Peterkin & Brokk - Księga Czterech - Grzegorz Gajek

Grzegorz Gajek

Urodzony 28 lipca A.D. 1987. Z wykształcenia kulturoznawca, z zawodu dziennikarz, redaktor i tłumacz. Autor pięciu powieści i licznych opowiadań. Jego „Malowidło” było nominowane do tytułu książki roku 2016 w kategorii groza przez portal LubimyCzytać. W 2018 r. powieść „Powrót królów” oraz publikowane w prasie nowele o Peterkinie i Brokku przyniosły mu nominację do Reflektora Nowej Fantastyki. Regularnie współpracuje z wydawnictwem edukacyjnym Edgard, dla którego tworzy krótkie kryminały do nauki angielskiego. Z zamiłowania koniarz, fajczarz, włóczęga.

gajekgreg.wordpress.com
facebook.com/GajekAutor

 

Peterkin & Brokk: Księga Czterech Grzegorz Gajek

Bycie niziołkiem w szeregach policji to nie jest bajka. Odo Peterkin przekonuje się o tym niemal każdego dnia służby. Znosi jednak uszczypliwe komentarze elfów, ludzi i krasnoludów, gdyż tym, co sprawia mu największą przyjemność, jest rozwiązywanie skomplikowanych zagadek kryminalnych.

Tuur Brokk jest na pierwszy rzut oka przeciwieństwem Peterkina. To uosobienie idealnego policjanta. Krasnolud, weteran wojenny, bokser i postrach przestępczego świata, jak również, o czym wie niewielu, poeta i niepoprawny romantyk.

Pierwszym wspólnym zadaniem Odona i Tuura jest wyjaśnienie tajemniczej śmierci znanego muzyka Viventa Rossiego. Na ich drodze staje armia ożywieńców, powołana do życia w czasach Wielkiej Wojny, magowie i wilkołaki, dziennikarze i eugenicy, a nawet, o zgrozo, dziewki wszeteczne! A to bynajmniej nie koniec niespodzianek…

Z daleka detektyw Peterkin i śledczy Brokk przypominają najsłynniejszy tandem literackich detektywów XIX stulecia z opowiadań Artura Conan Doyle’a. Kiedy jednak przybliżyć lupę, na plan pierwszy wychodzą nie podobieństwa, ale te wszystkie smakowite różnice, które sprawiają, że ich śledztwa są tak intrygujące.

Michał Cetnarowski, publicysta, redaktor Nowej Fantastyki, autor zbioru opowiadań Bestia najgorsza

 

Dołącz do duetu Peterkin & Brokk i rozwiąż zagadkę śmierci znanego muzyka!

Informacje o książce

Seria: Peterkin & Brokk

Rok I wydania: 2019
Format: 12,5×19,5 cm
Liczba stron: 480

książka ISBN 978-83-7995-277-9
epub ISBN 978-83-7995-278-6
mobi ISBN 978-83-7995-279-3
audiobook online: ISBN 978-83-7995-392-9

Ceny sugerowane:
książka: 39,99 zł
ePub: 29,99 zł
mobi: 29,99 zł
audiobook online: 39,99 zł

Fragment

Część I. Drobina serca

Tuur był zły.

Maszerując, wściekle miesił błoto ulicy podkutymi podeszwami.

Specjalnie zerwał się o czwartej rano, aby przyłapać Ganebę w tych cichych godzinach przed brzaskiem, nim rozdzwonią się konne tramwaje, rozwarkoczą przędze w fabrykach bawełny, rozwrzeszczą gazeciarze i przekupnie. Lubił poranki, wilgotną woń powietrza, mgłę kotłującą się za oknem i to dziwne brzęczenie myśli w na wpół uśpionym mózgu. Wtedy najlepiej mu się pisało. Znajdował rymy, przypominał sobie słowa, których za dnia nigdy nie pomyślałby użyć.

A wszak miał do dokończenia balladę.

Niestety, ledwie wstał z łóżka i rozsiadł się w fotelu – jedynym drogim meblu, jaki posiadał – w podwórcu zaczął się rumor. Chwilę później w drzwiach mieszkania stanął rozziewany stróż. Za jego plecami czaił się młody konstabl, krasnolud – podobnie jak Tuur.

– Jest pan potrzebny – powiedział młodzik. – Pilnie.

Tuur ubrał się pospiesznie. Przez chwilę się łudził, że będzie na nich czekać dorożka, ale policjant najwyraźniej przyszedł piechotą. Do posterunku nie było daleko.

Ruszyli żwawym krokiem. Konstabl raz po raz oglądał się na starszego krasnoluda. Zdawał się podekscytowany.

Szli dość długo ulicą Rymarską, aż przecięli brukowaną aleję Valemuth i dotarli wpierw do alei Pików, a później do alei Serc, nieopodal Filharmonii. Tam, przed bramą nowoczesnej kamienicy o zaokrąglonych oknach i kratach wijących się niby żelazny bluszcz, ujrzeli grupę policjantów i powoli rosnący, mimo wczesnej pory, tłumek gapiów.

– Panie Brokk, czy to prawda? – Wysoki mężczyzna, który wyłonił się spośród zebranych, napadł na Tuura z ołówkiem i notesem w rękach. Tuur poznał go od razu: Ciaran Cahoun, półelf, lordowski bękart, dziennikarz, menda.

– Nie mam jeszcze nic do powiedzenia.

– Panie Brokk, gdy chodzi o osobę tej rangi, opinia publiczna…

– Później, panie Cahoun. Później.

Przecisnęli się przez zbiorowisko i weszli do kamienicy. Na klatce schodowej Tuur posłyszał głosy rozmawiających konstabli.

– …podobno posłali też po Peterkina.

– Tego gajera przeniesionego z czwartego posterunku? Ciekawe, co to za typ. Widziałeś go już?

– Nie, ale chodzą słuchy, że to łebski facet. Alchemik, tak mówią. Przedstaw sobie…

– Czy sierżant nie był wcześniej na czwartym posterunku?

– Gdzie tam, pieronie, na czternastym. Ale wystaw sobie, że ten Peterkin, jak to mówią…

– Dziwne, dałbym głowę, że jednak na czwartym.

– A do diabła z tą twoją zakutą pałą! Dasz mi dokończyć?

– Ciii, sierżant!

Tuur stanął przed konstablami.

– A co to za babskie ploty, co?! – huknął.

– Nic, nic, panie sierżancie, tak się tylko zastanawiamy…

– Lepiej prowadźcie mnie do nieboszczyka.

– Oczywiście, panie sierżancie. Tędy. Tylko…

– Co znowu?

– Bo myśmy słyszeli, że sprawę ma przejąć ten nowy detektyw, Peterkin, i tak się właśnie zastanawialiśmy…

– Detektyw Peterkin to znakomity oficer i dżentelmen godny najwyższego szacunku. Nie wypada, aby brały go na języki takie stare przekupy jak wy dwaj.

– Więc jednak…

– Tak, służyłem pod nim na czwartym posterunku.

– Jaki on jest?

– Czy ja mówię niewyraźnie, konstablu? Bądźcie, panowie, tak uprzejmi i pokażcie mi trupa.

– Tak jest. Ale…

– To nieprzyjemny widok.

Tuur wiele widział – wpierw na walederskiej wojnie, później w mordowniach i palarniach opium w dzielnicy Satindo – lecz musiał przyznać konstablowi rację. Widok do przyjemnych nie należał.

Ciało znajdowało się w niewielkim gabinecie. Z głowy nie zostało nic poza kawałkiem żuchwy upiornie sterczącym z rozerwanej szyi. Ściany ciasnego pomieszczenia były obryzgane krwią i mózgiem. Tuur z niesmakiem odnotował, że w eleganckiej boazerii z palisandru, obok fragmentów kości, tkwią także pojedyncze zęby.

Z wrażenia aż szarpnął za brodę.

– To my tu pana zostawimy – odezwał się jeden z funkcjonariuszy nieco słabym głosem.

– Chwileczkę. Kto znalazł ciało?

Policjanci wymienili spojrzenia.

– Pewna dama… jak to się mówi… wątpliwej reputacji.

– Dziwka?

– No, na to by wychodziło.

– I to naprawdę on? Vivento Rossi?

– Tak nam powiedziała. Sądzi pan, że może być ktoś inny? Przecież to jego apartament.

– Niczego nie można wykluczyć. Gdzie jest teraz ta kobieta?

– Miller zabrał ją na posterunek. Zdaje się, że pan Rossi zamówił… usługi tej pani przez swojego służącego, niejakiego… chwilkę, mam tu zapisane… Jak on się nazywał?

– Medu Eliszyn – podpowiedział drugi konstabl. – Ork, najwyraźniej. Podejrzany osobnik, jeśli pyta mnie pan o zdanie.

Tuur kiwnął głową. Waledowie w czasie wojny korzystali z orczych grasowników. Gdy napadali na wsie, kobiety rzucały się na kosy, żeby tylko nie wpaść w ich łapy.

– Więc ork i dziwka… – mruknął krasnolud. – Nikogo więcej?

– Nikt się nie zgłosił.

– Zacznijcie przepytywać sąsiadów. Znajdźcie też tego Eliszyna. Aha, i pewnie przydałoby się skontaktować z wdową. Może będzie w stanie potwierdzić, że to jej mąż, chociaż…

Tuur ponownie szarpnął za brodę i nawinął na palec garść gęstego rudego włosia. Gdyby mógł, chętnie oszczędziłby kobiecie makabrycznego widoku.

– Coś jeszcze, panie sierżancie?

– Nie. Ruszcie się, czas nie czeka. Dopóki nie przyjdzie Peterkin, sam się trochę rozejrzę.

Konstable z przesadnym entuzjazmem oddalili się z miejsca zbrodni. Tymczasem krasnolud wszedł do gabinetu i ostrożnie omijając brunatne plamy na dywanie, zbliżył się do ciała.

Vivento Rossi, pomyślał. Największy artysta naszej epoki. Skrzypek ze względu na swój niepojęty talent podejrzewany o zawarcie paktu z demonami. Skandalista. Rozpustnik. Geniusz. A zostało z niego tylko tyle. Padlina.

Tuur kucnął. Przekrzywił głowę.

Co by zrobił Odo Peterkin? Co zrobi, gdy już tu przybędzie?

Detektyw słynął ze swych niezwykłych metod śledczych. W czasie wspólnej służby Tuur zawsze obserwował go z fascynacją. Nie znał nikogo o tak błyskotliwym umyśle i rozległej wiedzy. Alchemik? Dobre sobie. Brokk był krasnoludem i wiedział, że żaden szaleniec w gwieździstych szatach nie byłby w stanie posiąść tak niesamowitych umiejętności analitycznych. To była domena inżynierów. Peterkin stosował ulubiony oręż krasnoludzkiego plemienia: naukę i technikę. Szkoda, że sam był…

– Hej, hej, hej, a ty dokąd, cwaniaczku?

– Ej, łokietek, przyszedłeś coś zwinąć?

– O, nie – burknął Tuur i pobiegł do wyjścia.

Dwaj konstable już wyjęli pałki i właśnie ruszali w stronę niziołka, który zamarł u szczytu schodów, gdy dosięgnął ich gniew sierżanta.

– Czemcie pyski, ladaco! Baczność! Schować te pałki, bo nogi z dupy…!

Policjanci na sekundę zamarli z wpółotwartymi ustami. Tuur się nie patyczkował. Szarpnął jednego za ramię, aż jęknęły szwy munduru. Drugiego szturchnął. Następnie postąpił krok w stronę niziołka.

– Najmocniej przepraszam za tych zatraconych osłów, panie Peterkin – powiedział.

Niziołek wydawał się odrobinę zakłopotany. Na jego twarzy pojawiły się wypieki, ale Tuur jak zwykle nie był w stanie stwierdzić, czy spowodowała je złość, czy wstyd. Jeśli przez lata wcześniejszej pracy dowiedział się czegoś o swym przełożonym, to tego, że nie sposób powiedzieć, co kryje się w spojrzeniu jego wielkich, wszechwidzących oczu.

– Nic nie szkodzi, panie Brokk. – Peterkin machnął ręką i ruszył w stronę wejścia do apartamentu.

– Proszę wybaczyć konstablom, z pewnością wzięli pana za kogoś z prasy. Prawda, chłopcy?

Tuur łypnął gniewnie ku policjantom, którzy właśnie chowali pałki.

– Racja. Jak pan mówi.

– Tak było.

– Zrozumiały błąd. – Peterkin uśmiechnął się enigmatycznie. – Nic nie szkodzi. Sierżancie, byłby pan łaskaw pokazać mi miejsce zbrodni?

– Tak jest. Proszę za mną. Tutaj, w gabinecie.

– Hm… – Detektyw minął ciało i podszedł do biurka. – Futerał?

– Pan Rossi był skrzypkiem.

– Wiem. – Niziołek przekrzywił głowę. – Jest pusty.

Tuur spojrzał przełożonemu przez ramię i zaklął w duchu. Powinien był to od razu zauważyć.

– Sądzi pan, że ktoś zabrał instrument?

– Pan Rossi grał na stuletnich skrzypcach wykonanych własnoręcznie przez Pierluigiego Stelargento. To jeden z dwunastu takich instrumentów, które przetrwały do naszych czasów. Wyobrażam sobie, że mogą być warte parę koron.

– Sądzi pan, że morderstwo miało charakter rabunkowy?

– To możliwe. Jak wszystko na tym etapie. Co wiemy o okolicznościach śmierci pana Rossiego?

– Na razie niewiele. Dopiero zaczęliśmy przesłuchania. Ciało znalazła… ekhm… z przeproszeniem pańskim… ladacznica. Możliwe, że ostatnią osobą, która widziała Rossiego żywego, był niejaki Medu Eliszyn. Ork.

– Rozumiem.

Peterkin obrócił się w stronę ciała. Lekko uniósł głowę, rozłożył ręce na boki. Wyglądał trochę jak węszący królik. Tuur mógłby przysiąc, że jeszcze chwila, a detektyw zacznie strzyc spiczastymi uszami.

– Jak pan sądzi, panie Brokk, jakiej broni tu użyto?

Krasnolud podrapał się po okazałym nosie. Powiódł wzrokiem po umazanych krwią ścianach.

– Czy ja wiem? Żaden pistolet nie spowodowałby tak znacznych szkód, więc raczej strzelba. Duży kaliber. Z bliska.

– Gdzie zatem kula? Albo śrut? Przy tak niewielkich odległościach zrobiłaby sporą dziurę w ścianie albo oknie za biurkiem. I proszę spojrzeć tutaj. – Peterkin zbliżył się do ciała i schylił. – Przy strzale z niewielkiej odległości na ubraniu pana Rossiego znaleźlibyśmy ślady spalonego prochu.

– Ale w takim razie jak, u diabła, to się stało? Jego głowa praktycznie przestała istnieć.

– O, to jeszcze nie koniec zagadek. Jeśli założymy, że napastnik strzelał od strony wejścia, to krew powinna się znaleźć głównie na ścianie naprzeciwko drzwi i na oknie. Tymczasem ochlapane są wszystkie ściany i drzwi. Zupełnie jakby coś rozsadziło głowę pana Rossiego od wewnątrz.

– O ku… źnia. Czyli co? Ktoś nakarmił go granatem?

– Bardzo obrazowo pan to ujął. Ale nie, nie sądzę. – Niziołek wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza parę skórzanych rękawiczek. Następnie uniósł dłoń nieboszczyka i zaczął się jej przyglądać. – Żadnych śladów walki, a raczej nie dałby sobie niczego wepchnąć do ust po dobroci. Nie widzę też innych obrażeń, co znaczy, że nie próbował się osłonić.

– A zatem morderca zaatakował z zaskoczenia.

– Ciało jest zwrócone przodem do drzwi i spoczywa całkiem blisko nich. Jednak na biurku leżą pióro, otwarty kałamarz i częściowo zapisana partytura. Sądzę zatem, że pan Rossi mógł znać napastnika. Prawie na pewno sam go tu wpuścił.

– Sługa…

Peterkin podniósł wyżej dłoń martwego mężczyzny i zaczął po kolei zginać palce.

– Stężenie pośmiertne jeszcze nie chwyciło, więc zgon nastąpił nie więcej niż trzy godziny temu. Należy ustalić, kto poza panem Rossim mógł przebywać w tym czasie w budynku.

– Tak jest.

Niziołek odsunął się od ciała, wsparł pod boki, westchnął, ostatni raz omiótł wszystko spojrzeniem, a w końcu ponownie sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnął z niej pędzelek i niewielkie puzderko.

– A to co? – zapytał zdziwiony Tuur.

– Proszę tylko zobaczyć.

Peterkin otworzył puzderko. Wewnątrz znajdował się jakiś ciemny proszek. Detektyw nabrał odrobinę substancji na pędzelek i powoli zaczął ją rozprowadzać po stojącym na biurku futerale.

– Widzi pan?

Sierżant schylił się i dostrzegł okrągły ślad, jakby odcisk korka od butelki albo czegoś w tym rodzaju.

– Ki diabeł?

Peterkin się uśmiechnął.

– Pański pobratymiec, niejaki Hugo Utryk, jakiś czas temu odkrył, że linie na palcach każdego z nas tworzą unikalny wzór. Ponadto odciskają się na wszystkich powierzchniach, których dotykamy, choć nieraz są niewidoczne. Dzięki temu mogą służyć do identyfikacji podejrzanych. Co więcej, wzorce linii posiadają pewne charakterystyczne cechy typowe dla poszczególnych ras. Wyjątek stanowią elfy, które najwyraźniej nie mają tych linii. Już teraz mogę stwierdzić, że futerału dotykały przynajmniej dwie osoby: człowiek i ork. Żeby powiedzieć coś więcej, będę potrzebował materiału porównawczego.

– No niech mnie ściśnie! – mruknął Tuur. – I powiada pan, że to krasnolud odkrył te całe linie? Nie powiem, żeby mnie to dziwiło, ale czego to nie wymyślą!

– Przepraszam… panie sierżancie. – W drzwiach gabinetu pojawił się jeden z konstabli, który desperacko starał się nie patrzeć na stojącego obok Tuura Peterkina. – Jest pan potrzebny.

– Co się stało?

– To pani Rossi. Czeka w podwórcu.

– Chce wejść? Nie może tego zobaczyć…

– Nie, panie sierżancie, nie chce wejść. Ta pani… jest jakaś dziwna. Lepiej, żeby pan przyszedł, pan będzie wiedział, co z nią zrobić.

Tuur i Peterkin wymienili spojrzenia. Detektyw kiwnął głową. Ruszyli za konstablem.

Na podwórcu czekało na nich kolejnych dwóch policjantów. Między nimi stała wysoka kobieta. Brokk momentalnie zrozumiał, co miał na myśli konstabl, kiedy mówił, że jest dziwna. Trwała w idealnym bezruchu, ale coś w jej ubiorze i niedbałej fryzurze sprawiało, że oko patrzącego nie mogło się na dłużej zatrzymać w jednym miejscu. Poza tym jej twarz…

Tuur nie mógł się oprzeć wrażeniu, że zna tę twarz, że widział ją tuziny razy, u tuzinów innych kobiet. Była to twarz rozpaczy… Choć nie, nie rozpaczy, czegoś gorszego, głębszego, ciemniejszego. Była to twarz dręczonych głodem dziwek z Satindo, które potrafiły się oddać kilku orkom naraz, żeby tylko dostać choć jedną, tę ostatnią działkę opium.

– Pani Rossi… – odezwał się miękko Peterkin.

– Wiem. On nie żyje.

– Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. Niestety, dla jej własnego dobra nie możemy pani wpuścić na miejsce zbrodni.

– Nie chcę tam wchodzić – przerwała ostro kobieta.

– Może w takim razie pozwoliłaby pani, żeby jeden z konstabli odprowadził ją do domu? Rozumiem, że posiadacie państwo drugą rezydencję. W Grenval, jeśli się nie mylę. Obawiam się, że będziemy musieli zadać pani kilka pytań, ale to może na razie poczekać.

Dama nie odpowiedziała. Uniosła wzrok ku oknom kamienicy, ponad głowami znacznie od niej niższych Peterkina i Tuura.

– Pani Rossi…

Detektyw chwycił kobietę za rękę. Pani Rossi wzdrygnęła się. Jej twarz skurczyła się w wyrazie przestrachu i… odrazy? Tuur był pewny, że Peterkin zaraz zostanie spoliczkowany. Lecz wtem dama spojrzała w dziwne, hipnotyzujące oczy niziołka i zaraz się rozluźniła. Zniknęło to niepokojące wrażenie uwięzionego ruchu.

– Dobrze. Proszę przyjechać, jak tylko będzie pan chciał zadać mi pytania. Jestem gotowa.

– Oczywiście. Sierżancie?

Tuur wyekspediował jednego z konstabli, aby odwiózł panią Rossi. Gdy tylko się oddaliła, odetchnął. Uświadomił sobie, że w jej obecności czuł się niezwykle spięty.

– I co pan o tym sądzi, panie Brokk? – zapytał Peterkin.

– W sensie: o pani Rossi?

– Tak.

Tuur się zawahał. Nie chciał zdradzić, jakie wspomnienia przywołała twarz kobiety.

– To chyba w jednej czwartej orczynka – rzekł wymijająco.

– Ma pan rację, cechuje ją nieco egzotyczna uroda. Ale coś w jej obliczu wydało mi się znajome.

– Doprawdy?

– Tak. Tylko nie mogę… – Peterkin nagle strzelił palcami. – Już wiem! Kojarzy mi się z tym słynnym obrazem Humbelsa, Królowa elfów. Chodzi oczywiście o królową Fae Cuillin Laellan, nazywaną Królową Rozpaczy. Czy mi się wydaje, czy w swoim czasie poświęcił jej pan jeden ze swoich poematów? Och, proszę nie robić takiej miny. Pseudonim przejrzałem błyskawicznie. Nie sądzi pan, że to trafne skojarzenie?

– Tak – wymamrotał Tuur. – W rzeczy samej.

Gdzie kupić?
Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo

Kupując w MadBooks wspierasz Autora i Wydawnictwo

Kupując w MadBooks otrzymasz książkę i ebooka w cenie książki!
Peterkin & Brokk - Księga Czterech- Grzegorz Gajek