Złe - Michał J. Chmielewski © Paweł Dobkowski

 Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl

%

Średnia ocena % ze wszystkich recenzji

Darmowy fragment!

Złe – Michał J. Chmielewski


„Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje” – Edmund Burke

Baskin Zachodnie, miasteczko na polskim wybrzeżu, wydaje się zbyt małe, aby pomieści całe zło, jakie się w nim dzieje. Zło czynione przez człowieka człowiekowi, gdyż w tym akurat przypadku niepotrzebna jest pomoc diabłów, demonów czy jakichkolwiek innych istot.

Jeden dzień z życia rodziny Jasińskich. Dwadzieścia cztery godziny koszmaru, jaki rozgrywa się w setkach miast, miasteczek i wsi. Andrzej – ojciec, alkoholik i oprawca swojej rodziny. Iwona – matka, ofiara przemocy domowej. Justyna, Kryspin i Michał – maltretowane i okaleczone psychicznie dzieci, dla których normalność to marzenie. Tomasz, Marcin i Krzysztof – mimowolni uczestnicy dramatu.

Polskie Fargo, bracia Coenowie nie powstydziliby się tej opowieści.

 

Michał Chmielewski pisze mocno i ciekawie, ma surowy styl i nie bawi się w niepotrzebny manieryzm. Jego historia jest brutalna, tak jak brutalna może być małomiasteczkowa rzeczywistość, pod płaszczykiem prowincjonalnej nudy skrywająca historię śmierdzącej alkoholem przemocy domowej, rodzicielskiego okrucieństwa i złamanego dzieciństwa. Akcja powieści rozgrywa się w ciągu dwudziestu czterech godzin, znacznie mniej czasu potrzeba, żeby książkę przeczytać. Jednak to, co po niej zostaje, pamięta się długo.
 
Jan Krasnowolski, autor Klatki

Naturalistycznie odmalowana groza małomiasteczkowego życia. „Złe” momentami kojarzy się z książkami Jacka Ketchuma, a to znaczy, że po lekturze czytelnik będzie się czuł tak sponiewierany, jakby wypadł z roller coastera.
Dawid Kain, autor Fobii i Kotku, jestem w ogniu

Historia o niekochaniu. O złych wyborach i ich konsekwencjach. O ludziach wciąż poszukujących odrobiny ciepła, mimo że już dawno zapomnieli czym jest miłość. Chmielewski, opisując poplątane losy bohaterów i odsłaniając ich kolejne tajemnice, umiejętnie dawkuje napięcie. „Złe” czyta się nadzwyczaj dobrze.
Marcin Jamiołkowski, autor Okupu krwi i Kellera

 

Autor: Michał J. Chmielewski
Tytuł: Złe
Rok I wydania: 2016
Format: 12.5×19.5 cm

Liczba stron: 306

 

druk: ISBN 978-83-7995-080-5
ePub: ISBN 978-83-7995-081-2
mobi: ISBN 978-83-7995-082-9
audiobook: ISBN 978-83-7995-101-7

Ceny sugerowane:
oprawa miękka: 29,99 zł
audiobook: 24,99 zł

ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

 

 

Michał Jan Chmielewski

 

Rocznik Czernobyla, mieszka na Facebooku. Uwielbia lata dziewięćdziesiąte i muzykę instrumentalną. Zazwyczaj czyta trzy książki naraz (jedna nowa, dwie pozostałe czytane po raz kolejny), często spaceruje.
Pasjonat wszystkiego, między innymi origami, deskorolki, rolek, programowania, gier komputerowych, jojo, piłki nożnej, muzyki, rysowania, robienia zdjęć. Z tego wszystkiego ostało się pisanie.
Na poważnie rozpoczął od e-zinów, skupiając się na legendarnym niegdyś ActionMagu, potem zaczął bawić się w dziennikarstwo na terenie województwa zachodniopomorskiego, ale opowiadanie prawdy szybko go znudziło, więc przerzucił się na fikcję. Wyszedł z tego darmowy ebook Zrobiłbym coś złego, porozrzucane w internecie opowiadania i fikcyjne miasteczko Baskin Zachodnie, w którym rozgrywa się większość jego historii.

 

Najtaniej kupisz w:

Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl
 logoVirtualo
Publio_logo
MadBooks
Bookiatryk
Paradoks
Okiem na Horror
Zbrodnia w Bibliotece
Szortal
Polacy nie Gęsi i swoich Autorów mają

A JEŚLI WOLISZ EBOOKI OD KSIĄŻEK...

Złe – Michał J.Chmielewski

fragment
1.
Kryspin Jasiński

Pierwsze uderzenie zawsze brzmiało najgorzej. Nie było w nim nic z amerykańskich filmów, żadnego efektownego dźwięku, tylko głuche łupnięcie pięści w twarz i następujący po tym krzyk matki.

Potem padały kolejne ciosy. Słyszał je wszystkie. Potem matka groziła i prosiła, by ojciec przestał ją bić. Odgłosy szarpaniny, zbity talerz, upadające na podłogę w kuchni sztućce. W tle tego wszystkiego płacz młodszego brata. Chciał zbiec na dół, zeskoczyć ze schodów, na których siedział, dopaść ojca, sprowadzić go do parteru i poniżyć, pogrozić, że następnym razem, jeżeli jeszcze raz tknie w ten sposób mamę, połamie mu ręce.

Kryspin Jasiński wiedział, że nigdy do tego nie dojdzie. Miał dwanaście lat, siedział na szczycie schodów obejmując kolana, bał się i prosił w duchu, żeby to się skończyło. Niech ojciec się zmęczy, znudzi, cokolwiek, niech pójdzie do salonu, by tam usnąć przed telewizorem jak zazwyczaj, albo do piwnicy, gdzie śmierdziało tym świństwem, które robił z wujkiem.

– Zostaw! Zostaw! – słyszał głos matki. Następnie bach, ponowne uderzenie.

Młodszy brat płakał coraz głośniej. Kryspin zastanawiał się, jakim cudem jego gardło nie jest jeszcze zupełnie zdarte. Bo Michał zawsze płakał, gdy ojciec używał rąk.

– Nie bij go… tylko nie jego… – powiedział cicho, z nadzieją, zaciskając kolana.

– A ty, kurwa, się zamknij! – wrzasnął ojciec. Chwilę potem płacz zgasł.

Pomimo nieśmiałej myśli, podpowiadającej, by zejść na dół, wciąż siedział nieruchomo.

Szarpanina trwała dalej i choć Kryspin zdążył przywyknąć, za każdym razem bał się o to samo – o mamę i brata Michała, zwłaszcza o niego, bo miał przecież tylko trzy lata. Wcześniej bał się też o siostrę, ale ona nauczyła się unikać tych sytuacji. Potrafiła znikać na cały dzień. Na samym końcu bał się o siebie.

Powinien już być w drodze do szkoły, jednak postanowił trwać na schodach do czasu, aż pijacki sztorm ojca minie. Zachowywał w ten sposób pozory trzymania ręki na pulsie. Gdyby ojciec rzucił się na Michała, miałby przynajmniej szansę jakoś zareagować. Nie zdziałałby wiele, jasne, ale nie wybaczyłby sobie nigdy, gdyby pod jego nieobecność bratu stało się coś złego.

Odgłosy szarpania trwały. Matka krzyczała.

– Zostaw! Andrzej, zos…

Kolejny cios, tym razem uciszający matkę na dobre. Pewnie dostała prosto w zęby.

– Żebym we własnym domu musiał się prosić o pieniądze, kurwa twoja mać!

Odgłos ciężkich stóp przesuwał się tuż pod Kryspinem. Szelest ubrań, wsuwanie roboczych butów na nogi i trzaśnięcie drzwiami w chwilę potem. Ojciec wyszedł.

Mięśnie Kryspina, napięte jak cumy, rozluźniały się. Wziął głęboki oddech i zszedł na dół, zastając dokładnie to, czego się spodziewał. W kuchni na podłodze leżały resztki rozbitego talerza, na kuchence przewrócony garnek, kilka sztućców na podłodze. Szafka z przyprawami otwarta była na oścież – pewnie właśnie tam mama trzymała pieniądze. Ona sama siedziała teraz przy stole, do policzka przykładała nóż, starając się w ten sposób zapobiec spuchnięciu. Michał kucał na podłodze, wtulając się w jej nogę. Pochlipywał.

– Idź do szkoły – powiedziała do Kryspina. Zaskoczył ją jego widok. – Myślałam, że już poszedłeś.

Nie – pomyślał. – To poszła Justyna. Ja zostałem.

Michaś trzymał łydkę mamy, jakby od tego zależało jego życie, zasmarkany, nie rozumiejąc, dlaczego tata ją bije. Przecież nie zrobiła nic złego.

Kryspin z trudem oderwał wzrok od brata. Wrażenie, że coś rozrywa mu serce, nie opuszczało go przez całą drogę do szkoły.

2.
Justyna Jasińska

Justyna Jasińska wiedziała, że nie powinna tego robić. Przemawiał za tym jeden niepodważalny argument, ale teraz, gdy rzuciła się na plecy Rafała Tomaszewskiego, jednocześnie starając się wydrapać mu oczy, było już za późno.

Zaczęło się na szkolnym korytarzu. Rozmawiała z koleżankami z klasy, kiedy dostała w ramię papierową kulką.

– Wal się, rudzielcu! – krzyknęła dostatecznie głośno, by zwrócić na siebie uwagę innych uczniów.

Tomaszewski, stojąc w asyście swoich kumpli, nazwał ją puszczalską ścierą, również dbając o to, by usłyszało to przynajmniej ze dwadzieścia osób. Podeszła do niego.

– Masz jakiś problem? – spytała pewnym siebie, kozackim tonem, tak po dresiarsku.

Odpowiedział jej szerokim uśmiechem, spoglądając wymownie na kumpli. Powtórzyła pytanie, celowo podchodząc jeszcze bliżej, co najwyraźniej naruszyło jego poczucie wolnej przestrzeni. Odepchnął ją.

– Jak jesteś taki cwany, chodź do parku, co? – zaproponowała. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Tym razem to ona go pchnęła. Poleciał na wciąż chichoczących kumpli. Gdyby nie oni, wprasowałby się w ścianę.

– Chodź – powiedziała.

Wyszła pierwsza, kierując się do parku miejskiego, który sąsiadował z Gimnazjum Gminnym w Baskin Zachodnim. Wraz z nią szły trzy koleżanki.

– Daj spokój, Justa – mówiły.

– Ale że co, naprawdę będziesz się z nim bić?

– Potrzymajcie – odburknęła, podając im plecak.

Stanęła na trawie i czekała. Do parku wyszedł trzydziestoosobowy tłum spragniony rozrywki. Przewodził mu Tomaszewski. Wciąż się uśmiechał. Inni też się śmiali; część z autentycznym zafascynowaniem spoglądała na Justynę, która wiązała właśnie włosy w koński ogon.

Tłum ustawił się w krąg. Za chwilę wszyscy mieli być świadkami bójki chłopak − dziewczyna, a takiego cyrku nie można przecież za nic przegapić.

Wyszła na środek pierwsza. Tomaszewski zdjął niepewnie plecak, patrząc to na nią, to na kolegów. Wiedział, że połowa z nich chce, by to ona skopała mu tyłek, a druga chce się przekonać, czy jest frajerem bijącym dziewczyny.

– No chodź – powiedziała zachęcająco. Dostrzegła błysk niepewności w jego spojrzeniu. Próbował to zatuszować nonszalanckim uśmiechem. Pokręcił pogardliwie głową i zrobił krok do przodu. W tłumie zapadła cisza.

– I co? – spytał.

– Gówno. No dawaj, uderz.

– Weź przestań.

– No, uderz, cwaniaku. Daję ci fory.

Stanęła w pozycji bojowej, gotowa na atak, choć wiedziała, że go nie sprowokuje. Nie jest aż tak głupi, by uderzyć pierwszy. Patrzy zbyt wiele osób.

– Dawaj, dawaj – zachęcała.

Tomaszewski zacisnął pięść, wziął zamach, celowo unikając jej twarzy. Zrobiła spóźniony unik, a on, ku uciesze innych, zaczął się z niej śmiać. Słyszała odgłosy zachęt, rad, gdzie najpierw uderzyć. Jasińska, w jaja, w jaja go!

Przestał się śmiać, wciąż nie spuszczając z niej pełnego pogardy wzroku.

– Idź znowu dać komuś dupy, może wtedy ochłoniesz – rzekł, splunął jej pod nogi i odwrócił się, kierując w stronę plecaka. – Szmato.

Nie powinna tego robić, wiedziała o tym dobrze, ale po prostu nie wytrzymała. Mogła znieść wiele, o wiele więcej niż ją podejrzewano, ale tego nie dała rady przetrawić. Żaden szesnastoletni rudy koniobijca nie będzie mówił o niej i do niej w taki sposób. Rzuciła mu się na plecy.

Krzyki eksplodowały, były dla niej tłem, dopingującą muzyką. Zawiesiła się na nim, drapiąc twarz i bijąc pięścią w tył głowy. Zaskoczony Tomaszewski zrzucił ją z siebie, natychmiast otrzymując dwa ciosy – w nos i w przednie zęby. Złapała go za krótkie, rude włosy, próbując ściągnąć do parteru, by kopnąć kolanem w twarz. Prawie jej się udało, ale uwolnił się jednym, szybkim szarpnięciem. Ponownie ruszyła do ataku. Tłum skandował. Tomaszewski chwycił ją za ręce, wykręcił do tyłu, szybko złapał jej głowę pod pachę jak zawodowy zapaśnik, po czym drugą, wolną ręką zaczął uderzać jej twarz hakiem.

Ciosy były ślamazarne, bolało ją, ale nie tak, jak się spodziewała. Przeżywała gorsze bóle. Wyrwała się, tracąc równowagę. Poleciałaby do tyłu, gdyby nie wpadła na tłum, który zaraz wypchnął ją w stronę Tomaszewskiego. Zaskoczona, nie zdołała uniknąć zdecydowanego, mocnego uderzenia w brzuch.

Wszyscy, którzy to widzieli, wiedzieli, że to koniec.

Justyna padła na kolana, kuląc się z bólu. Czuła przewracające się bebechy. Żołądek kurczył się i rozszerzał. Uderzenie odebrało jej oddech, o który walczyła teraz wszystkimi siłami.

– Ja pierdolę, co to? – usłyszała Marcina Witczaka. Ujrzała przed sobą jego zdziwioną twarz. Kucał przy niej, obejmując ramieniem. Tłum zamilkł. – Justa, co jest, kurwa?

– Ej, kolego, sama zaczęła – powiedział Tomaszewski.

Zobaczyła jeszcze, jak Marcin, jej chłopak, podchodzi do niego i kilkoma szybkimi uderzeniami powala go na łopatki, jednocześnie myśląc, że nie powinna wdawać się w tę bójkę.

Nie powinna, ponieważ jest w ciąży.

 

Złe - Michał J. Chmielewski

Pin It on Pinterest

Shares
Share This