnęło.

Skrzydlak na szczyty powodzenia wspiął się pod koniec lat trzydziestych. Przeobraził się w swego rodzaju serce działalności kulturalnej miasta. Przebywanie w nim stało się modne i wręcz pożądane przez śmietankę towarzyską, nie mówiąc o politykach. Z każdym dniem chętnych do odwiedzin, a i nawet do osiedlania się przybywało. Można by rzec, że prestiż tego miejsca rósł w tempie aż nadto imponującym.

Pan Jerzy, któremu już wtedy wybaczono wszelkie bluźnierstwa, tłumacząc je ekstrawagancją i oryginalnością, niezwykle dumny z niebagatelnych osiągnięć, ustawicznie był teraz nakłaniany do inwestycji w kolejny dom, w kolejną podobną rezydencję. Stale jednak odmawiał, tłumacząc pochlebcom, że jest wyłącznie jeden Skrzydlak Wolańskiego i innych nie będzie, ani tu, ani w Krakowie, Warszawie czy w samym Wiedniu. A on nie ulegnie żadnym namowom, bodajby go angielski król we własnej osobie na kolanach błagał, dlatego nie ma o czym gadać i historia zamknięta.

Tak też to życie toczyło się od wystawy do wystawy, a wiadomo wszem i wobec, że to, co najlepsze, trwać wiecznie nie może, więc nadeszło lato trzydziestego dziewiątego roku, kiedy wszystko miało się zmienić. Pan Jerzy, wcześniej niemal co dzień obecny, prawie w ogóle zaniechał zaglądania do Skrzydlaka, domowników zaś niespotykana jak dotąd senność i udręka zaczęła dotykać. Inwencja twórcza zupełnie opuściła artystów, atmosfera zaś przemieniła się, stała się pełna obaw i strachu, jakby coś zawisło w powietrzu tuż nad głowami, jakby niepostrzeżenie dusza kamienicy przygasła gdzieś w kącie, czając się do ucieczki.

Gdy Niemcy weszli do miasta, została ledwie garść lokatorów. Reszta w popłochu czmychnęła, wyczuwając katastrofę – najczęściej za granicę, by bezpieczniej przeczekać w jakim cichym kącie, przycupnąć z dala od zgiełku, nasłuchując, co z tego wyjdzie.

Szczęśliwie na przestrzeni całej okupacji Skrzydlak nie doznał zbytniego uszczerbku, wciąż świetnie się prezentując. Mimo iż w bliskiej odległości znajdowały się parokrotnie bombardowane zakłady hutnicze i zdarzyło się również sporo powstańczych zamachów, to wyłącznie kilka draśnięć i śladów po kulach pojawiło się na fasadzie budynku.

Aż nadszedł długo oczekiwany moment tak zwanego wyzwolenia, czyli dni, kiedy wkroczyła ruska hołota. Sowieckie czołgi waliły do hitlerowców, a kule ze świstem przelatywały po Teatralnej i każdy mieszkaniec miasta modlił się, żeby jego ominęły, jednocześnie mocno się zastanawiając, czy aby dobrze zrobił, nie ruszając się z miejsca. Fortuna jednak i tym razem sprzyjała artystom i Skrzydlak niemal nietknięty przetrwał wojnę. Za to jego ranga zdecydowanie spadła. A z powodu notorycznego i całkowicie wówczas powszechnego u obywateli braku dachu nad głową zaadaptowano go na budynek mieszkalny.

Lokatorzy zmieniali się jak rękawiczki, rok po roku ktoś nowy się wprowadzał. Pod koniec lat pięćdziesiątych osobistą decyzją samego pierwszego sekretarza wojewódzkiego komitetu partii zadecydowano o kapitalnym remoncie kamienicy. Nie wiadomo, czy przez nieuwagę i opieszałość urzędników, czy też z przyczyn politycznych olbrzymie skrzydła, wykonane przez malarza Orła, przykryto warstwą tynku, co, jak to bywa, niektórzy przyjęli z radością, inni zaś potraktowali jako kolejny smutny przejaw pożegnania się ze starymi dobrymi czasami.

Tak mijały dekady, zabierając za sobą całe pokolenia, aż wreszcie upadła komuna, po ruskich śladu nie zostawiając żadnego, co dopiero mówić o Żydach, których tak wielu współtworzyło to miejsce, zresztą niezwykle obecnie zmienione przez transformację ustrojową. Kiedyś tętniąca życiem centralna dzielnica kwitnącego miasta przeobraziła się w swoistą chimerę. Teraz nieodłączny element krajobrazu stanowili pijacy i bandyci, litrami płynął najgorszy destylat. Pojawiły się też inne, niegdyś nieznane używki. Normalny człowiek bał się po zmroku nawet tędy przechodzić, choć i za dnia niejeden miał strach w oczach. Tylko garstka porządnych ludzi uchowała się w okolicy, dziwną siłą mocno przywiązana do tego kawałka ziemi. Niewielu również nazywało jeszcze Skrzydlaka po imieniu. W samym zaś budynku zamieszkiwały zaledwie trzy rodziny, za przodków mające artystów z tamtej przedwojennej cyganerii.

Jedną z nich było małżeństwo Kwiatków. Hubert Kwiatek był potomkiem niejakiego Edmunda, który w Skrzydlaku pojawił się jako jeden z pierwszych, wprowadzony w pamiętnej dziesiątce wybrańców. W czasie okupacji Edmunda nieszczęśliwie aresztowano i zamordowano w Oświęcimiu. Tworzył on podobno znakomitą poezję, jednak sprzeciwiał się temu, by ją gdziekolwiek zapisywać. Dla niego najbardziej istotna była sama deklamacja, improwizacja ustna. W rezultacie piękne sonety całkiem odeszły w zapomnienie.

Druga familia to Orłowie. To właśnie ich dziad słynne skrzydła naniósł na ściany, choć potem, zgryzotami jakimiś poruszony głęboko, wiecznie przygnieciony depresją, powiesił się na strychowej belce.

Ostatni, pan Stein, niedawno dopiero się wprowadził, przodek jego natomiast był swego czasu jednym z najlepszych w Polsce pianistów jazzowych. Dożył on późnej starości w kamienicy, niestety w samotności, opuszczony przez wszystkich ze względu na olbrzymią słabość do alkoholu oraz cechy charakteru niepozwalające na zgodne współistnienie z innymi.

Jedynie ta trójka przetrwała, dźwigając na sobie archiwum przeszłości. I bez niej, ale oczywiście nie wyłącznie, to, co składa się na niniejszą opowieść, nie mogłoby się wydarzyć.

Gdzie kupić?
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo

Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo

Kupując w MadBooks otrzymasz książkę i ebooka w cenie książki!

Spalić wiedźmę - Magdalena Kubasiewicz