Życie i czasy Mistrza Haxerlina – Jacek Wróbel

 

życieAutor: Jacek Wróbel
Tytuł: Życie i czasy Mistrza Haxerlina
Rok I wydania: 2016

Format: 12.5×19.5 cm
Ilość stron:

Oprawa:
miękka: ISBN

eFormat: ePub/mobi
ePub: ISBN
mobi: ISBN: 

Ceny sugerowane:
Oprawa miękka:
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł

Jacek Wróbel

Jacek Wróbel

Rocznik ’88. Przygodę z pisaniem rozpoczął przed kilkoma laty i dobrze zrobił, bo z pewnością uratowało go to przed zupełnym pogrążeniem się w marazmie codzienności. Został nagrodzony w paru ogólnopolskich konkursach literackich – cieszy zwłaszcza wyróżnienie na IX Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania oraz statuetka Kryształowego Smoka, jaką wręczono mu na wrocławskich Dniach Fantastyki 2014. Publikował w Nowej Fantastyce, Qfancie i Esensji. Jego opowiadanie znalazło się również w zbiorze Ostatni dzień pary.

W sieci publikuje pod nickiem uthModar.

Mieszka i pracuje w Lublinie. Lubi nieobjęte akcyzą papierosy. Ukochana kobieta oraz Mistrz Haxerlin powstrzymują go przed zostaniem politycznym terrorystą.

Fragment

Wysłuchiwał propozycji, nerwowo poprawiając oprawkę okularów. Z każdym następnym słowem jego mina sugerowała, że coraz mniej mu się to podoba. W końcu odezwał się ostrożnie:

– Teoretycznie mogę to zrobić.

– A praktycznie? – zapytał Mark.

– A praktycznie nie. To nielegalne. Mniejsza z tym, że chodzi o czar piątego poziomu. Złamałbym regulamin uczelni. Punkt ósmy, paragraf pierwszy mówi, że użycie magii poza praktyką egzaminacyjną i zaję…

– Stark, to naprawdę ważne. Ma związek z kosturem.

Okularnik wyciągnął ręce przed siebie, jakby bronił się przed niewidzialnym przeciwnikiem.

– Jeden powiedziałby, że z kosturem, inny, że z Kaosem. Nie chcę się do tego mieszać.

– Skąd wiesz o kaosytach?

– Od Macka Zackenberga. – Zastanowił się. – A może Gatsby był pierwszy… Nie pamiętam. No, ale na pewno widziałem ten wielki napis na ścianie, na pierwszym piętrze. Tuż przy schodach.

– Jaki napis?

Stark chrząknął.

– Kaosyci nanana. Bardzo brzydkie słowo. Ogólne przesłanie jest takie, by kultyści prędko wynieśli się z uczelni i oddalili w bliżej nieokreślonym kierunku.

– Proszę. – Mark przybrał minę łaszącego się psiaka. – Bądź kolegą. Tylko ty możesz nam pomóc.

– Powiedziałem już: nie. Przykro mi.

Etting spoważniał.

– Cóż… – Wyprostował się na krześle. – Wybacz, że cię kłopotaliśmy. Gaduła, możesz przyprowadzić Igora Grosse.

Zanim osiłek zdążył zrobić głupią minę, pytając, o co chodzi, Mark porozumiewawczo mrugnął.

– Chwila, chwila… – Stark przytrzymał okulary, które zsunęły mu się z nosa. – Powiedziałeś, że tylko ja mogę pomóc!

– Kłamałem – stwierdził bezceremonialnie.

– Chcecie, żeby czarował wam Grosse? – Aż się zasapał. – Ten… ten partacz?! Jedynie nazwisko łączy go z prawdziwą magią! Stypendium, jakie razem dzielimy, to przejaw bezczelnego nepotyzmu! Ja nie mam znanego prapradziadka i naprawdę musiałem się uczyć, starać się, by przekonać komisję, że warto we mnie inwestować. A on… Aaargh! – Wymachiwał w powietrzu rękami, nie mogąc się wysłowić. – Grosse to głupek! – stwierdził prosto z serca.

– Już z nim rozmawialiśmy. Stwierdził, że z piątym poziomem radzi sobie bez problemów.

– Co?! Widzieliście jego Mgłę Szarości? Jest niebieska! Czujecie to: Mgła Szarości! Niebieska! Aaargh!

Mark Etting uśmiechnął się pod nosem.

– Skoro nie chcesz pomóc…

Stark uderzył w stół.

– Pokażę wam prawdziwą magię. Macie ingredienty?

Tak się przypadkiem złożyło, że mieli.

***

– Jak mnie słyszycie?

Mark przyłożył usta do małego sitka, zwyczajowo używanego do odcedzania wody. Akademicka kuchnia nie powinna mieć za złe, że na trochę wypożyczył jej sprzęty.

Muszelka, którą trzymał przy uchu, delikatnie zawibrowała. Wydobył się z niej cichy dźwięk.

– Nieco szumi, ale głos jest wyraźny.

Stuart.

– U mnie podobnie. Gdzie jesteście?

– Na pierwszym piętrze. Minęliśmy właśnie napis o kaosytach. Tusk próbuje go zetrzeć. Jest nieźle wkurzony.

W tle dobiegały jakieś hałasy.

– Co tam się dzieje?

– Grupa śledczych, nie kojarzę ich, przesłuchuje pierwszoroczniaków. Jeden młodziak się rozpłakał.

Mark pokręcił głową, wzdychając bezsilnie.

– Jak nastroje wśród studentów?

– Cyrk na kółkach. Czysty chaos. Przypomina mi to pewną sytuację. Ojciec zabrał mnie kiedyś na jarmark w Blumbergu. Występował tam słynny duet: połykacz ognia i żongler. Ich popisy zawsze przyciągały tłumy. W trakcie tego pamiętnego przedstawienia połykacz przebił sobie gardło tasakiem, a żongler śmiertelnie poparzył dłonie. Obaj zmarli na scenie. Zanim widzowie się zorientowali, co jest grane, dostali najdłuższe owacje, jakie w życie słyszałem. Miasto przez… O, widzę Evana. Poczekaj, podchodzi tutaj.

Mark sięgnął po książkę. Od niechcenia kartkował strony, czekając, aż przyjaciel się odezwie.

Muszelka zawibrowała.

– Już. Zapytał mnie, czy ludzie naprawdę są aż tak głupi. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Wydaje się zażenowany tą hecą z Kaosem. Nawet nie zająknął się o teomagii.

– Zatem ma trochę oleju w głowie. Opowiadałeś o połykaczu ognia i żonglerze.

– Tak. Blumberg przez bite dwa tygodnie żył ich sprawą. Utworzyły się dwa stronnictwa. Pierwsi wierzyli w to, że śmierć duetu była przez kogoś zaplanowana. Innymi słowy doszło do morderstwa z premedytacją. Podejrzewano zawistną konkurencję. Druga frakcja przekonywała natomiast, że zgon to część numeru, a wszystko zostało sfingowane. Podobno niedługo potem widziano artystów występujących w innym mieście. Obie grupy zawzięcie dawały sobie po mordzie, uzurpując prawo do prawdy, dopóki ta w końcu nie wyszła na jaw.

– A co się naprawdę stało?

– Przeprowadzono sekcję. Okazało się, że artyści przed występem najzwyczajniej w świecie się schlali i pomylili swoje akcesoria. Ot, nie było żadnego ukrytego dna, żadnej dramatycznej historii. Tu na uczelni jest podobnie, z tym że zamiast o żonglerze i połykaczu gadają o kaosytach. I też skaczą sobie do gardeł.

Etting nie za bardzo zrozumiał tę analogię, ale sama historia mu się spodobała.

– Gdzie jesteście?

– Dochodzimy do balkonów. Jeśli nie zmienił swojego rozkładu dnia, niedługo na dziedzińcu powinien pojawić się Gustaffson.

– Dobrze. Czekajcie na niego.

– Jaki w ogóle zasięg ma to ustrojstwo?

– Stark mówił, że Gadumunikacja rzucona przez doświadczonego czarodzieja połączy odbiorniki w każdym miejscu w Insirii, a zaklęcie może trzymać tygodniami. Uczciwie przyznał, że to jego pierwszy raz i gwarantuje zasięg jedynie w obrębie miasta.

– A czas trwania?

– Mniej więcej osiem godzin, ale miejmy nadzieję, że połowa w zupełności nam starczy. Po zachodzie słońca zaklęcie zużywa mniej energii – wspominał o jakiejś Taryfie Nocnej, czymkolwiek by to było – ale lepiej nie ryzykować.

– Przydatna rzecz. Powinno się to opatentować i otworzyć masową produkcję.

Mark opluł sitko ze śmiechu.

– Stuart, kto chciałby płacić za to, by gadać do muszelki, jak można kulturalnie wysyłać listy? Zresztą o czym ludzie mieliby ze sobą rozmawiać? Jak spędzili dzień, co jedli na obiad? Jak było w pracy? To nudne.

– Też prawda.

Wrócił do lektury. Po minucie ponownie rozległy się delikatne wibracje.

– A co u ciebie?

– Hę? – Mark poderwał głowę i przystawił muszelkę do ucha. – Nic. Czytam książkę.

– Aha.

Piętnaście sekund ciszy.

– Ciekawa?

– Czy ja wiem… – Spojrzał na okładkę. – „Śledziowidzenie”. Dużo wędkarskiej terminologii. Wiem, miałem czytać o Slythie, ale mi się nie chce.

– Aha.

Dziesięć sekund.

– A jak było pracy?

– Co? Co z tobą jest?

– Przepraszam. To pytanie samo przyszło mi do głowy. Po prostu dziwnie tak milczeć, wiedząc, że ktoś jest po drugiej stronie.

– Ech. Daj znać, jak pojawi się Gustaffson.

– Jasne. Gaduła cię pozdrawia.

Mark przewrócił oczami.

Po jakimś kwadransie muszelka znowu się odezwała.

– Widzę go.

Rzucił książkę na bok i nachylił się nad sitkiem.

– Obserwujcie. Jesteście na widoku?

– Stoimy za filarem. Na balkonie jest trochę studentów. Gustaffson wygląda na zamyślonego.

Mark czekał w napięciu.

– Kieruje się do bramy.

– Za nim. Zachowujcie dystans, ale nie spuszczajcie go z oczu.

Rozległ się przytłumiony stukot. Schodzili po schodach.

– Żałuj, że tego nie widzisz. Gatsby przytachał do holu stelaż z wielką tablicą i prezentuje zainteresowanym rysunek „typowego kaosyty”. Wygląda jak jedna z prac Schindlera. Nawet trzyma w ręku zakrwawiony półtalerz.

– A Gustaffson?

– Przechodzi przez bramę. Jesteśmy tuż za nim, w bezpiecznej odległości.

– Dobrze.

Dźwięki w tle zmieniły się. Musieli opuścić mury Collegium i znaleźć się na otwartej przestrzeni.

– Mija akademiki. Kieruje się w stronę miasta.

– Odbijcie od głównych wrót i wespnijcie się na ogrodzenie.

– Co? Tego nie było w planach. Mieliśmy po prostu pokazać odźwiernemu upoważnienie i…

Mała szamotanina. Wstrząsy.

– Wspinamy się – powiedział Gaduła.

Sapanie. Jeszcze więcej sapania. Urywane oddechy, w końcu dwa uderzenia o ziemię. Muszelka zaczęła nieprzyjemnie trzeszczeć. Do Marka docierały urywane słowa.

– …miłe… musiałeś… jak worka… sam…

Delikatnie potrząsnął odbiornikiem, regulując dźwięk.

– Jesteście tam?

Pin It on Pinterest

Shares
Share This