Wiedźma Jego Królewskiej Mości – Magdalena Kubasiewicz

Rok I wydania: 2017
Format: 12.5x19.5 cm
Liczba stron: 300

książka: ISBN 978-83-7995-114-7
ePub: ISBN 978-83-7995-115-4

mobi: ISBN 978-83-7995-116-1

Ceny sugerowane:

książka: 34,99 zł
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

%

Średnia ocena % ze wszystkich recenzji

Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl

Patroni:

Wiedźma Jego Królewskiej Mości – Magdalena Kubasiewicz

Sara Weronika Sokalska wyszła zwycięsko z konfrontacji z Nocnym Królem i Mistrzem Twardowskim. Nawet jej najwięksi wrogowie otwarcie nie kwestionują już jej prawa do tytułowania się Pierwszą Czarodziejką Polanii. Cały czas trwa jednak zakulisowa i brutalna walka o wpływy na dworze. Dla wielu potężnych frakcji pozbycie się Saniki z najbliższego otoczenia króla Juliana jest pierwszym krokiem do zdobycia kontroli nad monarchą. Kluczem do sukcesu wydaje się być rozwikłanie tajemnicy pochodzenia Pierwszej i źródła jej wyjątkowych mocy.

Tymczasem Sara pozostaje sobą, czyli „Piekielnicą”. Upartą czarodziejką o ciętym języku, której maniery pozostawiają wiele do życzenia. Większość problemów rozwiązuje nie siłą argumentów, a argumentem siły. Za nic ma prośby i błagania króla Juliana, pragnącego mieć w niej oparcie.

A Polanii jak zawsze grozi wielkie niebezpieczeństwo i sama magia nie wystarczy, aby je pokonać!

Pełna magii rzeczywistość alternatywnego Krakowa jest tak wiarygodna, że po zakończeniu lektury z trudem sobie przypominamy, że nie ma młodego króla na Wawelu, a knowania czarodziejów z Uniwersytetu Jagiellońskiego nie współtworzą naszej polityki. Ale to czarownica Sanika pozostaje głównym aktorem tego przedstawienia. Śledzimy jej losy, do końca niepewni, czy ugnie się pod ciężarem odpowiedzialności i podąży w mrok.
Aleksandra Janusz, autorka serii Kroniki Rozdartego Świata

 

Magdalena Kubasiewicz

Rocznik 1990, obecnie mieszkająca w Krakowie, studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kocha fantastykę, białą czekoladę, koty i swoje dwa psy, choć jeden z nich wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi jest demonem maskującym się w psiej skórze.

Wydała dwie książki: Spalić wiedźmę (Genius Creations) i Sonata dla motyla (Replika)

PAKIET KSIĄŻKA I EBOOK ZA 20,99 ZŁ

fragment

Prolog

Na rynek nieustannie trafiają magiczne przedmioty. Lustra umożliwiające komunikację, amulety tworzące ochronne tarcze, noże, które się nie tępią. Prawda jest jednak taka, że to tandeta, zwykłe rzeczy obłożone podstawowymi zaklęciami, wyczerpującymi się z czasem. Sztuka tworzenia prawdziwie potężnych magicznych przedmiotów, tak zwanych artefaktów, dziś została niemal zapomniana. Zanikać zaczęła mniej więcej w okresie rewolucji przemysłowej, a wydaje się, że ostateczny cios zadała jej pierwsza wojna światowa.

Naszyjnik Wenus, którego posiadacz zyskiwał możliwość wpływu na innych; Lustro Mistrza Twardowskiego, umożliwiające zobaczenie przyszłości; miecz czyniący wojownika niewrażliwym na ciosy, wedle legend stworzony przez Merlina – to tylko niektóre z owych „prawdziwych” artefaktów. Nie były to przedmioty jedynie obłożone zaklęciami, a dysponujące swoją własną magią – i, jak wierzą niektórzy, także własną wolą. Niestety, dziś większość z nich została bezpowrotnie utracona, podobnie jak magia, za pomocą której zostały stworzone.

Swietlana Sniegow, wstęp do „Zapominanej sztuki tworzenia artefaktów”

O śmierci Janusza Klonka, wykładowcy na Wydziale Magicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, jako pierwsza dowiedziała się Andzia Podrzucka. Padło na nią, ponieważ była najodważniejsza ze wszystkich dziewięciorga studentów trzeciego roku czarodziejstwa i magii stosowanej. Gdy profesor spóźniał się już godzinę, a młodzi czarodzieje zaczęli się zastanawiać, czy nie dostał zawału (spóźnienia bowiem absolutnie do Klonka nie pasowały), jako jedyna znalazła w sobie dość męstwa, by zapukać do jego gabinetu. I potem jeszcze nacisnąć klamkę.

W oczach większości studentów był to wyczyn porównywalny do kopnięcia w zadek Smoka Wawelskiego.

Aha – pomyślała Andzia, po zajrzeniu do środka. – Rzeczywiście nie żyje.

Taka była pierwsza myśl dziewczyny na widok ciała rozciągniętego na podłodze. Ponad wszelką wątpliwość rzeczone ciało należało do profesora. Dość przystojny mężczyzna wyglądający na trzydzieści parę lat, z gęstymi, czarnymi włosami i wąskimi ustami. Niektóre naiwne studentki z początku (zanim objawił pełnię swej piekielnej natury) nawet do niego wzdychały. Nie Andzia. Andzia uważała, że się farbuje. I że ma za wielki nos.

Ale się wścieknie. Ta krew się pewnie nie spierze – to była druga Andziowa myśl. Nieco irracjonalna, bo Janusz już na nic wściekać się nie mógł. Ale gdyby mógł, wściekłby się na pewno, Andzia miała pewność. Klonek słynął bowiem z trzech rzeczy: ironicznego uśmiechu, nienagannego ubioru i bycia wredną piłą, znajdującą przyjemność w sadystycznym dręczeniu i upokarzaniu studentów oraz niszczeniu ich pewności siebie.

Nie będzie kolokwium – zaświtało wreszcie w głowie Andzi. – Hurra!

Cofnęła się, zamknęła drzwi i się obróciła. Osiem par oczu wpatrywało się w nią z napięciem. Grupy studiujące magię praktyczną zawsze były mało liczne.

– Wiecie, kolosa nie będzie – oznajmiła Andzia ze stoickim spokojem. – Ktoś nam ubił profesora.

Szkoda, że nie wiedziała kto. Może wysłałaby kosz kwiatów z podziękowaniami?

***

Sklep nosił szumną nazwę „Artefakty”, choć oferował głównie przedmioty obłożone prościutkimi zaklęciami. Żaden szanujący się czarodziej nie byłby nimi zainteresowany, ale tacy stanowili znikomy procent populacji, właścicielowi nie brakowało więc klientów. Dzieciaki wydawały długo ciułane kieszonkowe na magiczne zabawki, mężczyźni kupowali na Walentynki zaklęte róże, kobiety chętnie sięgały po zaczarowaną biżuterię albo lusterka pozwalające sprawdzić, jak wyglądałoby się w danej fryzurze czy makijażu, zaś magicy-amatorzy zostawiali tu fortuny. Prawdziwych artefaktów nie znajdywało się w takich sklepach, ale zarówno prowadzącemu sklep Mikołajowi Kordeckiemu, jak i jego klientom to nie przeszkadzało. Kordecki dbał o odpowiedni asortyment, reklamę i klimat – starannie zaplanował wystrój, rzucał tajemnicze półsłówka i nawet przygarnął ogromnego, czarnego kocura, lubiącego wygrzewać się na parapecie. Interesował się wszelkimi magicznymi przedmiotami i chociaż te, które sprzedawał, tak naprawdę niewiele mogły, był specjalistą od artefaktów. Większość stałych gości nigdy nie uwierzyłaby w to, że Mikołaj nie jest czarodziejem. A nie był, tak jak nie był nim jego ojciec – można by ich określić jako magów z bardzo ograniczonym talentem, umożliwiającym wyczuwanie magii. W wyczuwaniu magii Mikołaj był bardzo dobry, potrafił nawet rozpoznać czarodziejów, czarownice i magiczne istoty oraz ocenić ich zdolności, czego nie umiałaby zrobić większość magicznych… ale tym wolał się za bardzo nie chwalić.

Kobieta, która weszła do sklepu w deszczowe piątkowe popołudnie, była bez wątpienia czarownicą. Takie przychodziły tu rzadko i dlatego Mikołaj znad okularów (tak naprawdę nie miał wady wzroku: był to element jego starannie kreowanego wizerunku) śledził, jak przemierza sklep, oglądając kryształowe kule, magiczne lusterka i świecące kwiaty. Ostatnia czarownica odwiedziła „Artefakty” przed rokiem i wyśmiała asortyment Mikołaja. Nie przejął się tym specjalnie: tacy zawsze mieli się za lepszych od innych, choć swoją niezwykłość zawdzięczali jedynie kaprysowi losu, który obdarował ich magiczną mocą. Czarownice zawsze wydawały mu się nieco niestabilne emocjonalnie, co prawdopodobnie było związane ze specyficzną magią, jaką władały.

– I jak długo to działa? – spytała czarownica, stukając palcem w różę emanującą błękitnym blaskiem. Mikołaja swędziały opuszki palców. Miał ochotę kichać i zrobiło się mu jakoś mdło. Miał lekką alergię na magię czarownic, a magia tej konkretnej szczególnie się mu nie podobała.

– Gwarancja jest na dwa lata – odparł uprzejmie. Kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia parę lat i pewnie była studentką na Uniwersytecie Warszawskim, jedną z tych, które przyjeżdżają z głębokiej prowincji i próbują coś udowadniać. Nie nosiła kurtki, tylko znoszoną bluzę, chociaż zbliżał się już grudzień. Wiatr rozczochrał jej czarne włosy ścięte na wysokości brody; była blada i używała chyba jakiejś mocnej szminki. Gdyby nie magiczna aura, uznałby ją za jedną z tych emo-dziewcząt zafascynowanych wampiryzmem, choć każdy rozsądny człowiek wiedział, że prawdziwy, cuchnący rozkładem krwiopijca i przystojny wampir z filmów niewiele ze sobą mają wspólnego.

– Czyli jakieś dwa lata i dwa miesiące – podsumowała. Wyprostowała się i zwróciła na Mikołaja spojrzenie fioletowych oczu. – Rozmawiam z właścicielem?

– We własnej osobie – przyznał Mikołaj. – Przepraszam… Chyba ma pani coś na szyi…

Kobieta odruchowo podniosła rękę, blade palce przesunęły się po skórze. Coś ciemnego, co początkowo wziął za robaka, znikło, nim zdążyła tego sięgnąć – i gdy to zobaczył, poczuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Rozejrzał się po sklepie, z ulgą odnotowując, że nie był w środku sam. Jakaś kobieta oglądała magiczne lusterka, a jeden ze stałych klientów przeglądał przedmioty z wystawy.

– Brudne? – spytała, opuszczając dłoń. – Czy towar na półkach to cały pana asortyment?

– Przepraszam, coś mi się wydawało. Czasem pojawiają się edycje limitowane – odparł, zastanawiając się, czy czarownica nie jest jedną z osób nadzorujących magiczne biznesy. Może znowu złożono na niego jakiś donos i doszukiwali się „towarów spod lady”? Loża Magii rozerwałaby go na strzępy, gdyby wyszło na jaw, że sprzedawał prawdziwe artefakty bez licencji. – Zazwyczaj z biżuterii, ale obecnie nie mam niczego takiego. Szuka pani czegoś konkretnego?

– Już znalazłam. Staram się ustalić… historię tego przedmiotu. Swego czasu przeszedł przez pańskie ręce.

Wyciągnęła z kieszeni spranych dżinsów kartkę. Wahał się, zanim ją przyjął, bo znowu wydało mu się, że coś pełza po skórze kobiety, tym razem na nadgarstku. A gdy rozłożył wręczony mu papier i zobaczył rysunek – marnej jakości, jednak bez wątpienia przedstawiający przedmiot, który rzeczywiście doskonale pamiętał – natychmiast pożałował, że w ogóle zaczął z czarownicą rozmawiać.

– Przykro mi, ale nie mogę pani pomóc – oznajmił zdecydowanie, przekazując jej kartkę. Coś przesunęło się po policzku kobiety i teraz był już pewien: to nie żadne złudzenia, ale ona tego czegoś nie widzi albo nie chce zobaczyć – przylgnęły do niej okruchy obcej, mało przyjemnej magii. Nie zaabsorbowane, nie złączone na dobre z aurą, ale istniejące. I bardzo mroczne.

– Proszę sobie darować – rzuciła ze zniecierpliwieniem. – Kalina, dawna Pierwsza Czarodziejka, albo kupiła od pana ten sztylet, albo przyniosła go tutaj z jakichś powodów.

– Jak mówiłem, nie mogę pani pomóc – powtórzył cierpliwie Mikołaj. – Proszę o opuszczenie mojego sklepu, inaczej będę musiał wezwać policję.

Złość kobiety sama w sobie nie wywarłaby na nim żadnego wrażenia. Swego czasu zapłacił krocie pewnemu dyplomowanemu specjaliście od czarów ochronnych, aby rzucił kilka na sklep. Oprócz standardowego pakietu obejmującego zaklęcia antywłamaniowe, wykupił także te chroniące przed nadmierną wilgocią, kradzieżą, nieprzepuszczające na zaplecze bez jego zgody oraz obronne. Kosztowało to majątek, ale było warto – raz próbowano go okraść i włamywaczy spotkała przykra niespodzianka. Gorzej, że gdy czarownica się zdenerwowała, znów coś ciemnego przesunęło się po jej brwi i szyi, a on omal nie zwymiotował na własne buty. Przypominało mu to trochę pająki, chociaż ten kształt pewnie nadawał im jego umysł.

– Pan pozwoli, że się przedstawię. – Sądząc po tonie, nawet gdyby nie pozwolił, zostałby zignorowany. – Nazywam się Sara Sokolska, jestem nadworną czarownicą jego królewskiej mości i obawiam się, że jeśli chodzi o sprawy magii, to żadna policja nie może mnie znikąd wyrzucić.

Cudownie. Mikołaj przymknął oczy, odliczając w myślach do dziesięciu. Kichnął, gdy doszedł do siedmiu. Magiczna alergia, mroczna moc, którą przywlekła Sokolska i w dodatku fakt, że rzeczywiście nie bardzo mógł wiedźmę wyrzucić, to wszystko zaczęło go przerastać. W pewnym sensie to była kontrola, chociaż niestety niesprowadzająca się tylko do tego, czy nie sprzedaje jakichś podejrzanych artefaktów spod lady.

– Zapraszam na zaplecze – powiedział i nawet we własnych uszach zabrzmiał jakoś słabo. Nie przez stanowisko Sokolskiej, raczej z powodu czarnych pająków, które się po niej przemieszczały. Znikły teraz – już ich nie wyczuwał ani nie widział, wiedział jednak, że gdzieś tam są.

Zaplecze, w przeciwieństwie do samego sklepu, nie było przesadnie zagracone. Trzymał tu czasami cenniejsze przedmioty robione na zamówienie, ale poza tym umeblowanie składało się ze stolika, czajnika elektrycznego, fotela, szafki, w której trzymał coś do przegryzienia, i dwóch krzeseł. Wskazał jedno z nich, czekając aż Sokolska usiądzie, ale oparła się tylko o stół. Też nie usiadł: gdyby siedział, górowałaby nad nim, w pewien sposób zyskując przewagę. Mikołaj bardzo chciałby, żeby po prostu zniknęła. Niegdyś ponoć istniał artefakt, który mógł spełniać takie życzenia, ale to było w dawnych czasach i mogło być wyłącznie bajką. Kolejną alegorią.

Czekał na pytania, te jednak nie padały. Sokolska milczała, tylko się mu przypatrując, a on, choć zazwyczaj brzydził się przemocą, miał wielką ochotę ją uderzyć.

– Nie sprzedałem tego sztyletu Kalinie – stwierdził w końcu sucho, podpierając się o ścianę, by nie stać przed kobietą na baczność niby jakiś uczniak. – Mój dziadek był specjalistą od artefaktów i zdaje się, że jednym z jej nauczycieli. Ojca adoptował, więc nie odziedziczyliśmy jego mocy, ale zostawił nam sporo opracowań. Kilka lat temu szukała informacji.

– Krótko przed swoim zniknięciem.

Nie brzmiało to jak pytanie, Mikołaj jednak skinął głową.

– Niewiele mogłem jej powiedzieć. Nie jestem moim dziadkiem – mruknął. Przypatrywał się szyi czarownicy, ale pająki już się nie pojawiły. – Sztylet prawdopodobnie wykuto specjalnie po to, aby mógł zabić jakąś konkretną istotę. Przynajmniej kilka wieków temu i nie wiem, co to było. Zwykle broń tego typu ulega zniszczeniu po wypełnieniu zadania, więc albo był wyjątkowy, albo nigdy go w ten sposób nie użyto. Jak pani pewnie wie, można nasączyć go własną magią. Wykorzystać jako swego rodzaju przekaźnik. Może zabić niemal każdą istotę i zapewne świetnie sprawdzi się podczas wielu rytuałów. To potężny przedmiot, obecnie rzadko się takie spotyka, choć jeśli wierzyć zapiskom, w przeszłości było ich więcej. Być może karmi się krwią i mocą, zyskując dodatkową siłę, bo magia w nim…

Mikołaj urwał i wzruszył ramionami. Magia sztyletu była niezbyt przyjemna, potężna, trudna do określenia, jakby zmienna. Sara odchyliła głowę, przez chwilę zapatrzywszy się w sufit. Pająk spacerował po jej wargach i Kordecki wzdrygnął się mimowolnie. Czarownica chyba oczekiwała czegoś więcej, bo westchnęła z pewną rezygnacją, połykając przy tym strzęp ciemnej energii.

– Żadnych informacji o jego historii? Skąd go wytrzasnęła?

– Przykro mi. Wspomniała tylko, że weszła w jego posiadanie kilka miesięcy wcześniej.

– Świetnie – mruknęła sarkastycznie Sokolska. Z kieszeni wyjęła zapalniczkę i wyciągnęła ją w jego stronę. Dopiero po chwili zrozumiał, o co chodzi. Przedmiot emanował dość silną aurą, na którą nie od razu zwrócił uwagę, bo pozostawała częściowo zagłuszona przez moc Sary. Mikołaj unikał skupiania się na magii kobiety, ale i tak mógł powiedzieć, że jest silniejsza i jednocześnie bardziej niespokojna niż u większość czarownic. – Co możesz powiedzieć o tym?

– Nigdy nie widziałem czegoś takiego – przyznał, tym razem szczerze zafascynowany, przeciągając palcami po znakach wyrysowanych na powierzchni zapalniczki. – Nie może być bardzo stara, ale chyba tworzy własną magię. Nie przypomina niczego, o czym czytałem. Silna, bardzo jasna aura. Zgaduję, że wytwarza magiczny ogień i światło…

– Ameryka, Kolumbie – oznajmiła Sara. Została zignorowana, podobnie jak fakt, że zaczęła zwracać się do niego na ty.

– …zapewne znacznie silniejsze niż w przypadku standardowej magii, ale to wciąż coś, co, jeśli się nie mylę, ma służyć nie do ataku, a oczyszczenia i ochrony. Skąd ją pani wzięła?

– Z szuflady – odparła, odbierając mu zapalniczkę. Gwałtownie cofnął rękę, pełen obaw, że pająk, który zwinął się na jej palcach, postanowi przeskoczyć na jego dłonie. Zwalczył w sobie irracjonalną chęć wyrwania kobiecie przedmiotu. Coś przepełnionego tak dobrą magią nie powinno znajdować się w rękach Sokolskiej. Wydawało się, że nawet zapalniczka nie zdołała jej ochronić. A może wręcz przeciwnie, już ją chroniła i dlatego obce elementy aury postrzegał jako pająki, nie coś nierozerwalnie połączonego z czarownicą? Na litość boską, kogo trzymał przy sobie ich władca?

– Coś jeszcze?

– Nie. To wszystko.

Sara skrzywiła się nieznacznie, schowała zapalniczkę i ruszyła do wyjścia.

Pierwsza Polanii – zdaniem Mikołaja – najwyraźniej wplątała się w coś wyjątkowo paskudnego.

***

Sara nigdy nie była typem naukowca. Brakowało jej systematyczności, cierpliwości, a także obeznania w autorach i tytułach. Edukacja na uniwersytetach nie bez powodu była uważana za tak istotną. Chociaż chodziło przede wszystkim o to, aby niedoświadczeni magiczni nie zrobili nikomu krzywdy, dawała także podstawy teoretyczne, a teoria była czymś, czym Sokolska nigdy specjalnie się nie interesowała. Nazwiska znanych czarodziei, które wbijano do głów studentom Wydziałów Magicznych, Sarze nic nie mówiły. Nie wiedziała, które księgi są wartościowe, a które to ładnie opakowane bzdury. Nie zbudowała podczas studiów sieci relacji i nie miała pojęcia, w czyich zbiorach mogą znajdować się odpowiednie pozycje. Istniały wprawdzie ułatwiające poszukiwania internetowe bazy danych, także te tajne, do których wprowadzono całkiem sporo informacji i do których jako nadworna czarownica miała dostęp. Ale też bazy te nigdy nie były pełne – pomijając już to, że po prostu nie istniała możliwość przechowywania absolutnie wszystkiego, niektóre książki nie dawały się tą metodą kopiować i zdarzało się, że wrzucone na dysk dane wysadzały go w powietrze. A bywały i informacje, które obawiano się rozpowszechniać w ten sposób. Co więcej, sama Sokolska bała się szukać w nich pewnych rzeczy, przekonana, że zostawi to łatwy do znalezienia ślad.

Przez ostatnie miesiące z dość mizernymi rezultatami sukcesywnie przetrząsała archiwa, niegdyś zaklęte przez Kalinę, zamkową bibliotekę, a nawet zbiory Wydziału Magicznego, gdzie wpuszczano ją niechętnie i gdzie sama niechętnie wchodziła, wiedząc, że później dokładnie sprawdzą książki, które czytała. Nauczyła się właściwie na pamięć listy nazwisk wszystkich specjalistów od rytuałów w kraju, podobnie jak imienia każdego silniejszego czarodzieja mieszkającego w Krakowie bądź okolicach. Prośbą, groźbą, przekupstwem i podstępem zdobyła część archiwalnych raportów Loży Cienia. Sprawdziła listę wszystkich akcji jednostki specjalnej z ostatnich paru lat. Spędziła miesiąc w Republice Federacyjnej Niemiec. Krótko mówiąc, szukała czegokolwiek, co mogłoby dostarczyć jej informacji o Klausie, a przede wszystkim odpowiedzieć na dwa pytania: jak i przez kogo został przywołany z powrotem.

Wszystko na próżno. Nie znalazła niemal niczego. Właściwie tyle, ile już wiedziała – do przywołania potrzeba było ofiary i dużej ilości mocy. Ustaliła, że prawdopodobnie nocny król pojawił się w mieście mniej więcej w czasie, gdy zniknęła Kalina i Sara zastanawiała się, czy to nie on stał za jej odejściem. Być może pewnej nocy Czerwona Iskra, sądząc, że jest bezpieczna w swoim mieście, nie odkryła zagrożenia w porę. Zginęła osaczona gdzieś w mroku, zabita przez nocnego króla, tak jak omal nie skończyła sama Sara. Ocaliło ją przed tym przecież tylko to, że Klaus znał jej twarz – że nie zaatakował kobiety, którą miał za swoją śmierć.

I która faktycznie się nią stała.

W końcu odwiedziła dom Kaliny. Budynek leżał pod Krakowem, a obłożono go taką liczbą zaklęć i magicznych barier, że żaden z okolicznych mieszkańców zapytany, nie umiałby powiedzieć, o jaki dom chodzi. Istniała tylko garstka czarodziei zdolna do utkania tak potężnych osłon. Sara podejrzewała, że swego czasu właścicielka musiała poświęcić przynajmniej rok na przygotowanie odpowiednich czarów. Ona sama nie umiałaby stworzyć choćby połowy z nich. Nawet podtrzymywanie wszystkich zaczynało z upływem czasu przekraczać jej możliwości – słabły powoli, ale sukcesywnie i prawdopodobnie za kilka lat dom należący niegdyś do Kaliny Czerwonej Iskry przestanie być bezpiecznym miejscem, do którego nikt się nie zbliży. Nie lubiła tutaj przychodzić: do uroczego, staroświeckiego domku, umeblowanego głównie antykami, pełnego cennych obrazów i suszonych kwiatów, emanującego magią Kaliny i jakimś sposobem nawet po latach pachnącego jej perfumami. Rękę właścicielki dało się wyczuć w każdym pomieszczeniu. Ilekroć Sara przekraczała próg, zawsze miała wrażenie, że za chwilę z któregoś z pokoi wyjdzie Kalina: w swoich eleganckich ubraniach szytych wedle historycznych wzorców, z czerwonymi włosami ułożonymi w wymyślną fryzurę. Od dnia, w którym czarodziejka zniknęła, Sara odwiedzała jej schronienie raz na jakiś czas, by upewnić się, że zaklęcia nie straciły swojej mocy. Sama nie była pewna, dlaczego to robi – początkowo oczekiwała, że Kalina wróci, później weszło jej w nawyk. Raz przeszukała pomieszczenia, usiłując znaleźć jakieś wskazówki, które mogłyby wyjaśniać nagłe zniknięcie dawnej Pierwszej Czarodziejki Polanii, ale wyglądało na to, że Kalina nie szykowała się do żadnego wyjazdu, nie pozostawiła też zapisków, które mogłyby być pomocne. Sara zresztą w tych poszukiwaniach nie była zbyt uważna: tak naprawdę nie miała pewności, czy rzeczywiście chce wiedzieć, co spotkało czarodziejkę. Ostatecznie przejrzała kilka książek, zabrała jedną, i pozwoliła, aby resztę rzeczy Kaliny powoli pokrywał kurz.

Jednak w listopadzie Sara przemknęła przez dom niczym huragan, sprawdzając każdy kąt. Bo Kalina przecież musiała coś wiedzieć. Po pierwsze, to ona zdobyła sztylet, który zakończył pierwsze życie Klausa i oddała go Sarze. Po drugie, była Pierwszą Polanii, znacznie lepiej sprawdzając się na tym stanowisku niż Sokolska. Sprytna, potężna Czerwona Iska miałaby nie zorientować się, że w mieście dzieje się coś tak paskudnego? Tym razem Sara zwróciła uwagę na to, że Kalina ewidentnie była zainteresowana artefaktami. Sokolska podczas przeszukiwania dwukrotnie natknęła się na adres warszawskiego sklepiku Mikołaja, znalazła też nazwisko pewnego demonologa. Wcześniej obecność kilku opracowań o podejrzanej tematyce, których na pewno nikt o zdrowych zmysłach nie pokazałby studentom, jakoś Sary nie dziwiła – w końcu Kalina była Pierwszą, musiała sobie radzić z różnymi rodzajami magii. Teraz jednak przestudiowała je uważnie i poczuła ukłucie niepokoju. Trzy z książek były bowiem bardzo stare, niemalże niemożliwe do zdobycia, i traktowały o podobnej tematyce: demonów, starych bogów oraz wykorzystywaniu ich mocy. W niektórych miejscach też, jak mogła stwierdzić Sara, zawierały poważne błędy. W odkrytym schowku („odkrywając” go Sara omal nie spaliła połowy pokoju i sama została lekko poparzona – zaklęcia Kaliny wpuszczały ją do domu, ale najwyraźniej w tym miejscu czarodziejka już nie życzyła sobie jej obecności) odkryła jeszcze starszą, bezcenną księgę. Napisaną po łacinie, relacjonującą eksperymenty z próbami przedłużania życia. Sara spróbowała spalić ją w kominku razem z podejrzanymi opracowaniami. One spłonęły, księga niestety nie.

Najpierw pofatygowała się osobiście do Warszawy do „Artefaktów”, później spróbowała odnaleźć demonologa – jak się okazało, zmarł w tajemniczych okolicznościach, mniej więcej w tym okresie, gdy znikła Kalina.

W głowie Sokolskiej powstało nieprzyjemne podejrzenie, że dawna Pierwsza Polanii wplątała się w coś wyjątkowo paskudnego.

 

 

PAKIET KSIĄŻKA I EBOOK ZA 20,99 ZŁ

Spalić wiedźmę - Magdalena Kubasiewicz

Pin It on Pinterest

Shares
Share This