Opowiadanie do pobrania

  

Jedno z opublikowanych lata temu opowiadań Wiesława Gwiazdowskiego.

Myśliwi

Powiedzieli nam, że zbrodnia jest czymś złym i nieludzkim, a później nauczyli nas zabijać.

* * *

Luna – otoczony fioletem neonów bar na rogu ulicy. Automatycznie rozsuwające się kraty, antywłamaniowe tafle w oknach. Naklejki firmy ochroniarskiej – KATANA sp. z o.o. – umieszczone w widocznych miejscach. Już dwukrotnie w pobliżu eksplodowały ładunki wybuchowe, lecz właściciel nie wniósł skargi. Policjanci spisali protokół, a ubezpieczenie pokryło koszty zakupu nowych neonów.
Właściciel lokalu jest bratem prezydenta Suwałk.
Zatrzymaliśmy się naszym audi na parkingu po drugiej stronie ulicy. Wysiedliśmy, rozprostowaliśmy kości wygładziliśmy granatowe garnitury, po czym, poprawiwszy okulary przeciwsłoneczne, weszliśmy do baru.
Mimo przedpołudniowej pory tylko jeden stolik był wolny. Przeważała młodzież, głodna nowych wrażeń i niebezpieczeństwa. Eksplozje uczyniły z Luny najatrakcyjniejszy obiekt w mieście. Warto pokazać się tam, gdzie coś się dzieje.
Myśleliśmy podobnie.
Zatrzymaliśmy się tuż za drzwiami, dając zgromadzonym wewnątrz czas na przyjrzenie się naszym eleganckim postaciom. Z takim wyglądem nietrudno zrobić odpowiednie wrażenie. Na to liczyliśmy.
Zapadła cisza, w którą wdarło się nerwowe brzęczenie muchy. Sam chwycił ją w palce i położył na ladzie. Barman głośno przełknął ślinę. Był postawnym mężczyzną po trzydziestce i widać było, że miewał już styczność z podobnymi do nas gośćmi, czyli z najgorszym.
– Nie wie pan, czy sezon łowiecki się już rozpoczął? – zapytał Abra.
Mężczyzna otworzył usta, lecz nie wyrzekł słowa.
– Jesteśmy myśliwymi – rzucił Abra. – Jeżeli to pana przekona, możemy pokazać nasze legitymacje. – Włożył dłoń pod marynarkę.
– Nie, nie – wykrztusił barman.
Wyczuliśmy drżenie w jego głosie. Cholera, nie ma to jak dobre wejście. I odpowiedni tekst na początek.
– Więc wie pan, czy nie?
– Niestety nie.
– Polujemy na jelenie – wyjaśnił grzecznie Sam. – Słyszeliśmy, że widziano je w tym rejonie.
– Nie przypominam sobie. Ale to możliwe. Las za płotem.
– A jednak… – uśmiechnęliśmy się z Samem, prawdziwie uszczęśliwieni.
– Jesteś mi winny piwo – przypomniałem Melowi.
– Ano – przytaknął z kwaśną miną.
– Na razie – rzuciliśmy barmanowi i wyszliśmy na zewnątrz.
– Cholerny świat – zaklął Mel, nieczęsto przegrywał zakłady. Cenił własne słowa i martwił się każdą porażką.
– Za godzinę jesteśmy umówieni – rzekł Abra. – Nie zamierzacie chyba stać tu do końca świata.
– Nie – przytaknęliśmy, wchodząc na jezdnię.
Wsiedliśmy do samochodu.
– Z kim się umówiłeś? – zagadnął Mel.
– Na imię ma Leila. Poznałem ją w War Zone. Jest kurewsko piękna, kurewsko inteligentna i równie bezwstydna. Gdybyście widzieli, jak tańczy, jak się porusza…
– Zakochałeś się?
– Leila jest niesamowita.
Wyjeżdżając z parkingu, odruchowo zerknęliśmy na bar. Z okien i drzwi wyglądały ku nam zaciekawione twarze. Czyjeś usta literowały numer rejestracyjny naszego wozu.
Sam docisnął pedał gazu. Z piskiem wszedł w zakręt i przyhamował, ratując się przed stłuczką. Włączyliśmy się do ruchu.
– Wcześnie się umówiła – zauważyłem.
– Bywa. Może pójdziemy do kina albo do parku. Jeszcze nie zdecydowałem. Co byście proponowali?
– Hotel – podrzucił Mel.
Sam skręcił na parking. Zdjęliśmy okulary i marynarki, szybko wysiedliśmy i, zmieniwszy rejestracje, wskoczyliśmy do zaparkowanego obok samochodu. Bel uśmiechnął się zza kierownicy.
Nie ma co, zgrana z nas paczka.

* * *

Powiedzieli nam, że gwałt rodzi gwałt, a dotknięte nim umysły wypaczają się bezpowrotnie. Potem uczynili z nas jego fizyczną postać.

* * *

Obudziłem się i popatrzyłem na zegar. Dochodziła dziesiąta. Włączyłem odbiornik i ze wzrokiem utkwionym w suficie wysłuchałem reklam. Siadłem, gdy zaczęły się wiadomości.
– Zaostrzenie konfliktu na Wschodzie… Delhi w ogniu… Rozporządzenia ONZ i NATO… Światowa wycinka lasów…
W końcu najważniejsze.
– Tablice z napisem „Sezon polowań rozpoczęty” pojawiły się dzisiejszego ranka i gdyby nie fakt, że zdobią słupy w pobliżu baru Zenona J., zwanego Jeleniem, zdarzenie to nie miałoby znaczenia. Świadkowie wiążą je z mającą miejsce przed dwoma dniami wizytą czterech charakterystycznie ubranych mężczyzn. Nie wiadomo czy byli to mafiosi. Policja zasłania się dobrem śledztwa i nie udziela żadnych informacji. Przypomnijmy, że przed lokalem Zenona J. już dwukrotnie eksplodowały ładunki wybuchowe. Na szczęście nikt nie został ranny…
Wstałem, opłukałem się i wyszorowałem zęby. Później zjadłem lekkie śniadanie i zaparzyłem herbatę.
Na którą byłem umówiony? Na dwunastą.
Siadłem na podłodze i zamknąłem oczy. Wróciłem myślami do czasów dzieciństwa. Wyobraziłem sobie Urszulę, najładniejszą koleżankę z podstawówki i rozebrałem ją wzrokiem. Profesor i uczniowie przyglądali mi się z lekkimi uśmiechami na twarzach. Czułem, że nie wierzą, że przeprowadzę praktyczny test z wychowania seksualnego. Rzeczywiście, pogubiłem się i nie zdałem.
Po dziś dzień nie wybaczyłem sobie tamtej słabości. Wiem, że to przez nią boję się ładnych kobiet.
Dlaczego nie mam żadnych miłych wspomnień?
Za pięć dwunasta wyszedłem przed blok. Uprzejmie uśmiechnąłem się do kilku podstarzałych sąsiadek, odkłoniłem się sąsiadowi. Życie w społeczeństwie wymaga wyrzeczeń, trzeba się dostosować.
Po dziesięciu minutach zjawił się Bel.
– Korki – mruknął, ruszając.
Po dwóch kwadransach byliśmy na miejscu. Sam, Mel i Abra czekali już w lancii.
– Nareszcie! – usłyszeliśmy zamiast powitania. – Wskakuj.
Przesiadłem się bez pośpiechu.
– Zdążymy – powiedziałem.
– Jasne – rzucił Sam. – Opowiadaj, Abra. Jak było?
Abra uśmiechnął się.
– Doskonale.
– I co? To wszystko?
– Tak. Było doskonale.
Domyśliłem się, że miał im opowiedzieć o wieczorze z Leilą. Jakoś trudno mi było uwierzyć, że jest cudowna i w ogóle. Przyznawałem jednak, że mogła być taką w oczach Abry.
– Przedstawisz ją? – zapytałem.
– Może.
Auto skręciło w boczną uliczkę.
– Przebieramy się – zarządził Sam.
Wyskoczyliśmy szybko i wyciągnęliśmy z bagażnika garnitury. Byliśmy gotowi w trzy minuty.
Kolejne dwadzieścia zajął nam dojazd.
– To ona – rzucił Mel.
Wyprzedziliśmy gówniarę i Sam zatrzymał wóz. Abra i ja wysiedliśmy.
– Przysłał nas twój ojciec. – Abra pokazał jej urzędową legitymację. – Masz pojechać z nami.
– Nie znam was.
– Nie musisz, panienko. To dla twego bezpieczeństwa.
– Zadzwonię do ojca – odparła, sięgając po komórkę.
– W porządku.
Mała Alicja była blondynką o pulchnej twarzy i małym nosku upodabniającym ją do świnki Piggy. W tym roku kończyła podstawówkę.
– Halo? – Milczenie i gniewne fuknięcie. – Nie odbiera.
– Zadzwonisz później z samochodu – zaproponowaliśmy. – Zgoda?
Przyglądała się nam chwilę.
– Tak. Całkiem możliwe, że jesteście sztywniakami. A jak nie… – nie kończąc, wgramoliła się na tylne siedzenie.
Wsiedliśmy za nią.
Po dziesięciu minutach milczenia małolata zaproponowała przejażdżkę po mieście w poszukiwaniu – jak to się wyraziła – rzeczy ulotnych i dziwnych. Ostrzegliśmy, że nie spodoba się to jej staremu, lecz byliśmy zadowoleni, że inicjatywa wyszła od niej. Smarkatej imponowało nasze towarzystwo. Również to, że może nam rozkazywać, choć nie byliśmy tymi, za których się podawaliśmy. Po godzinie jazdy wyśmiała nasze legitymacje. A po kolejnych dwóch godzinach zapytała, czy może zadzwonić do domu.
– Dzwoń – odparliśmy.
Nie kryła zdziwienia.
– Mogę?
– Oczywiście. Rodzice powinni wiedzieć, gdzie jesteś.
– Nie boicie się, że powiem o was?
– Nie. Dzwoń.
Wystukała numer i przed dobrych pięć minut trajkotała jak najęta. W końcu Mel nie wytrzymał i, zabrawszy jej telefon, rzucił krótko:
– Mamy ją.
Po czym przerwał połączenie.
Milczała przez dłuższą chwilę.
– Co chcecie ze mną zrobić? – zapytała drżącym głosem.
– Nic – odparł Abra. – Jesteś przecież córką prezydenta.
Nagle wybuchła płaczem.
Pomyślałem, że nie chciałbym mieć takiego dziecka i to chyba dobrze, że trochę boję się kobiet.
Kilka minut po dziewiętnastej odstawiliśmy ją pod pałac. Nie wiedziała, co się dzieje i nie chciała wysiąść, musiałem wyrzucić ją na siłę. Odjechaliśmy z piskiem opon.
– Jest trochę podobna do Leili – zauważył sentymentalnie Abra i pomyślałem, że nikt nie zna dnia ani godziny.
– Z puszystą możesz wszystko – zaśmiał się Mel, powtarzając slogan z reklamy mąki.
– Życie, myśliwi – szepnął Sam.

* * *

Powiedzieli, że Bóg jest tylko jeden i pokazali nam tysiące jego postaci.

* * *

Codzienność to pobudka, śniadanie i wymarsz na bagna. Nurzanie się w błocie i potyczki, po których wielu krwawi. Bieg do utraty tchu, nago, z ostrym jak brzytwa nożem przymocowanym do łydki. Zabawa w łowców i zwierzynę – uciekasz, wypluwając płuca. Twoje zaangażowanie zostanie ocenione i znajdzie się w karcie osobowej – oddanie ojczyźnie jest ważniejsze niż twe marne życie.
Codzienność to zmęczenie i głód, wściekłość mgłą zasnuwająca oczy, szaleństwo i koszmary snów na jawie. Zastrzyki, na które nie reagujesz. Wykonujesz polecenia i zatracasz się w dokładnym wypełnianiu obowiązków. Czekasz na koniec tygodnia – co sobotę jest kąpiel i zmiana bielizny. W co drugą nadzorcy przyprowadzają kobietę. Gdy ją gwałcisz, wiesz, że mogłeś trafić gorzej.
Oto codzienność, którą kochasz. I której nienawidzisz.
A wszystko po to, by żadne wywrotowe siły nie przejęły władzy w kraju. By wróg nie podniósł zakonspirowanych głów. By ojczyzna była silna i niezachwianie opierała się obcym mocarstwom.
I żeby pamięć o nim, o świętym Antonim, który stworzył jednostki takie jak nasza, nie umarła.
Byliśmy dobrymi pasterzami, którzy oddzielali czarne owce od stad. Wyrywali chwasty spośród zdrowych łanów zbóż. Nie pozwalaliśmy, by ferment rozlazł się na nieskażone umysły.
Wspomnienie dzieciństwa wbija się cierniem w umysł, pobudza złość. I przynosi opamiętanie. Bo nie jesteś już ofiarą, zwierzyną.
Jesteś myśliwym.

* * *

Obudziłem się i popatrzyłem na zegar. Dochodziła dziewiąta. Wstałem, opłukałem się, wyszorowałem zęby. Później zjadłem lekkie śniadanie i zaparzyłem herbatę. Pomyślałem o Urszuli, ale nie podjąłem kolejnej próby zmiany przeszłości. Ostatni raz widziałem ją ponad dziesięć lat temu, musiała już żyć własnym życiem. Kto wie, może nawet założyła rodzinę?
O dziesiątej włączyłem telewizor.
Słowa popłynęły z głośników.
– Zaginiona córka prezydenta, Alicja, wieczorem szczęśliwie wróciła do domu. Nie wiadomo jeszcze kto i dlaczego uprowadził dziewczynkę i czy była to próba porwania. Z relacji świadków wynika, że Alicja została zabrana sprzed szkoły przez kilku mężczyzn wyglądających na urzędników państwowych. Dowiedzieliśmy się jednak, że nie byli to przedstawiciele pałacu prezydenckiego. Specjalna komisja rozpoczęła śledztwo w tej sprawie.
Wiedziałem, że dochodzenie utknie w martwym punkcie.
Na którą byłem umówiony? Na dziewiętnastą.
O piętnastej ktoś zadzwonił do drzwi. Wyjrzałem przez wizjer i odryglowałem zamki.
– Dzień dobry, sąsiedzie. – Kobieta w średnim wieku, dobrze zakonserwowana, uśmiechnęła się rzędem białych zębów.
– Dzień dobry – odparłem grzecznie. – W czym mogę pomóc?
– Moje nazwisko Lipska, mieszkamy nad panem.
– Wiem.
– No właśnie. Taka głupia sprawa. Pan mieszka tu sam, więc pomyśleliśmy z mężem i córką, że może mógłby wpaść pan do nas na kolację. Taką skromną, rodzinną.
– Dzisiaj nie mogę.
– To może jutro? Będzie nam bardzo miło.
– Jeżeli tylko będę mógł, to bardzo chętnie.
– Doskonale. To jesteśmy umówieni? Nie przeszkadzam. Do jutra, panie Wiesławie.
– Do widzenia.
Zamknąłem i zaryglowałem drzwi.
Lipscy – rodzina o robotniczej przeszłości. On na rencie inwalidzkiej, dorabia jako parkingowy cieć. Ona niepracująca, dawniej zatrudniona w sklepie mięsnym. Córka Anna – dwudziestotrzyletnia panna, fryzjerka w salonie urody Wioletta, przeciętnej urody. W sam raz dla takiego kawalera jak ja. Tylko że nie byłem nią zainteresowany.
Oglądając telewizję, doczekałem umówionego terminu i zszedłem pod blok. Tym razem Sam zjawił się punktualnie.
– Jak minął dzień? – zapytał.
– Tak samo.
– To tak jak u mnie. Ciekawe, jak Abra?
W dwa kwadranse później zabraliśmy jego i Mela, a po kolejnych dwóch byliśmy na miejscu. Jakieś dwie, trzy godziny przed czasem, lecz zgodnie z zaleceniami. By zabić czas, mówiliśmy o niczym.
O dziewiątej zadzwonił telefon.
– Jedzie – rzucił Sam.
Zaczekaliśmy jeszcze dwadzieścia minut i ja z Abrą wysiedliśmy. Było ciemno, dość chłodno i wietrznie; mknące niebem chmury co chwilę przesłaniały księżyc.
Samochód pojawił się zgodnie z planem, kiwnęliśmy Melowi i zaczęliśmy iść chodnikiem. Na szczęście, pora była dość późna, więc nikt nie włóczył się po blokowiskach.
Wszystko trwało może minutę. Mel podszedł do mężczyzny wysiadającego z auta i po chwili ujrzeliśmy, jak tamten upada. Mel oddalił się błyskawicznie. My również.
Noc była cicha.

* * *

Powiedzieli, że zbrodnia zawsze zostanie osądzona i ukarana. Być może kiedyś.

* * *

Któregoś dnia przybył człowiek, którego nazywaliśmy Bogiem. Padliśmy na twarze i zaczęliśmy się modlić, nie chcąc go rozgniewać.
Wyglądał groźnie i wydawał się ucieleśnieniem zła. Jego oczy ciskały błyskawice, a twarz emanowała zimnem. Trzęśliśmy się ze strachu, słuchając tego, co miał do powiedzenia.
A mówił o posłuszeństwie i nagrodzie za karność, wyniesieniu ponad prawo i życie, dorównaniu ideałom.
– Najlepsi z was posiądą nieśmiertelność! – krzyczał. Poprzez cierpienia wasze i krew staniecie się równi bogom!
Nie rozumieliśmy wówczas, co chciał przez to powiedzieć. Jednak te słowa na zawsze wryły się nam w pamięć.

* * *

Obudziłem się i spojrzałem na zegar. Dochodziła dziesiąta. Włączyłem telewizor i z zamkniętymi oczami wysłuchałem reklam. Pomyślałem o Urszuli i nagle znów usłyszałem jej krzyk. Siadłem gwałtownie, tak jak wtedy, gdy przerwała mi sen – nie zasnąłem już wówczas, a rankiem dowiedziałem się, że od tego wrzasku w gabinecie profesora popękały szyby, a on sam, ugodzony w szyję odłamkiem szkła, wykrwawił się na śmierć.
– Wczoraj w nocy, około godziny dwudziestej drugiej, z rąk nieznanego sprawcy zginął komendant główny policji, Paweł Słucki. Policja prosi o pomoc świadków zdarzenia…
Pomyślałem, że na kolacji u Lipskich zabójstwo będzie tematem numer jeden i będę musiał się wykazać inwencją. Nic nie robi takiego wrażenia jak błyskotliwa bajeczka o niczym. Bo Słucki wiedział o naszym istnieniu, tylko pewnie przez głowę mu nie przeszło, że tak skończy. A przecież wielokrotnie wykonywaliśmy wyroki.
Metoda z tak zwaną mafią kontrolowaną sprawdziła się w obu Amerykach i Azji, dlaczego miałaby zawieść u nas? Odpowiedzialność zawsze można na kogoś zrzucić.
A my? Cóż, byliśmy niezawodni. Implanty dbały o naszą dyscyplinę. Zastrzyki uzależniały. Wiedza i możliwości… dawały do myślenia.
Zresztą staliśmy ponad prawem i oprócz wolności mieliśmy wszystko. Nawet nieśmiertelność.
Uśmiechnąłem się do lustra i siadłem na podłodze. Zamknąłem oczy, a implant odizolował mnie od rzeczywistości.
O osiemnastej poszedłem do Lipskich. Gospodyni przywitała mnie swoim uśmiechem, gospodarz energicznym potrząśnięciem dłoni, córka nieśmiałością odrobinę niepoważną w jej wieku.
Po krótkiej rozmowie zaprosili mnie do stołu. Jedliśmy, rozmawiając o zabójstwie i przestępczości. Po kolacji Lipski zaproponował wódkę. Zgodziłem się na jeden kieliszek, lecz stanowczo odmówiłem kolejnych, co spotkało się z nieskrywaną aprobatą całej rodziny. Nawet milcząca Anna nabrała odwagi.
– Chciałbym zapytać, panie Wiesławie, czy nie uzna pan tego za nietakt, jeżeli włączę telewizor? – zapytał Lipski po toaście.
– Oczywiście, że nie – odparłem, ciekaw wiadomości.
Tematem dnia było oczywiście zabójstwo, coś innego jednak przykuło uwagę moją i gospodarzy.
– Plac Zbawiciela stał się areną niecodziennego zjawiska – sączył się z głośników monotonny głos spikera. – Około godziny czternastej pojawiła się tam kobieta, która ogłosiła się nową zbawicielką ludzkości. Tłum przez pięć godzin blokował ulice, a interwencja policji spotkała się z jego gwałtowną reakcją. Kilku funkcjonariuszy odniosło niegroźne obrażenia. Nie wiadomo, kim jest kobieta-mesjasz. Hipnotyzerką, iluzjonistką czy może zbiegłą z zakładu chorą psychicznie? Poproszony o wypowiedź rzecznik Episkopatu odmówił komentarza. Anonimowy duchowny wyraził jednak przypuszczenie, że być może, w świetle pogarszającej się moralności społeczeństwa, nadszedł już czas ponownego przyjścia Mesjasza…
– Powariowali – stwierdziła pani Lipska.
Milczałem.

* * *

Powiedzieli, że życie ludzkie nie jest nic warte, a później obdarowali nas nieśmiertelnością.

* * *

Obudziłem się, usiadłem i przez chwilę gapiłem bezmyślnie, starając się przypomnieć sobie, gdzie jestem. Po dobrej minucie rozpoznałem swój pokój. Wstałem i podszedłem do lustra. Ostrożnie dotknąłem gojących się ran.
Zarobiłem je wczoraj, gdy ochroniarz z Luny wygarnął do nas ze scorpiona. Uderzył, gdy odjeżdżaliśmy. Wypstrykał cały magazynek i myślał, że już koniec. Wtedy Mel odczepił nóż od łydki i – choć dostał sześć kul – podszedł do palanta i wbił mu ostrze w serce.
– Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie – zaśmiał się, wsiadł do auta i stracił przytomność.
Nim dojechaliśmy do Bela, Mel skonał. Będzie nam go brakowało.
Przeciągnąłem się ostrożnie. Trochę bolało, nie był to jednak nieprzyjemny ból. Zrobione przez Bela zastrzyki niemal całkowicie go uśmierzyły. Niestety, zmiany, których bogowie dokonali w dzieciństwie w naszych organizmach, nie zawsze były skuteczne. Jednak dawały złudzenie wieczności.

* * *

Pięć dni później zadzwonił Bel. Zapytał, czy słyszałem o zbawczyni ludzkości i przefaksował instrukcje. Zapoznałem się z nimi i wróciłem do snu.
Ocknąłem się następnego dnia przed dziewiątą. Opłukałem się, wyszorowałem zęby i zjadłem małe co nieco. Za pięć dziesiąta zszedłem pod blok. Sam zjawił się punktualnie.
Po godzinie dotarliśmy na miejsce.
– Cholera – krótko skwitował sytuację Abra. – Coś w tym musi być.
Tłum ciągnął się jak okiem sięgnąć, samochody blokowały ulice i parkingi. Skręciliśmy w boczną uliczkę i zaparkowaliśmy po jakichś trzystu metrach.
Wysiedliśmy, a Sam wyciągnął z bagażnika dwa nesesery. Blok znaleźliśmy po półgodzinie. Windą dojechaliśmy na siódme piętro. Drzwi były już otwarte.
– Za dziesięć dwunasta – mruknął Abra.
Rozłożyliśmy sprzęt i usadowiliśmy się w oknach.
– Pogłupieli ci ludzie – rzucił Sam.
– Dzięki tej głupocie jesteśmy tutaj – uświadomiłem mu, przykładając lunetę do oka.
Rzeczywiście było w tym coś dziwnego. Z każdą chwilą tłum gęstniał, a wszyscy zachowywali się jak w transie. Pierwszy raz widziałem coś podobnego.
– Lud pragnie nowych bogów – zauważył Abra. – I pewnie zmian. Od tysiącleci Bogiem jest mężczyzna, może gdyby zastąpiła go kobieta, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Spojrzeliśmy na niego jak na wariata.
– Chciałbyś oddać władzę w ręce kobiet?
– Lubię dominy – uciął krótko.
No tak, Leila musiała być naprawdę niesamowita.
Przyłożyłem oko do lunety i przesunąłem ją nad ciżbą. Mogła już liczyć nawet i dwieście tysięcy głów, a wciąż przybywały nowe.
– Jest – szepnął Sam.
Odnalazłem Zbawczynię i zatrzymałem na niej wzrok. Na głowie nosiła kask z przyciemnioną szybą od czoła po brodę zasłaniającą twarz, z ramion spływała jej biała peleryna. Mogła mieć ponad metr siedemdziesiąt wzrostu i stanowiła dobry cel.
– Jest chyba cyklistką – stwierdził Abra i dodał. – Na trzy.
– Na trzy – potwierdziliśmy.
Zbawczyni uniosła ręce i nagle… usłyszeliśmy jej głos.
– Miałam trzynaście lat, gdy mój nauczyciel zaprosił mnie do swego gabinetu i tam zgwałcił. Zabiłam go!
– Cholera! – zaklął Sam.
Wpatrywaliśmy się w nią z palcami na spustach.
– Kara nigdy nie równa się winie – mówiła Zbawczyni. – Gwałt gwałtowi nierówny! Są nas miliardy i każdy ma własne ja, każdy ma swego Boga! My umrzemy, ów Bóg zaś pozostanie!
– Raz – mruknął Abra.
– Nie jestem Bogiem! Nie jestem nawet jego córką czy synem. Przyjrzyjcie się mi i odpowiedzcie sobie sami, kim jestem. Albowiem dla każdej i dla każdego z was jestem kimś innym!
– Cholera – mruknął Sam.
– Dwa! – rzucił Abra.
Oblizałem wargi.
– Dlaczego więc chcecie mnie zabić?!
– Trzy…
Zbawczynią rzuciło w tył. Odskoczyliśmy od okien i zaczęliśmy rozkładać broń. Pomyślałem, że głupota ludu nie ma granic.
– Zaczekajcie! – ton głosu Sama zmusił nas, byśmy wyjrzeli przez okno.
– Ona nie… – zaczął Abra, lecz nie skończył.
Stała twarzą zwróconą ku nam, z oskarżycielsko wyciągniętą ręką.
– Kamizelka – szepnąłem, lecz nie było w tym przekonania.
Patrzyłem, nie mogąc oderwać wzroku.
– Dlaczego chcecie mnie zabić? – jej niesamowity głos zawibrował gdzieś wewnątrz mego mózgu. – Cóż wam uczyniłam? Czy nie widzicie? Czy nie słyszycie? Czy nie czujecie? – Urwała tylko na chwilę. – Chodź do mnie. Czekam!
Zostawiliśmy broń i zjechaliśmy na dół, a później przeszliśmy aleją utworzoną przez tłum i stanęliśmy przed Zbawczynią. Czułem jej zapach i majestat, dziwny spokój, być może radość, że mogłem być tak blisko.
– Witam was, bracia moi – powiedziała i ukazała nam swą twarz.
– Urszula? – szepnąłem.
– Tak, to ja – odparła. – A kim ty jesteś?
– Tym, który nie zdał testu.
Jej twarz rozświetlił uśmiech.
– Pamiętam. Przyłączysz się do nas?
– Implant – przypomniałem jej.
– I zastrzyki – dodała. – Spójrzcie na mnie. Jestem wolna. Mam władzę, której nikt i nic nie może się przeciwstawić. Z każdym dniem staję się silniejsza.
– Chcieliśmy cię zabić.
– Lecz żyję, prawda? I wy wciąż żyjecie.
Rzeczywiście, implanty powinny się już uaktywnić. Popatrzyłem na Sama i Abrę.
– Jeżeli zechcesz, będziemy żyć wiecznie – powiedziała Zbawczyni i nagle poczułem, że jeżeli zechcę, stanie się tak w istocie.

* * *

Dziś już nie jestem myśliwym. Dziś jestem łowcą ludzkich serc. I wiem, że uczyniłem dobrze, albowiem ta z postaci Boga, której służę, jest tą najpiękniejszą.

Pin It on Pinterest

Shares
Share This

Pozostań z nami w kontakcie!

Nie zaśmiecimy Twojej skrzynki pocztowej.
Otrzymasz od nas informacje o promocjach i nowościach!

You have Successfully Subscribed!