Okup Krwi - Marcin Jamiołkowski © Alicja Sularz

 Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl

%

Średnia ocena % ze wszystkich recenzji

Darmowy fragment!

Okup Krwi – Marcin Jamiołkowski

Herbert wiedzie spokojne życie w jednej z podwarszawskich miejscowości, gdzie nikt nie zna jego mrocznej przeszłości. Nawet przed ukochaną kobietą skrzętnie skrywa kim jest naprawdę. Bycie skromnym krawcem z Podkowy Leśnej jest spełnieniem jego marzeń.

Przeszłość jednak nie pozwala o sobie zapomnieć. Melania zostaje uprowadzona i jej życie zależy tylko od tego czy Herbert zdąży na czas dostarczyć tajemniczą przesyłkę do Warszawy – miasta, od dawna pozbawionego magii, w którym moce Herberta nie działają.

Pokonanie 30 kilometrów w kilka godzin nie wydaje się być wielkim wyzwaniem. Staje się nim jednak, kiedy jego tropem ruszają: magowie, wysłannicy tajemniczego Bractwa Miast, wyznawcy Bazyliszka, najemnicy i policja. Przeszkody piętrzą się na każdym kroku i tylko poznani przypadkowo sojusznicy oraz niespodziewanie budząca się do życia magia stolicy dają szanse na ocalenie ukochanej.

Czasu jest coraz mniej.

Warszawa nie miała do tej pory swojego maga. Teraz już ma! Nazywa się Herbert Kruk.

Autor: Marcin Jamiołkowski
Tytuł: Okup Krwi
Seria: Herbert Kruk, tom I

Rok I wydania: 2014
Format: 12.5×19.5 cm
Liczba stron: 210
Oprawa miękka: ISBN 978-83-7995-010-2
eFormat: ePub/mobi
ePub: ISBN 978-83-7995-011-9
mobi: ISBN: 978-83-7995-012-6
audiobook: ISBN: 978-83-7995-072-0

Ceny sugerowane:
Oprawa miękka: 29,99 zł
ePub: 24,99 zł
mobi: 24,99 zł
audiobook: 24,99 zł

Marcin JamiołkowskiMarcin Jamiołkowski

Uzależniony od programowania kofeinista, wychowany przez Atari 65 XE i wykarmiony przez magnetofon kasetowy, twierdzi, że pamięta czasy, kiedy gry komputerowe były nadawane przez radio. Autor serii książek o warszawskim magu – Herbercie Kruku, awanturniczej space-opery pt. Keller oraz kilkunastu opowiadań i drabbli rozsianych po sieci i zbieranych do zbioru opowiadań o nazwie Migawki. Uważa, że drabble mają specyficzny rytm, a on poszukuje najlepszego. Kiedy nie pisze programów i gier na smartfony, pisze książki i więzi je w szufladach. Pierwszą książką SF, którą przeczytał był Bal na pięciu księżycach Bohdana Peteckiego. Od tej pory ukochał nie tylko fantastykę, ale i bal – sam nie wie, które woli bardziej.

Najtaniej kupisz w:

Najtaniej kupisz w:

Księgarnia MadBooks.pl
 logoVirtualo
Publio_logo

PRZEŻYJ NIESAMOWITĄ PRZYGODĘ!

Okup krwi to udany debiut, który ze względu na swoje niewielkie rozmiary oferuje czytelnikowi jedynie przedsmak umiejętności autora. Widać, iż Jamiołkowski ma wiele pomysłów na rozwój swojego magicznego świata, a pewne zastosowane przez niego zabiegi fabularne pozwalają mieć nadzieję na jeszcze lepszą od recenzowanego tomu kontynuację. W tym przypadku naprawdę warto poświęcić te kilka godzin na lekturę, gdyż w żadnym wypadku nie będzie to czas zmarnowany.

Aleksandra yukiyuki Cyndler

recenzent, Polter

Przeczytałem wiele debiutów i Okup krwi wpisuje się do grupy tych pozytywnych. Nie frustruje, nie przyczynia się do zachowań autodestrukcyjnych i stanowi przyjemną lekturę wyróżniającą się miejscem akcji – Warszawą. Mimo że nie jest to idealna powieść z gatunku urban fantasy i zdarzają się pewne uchybienia, to spokojnie można po nią sięgnąć bez obawy o zmarnowanie czasu.

Krzysztof krzyslewy Lewandowski

recenzent, GameExe

Warto także słów kilka poświęcić samej magii, która została ukazana tutaj w bardzo mądry i zaskakujący sposób. Otóż mamy tu do czynienia z czymś na wzór magii technicznej, użytkowej, pomysłowej, innym słowy coś na wzór “magicznego MacGyvera”. Herbert potrafi wyczarować coś z niczego, dosłownie. Podobnie bardzo podobało mi się odwołanie do znanych baśni i podań o Warszawie, których to “magiczne” właściwości odnajdziemy także i w tej współczesnej Warszawie, prezentowanej w niniejszej książce. To już nie tylko kwestia pomysłowości i wyobraźni autora, ale także inteligentnego spojrzenia na to, co oferuje nam polska tradycja baśniowa, a z czego tak rzadko polscy autorzy korzystają. Jestem naprawdę pod bardzo wielkim wrażeniem tej książki i osoby jej autora.

Sztukater

Okup krwi naprawdę dobrze się czyta. Jest sprawnie napisany, akcja wartka, świat skonstruowany precyzyjnie, a główny bohater wyrazisty. Marcin Jamiołkowski gra stereotypami, ale tylko tyle, by czytelnik mógł łatwo wejść w świat. To jest bardzo dobre urban fantasy, a jakby Autor jeszcze popracował nad bohaterami… w każdym razie, jeśli szukacie emocjonującej lektury, to powinniście poczytać.

Ćma książkowa

bloger

Jestem Okupem Krwi bardzo pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się raczej średniej jakości czytadła, pełnego debiutanckich błędów, tymczasem dostałem dobrze napisaną, pełną akcji powieść, w której nie brakuje oryginalnych pomysłów. Z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy cyklu, mam też nadzieję, że Marcin Jamiołkowski będzie się z książki na książkę rozwijał.

el Browarre

bloger, Funtastyka

Łatwo z powyższego wywnioskować, że czasu spędzonego przy lekturze Okupu krwi absolutnie nie żałuję. Przeciwnie, znakomicie się bawiłam. I jestem bardzo zadowolona, że opowieść o naszym własnym rodzimym magu ujrzała światło dzienne, bo z powodzeniem może konkurować z innymi cyklami o miejskich czarodziejach. Autor zawiesił sam sobie poprzeczkę dość wysoko i narobił mi apetytu na kolejne tomy. A przecież to debiut!

Beata Kajtanowska

recenzent, Katedra

Zdecydowanie na pochwałę zasługuje kreacja świata stworzonego przez autora. Wzbogacenie znanej nam rzeczywistości o magię nie jest czymś niespotykanym, jednak Marcin Jamiołkowski wpadł na nowatorski sposób wprowadzenia tego elementu. Sposób, w jaki główny bohater rzuca czary, jest przemyślany i naprawdę zaskakujący – nie będę zdradzał konkretów, bo tak naprawdę warto tę książkę przeczytać tylko i wyłącznie dla tej jednej rzeczy. By Was nieco zachęcić do lektury powiem tylko tyle, że popielniczka może być świetną pułapką na karła, a parkometr może pomóc człowiekowi w ucieczce.

Sylwek

bloger, Czworgiem Oczu

To zdecydowanie czarodziej na miarę naszych czasów, taki, który mógłby mieszkać obok nas w bloku i wyglądać jak przeciętny sąsiad. Żadnych lochów czy piwnic z wiszącymi pod sufitem wypchanymi zwierzakami. Żadnego brudu i pajęczyn. I chyba to jest w nim tak pociągające, że pomimo wszystkich swoich niezwykłych talentów nadal pozostaje jednym z nas. A inteligencja i humor tylko dodają mu uroku.

Justyna Fiedorowicz

bloger, Zapach książek

A JEŚLI WOLISZ EBOOKI OD KSIĄŻEK...

Fragment powieści

Okup krwi Dzwonki zabrzęczały cicho, gdy do pracowni wszedł klient, i po chwili ponownie, gdy zamknął za sobą drzwi. Oderwałem wzrok od leżącego przede mną materiału i wbiłem igłę w leżący obok igielnik. Gdy uniosłem głowę, coś strzeliło mi w karku i odruchowo pomasowałem bolące miejsce. W wejściu stał mężczyzna, rozglądając się niepewnie. Zamrugał kilkakrotnie, przyzwyczajając wzrok do panującego w pracowni półmroku, i obrócił się w moją stronę. Przemknęła mi przez głowę myśl, że powinienem bardziej dbać o oświetlenie w pracy, bo inaczej skończę w okularach, tak jak mój gość. Ale kiedy mężczyzna ruszył w moją stronę i wszedł w strumień światła padającego z lufcika pod sufitem, zrozumiałem swoją pomyłkę. To nie były okulary tylko monokl. Obrazu dopełniały szyty na miarę, trzyczęściowy garnitur, melonik i muszka pod szyją. Oraz sumiasty wąs. Podpierał się czarną, smukłą laseczką o zdobionej główce. Krótko mówiąc – osobnik starej daty. – Witam. – Wyprostowałem się na krześle. – Czym mogę służyć? Przybyły obrzucił wzrokiem stojący po drugiej stronie stołu taboret – chyba upewniając się, czy jest czysty – po czym rozpiął marynarkę i usiadł. Zdjął kapelusz i powiesił go na kole pasowym mojej zabytkowej maszyny do szycia, a potem oparł o nią laseczkę. Zrobiło mi się głupio, że do tej pory nie zainwestowałem w wygodne krzesło dla klientów ani w wieszak. Z drugiej strony – rzadko miewałem klientów. Mężczyzna odchrząknął dwukrotnie. – Nazywam się Gerhard Schrödinger – zaczął, a widząc moje uniesione brwi dodał – tak, tak, wiem: kot, pudełko, nieoznaczoność i cała reszta. Machnął ręką. – W istocie powinienem był powiedzieć raczej, że tym nazwiskiem się posługuję, dostrzega pan różnicę, prawda? Przydomki i przezwiska to cecha bardzo pospolita w tej… – Zawahał się, potarł brodę i dokończył – w naszej branży. – Też jest pan krawcem? – zdziwiłem się grzecznie. Mężczyzna skrzywił się, jakby ugryzł śrut. – Niech pan nie żartuje. Ja rozumiem, te wszystkie tajemnice, maski i pozory, ale nie mam za dużo czasu i muszę się streszczać. Przebiegł uważnym spojrzeniem cały mój warsztat – skóry, wykroje, nici, nożyce – i zatrzymał się na swoim meloniku. – Choć krawiec z pana zapewne znakomity – ciągnął – to ma pan inny, ważniejszy dla mnie talent. – Tu pokazał na stojące za moimi plecami regały z książkami. Bynajmniej nie były to romanse. Wahałem się przez chwilę, czy kontynuować tę grę w postaci „krawiec-bibliotekarz”, ale Gerhard spojrzał na mnie z politowaniem, jakby odczytał tę myśl, i zrezygnowałem z westchnieniem. Zanim jednak się odezwałem, strzeliły czalarmy. Zawsze miałem problem z określeniem warunków brzegowych więc albo odpalały za późno, albo za wcześnie. Aby wyregulować je dokładnie, trzeba uwzględnić słowa kluczowe padające podczas rozmowy, określić nastrój osób w pobliżu, ich zachowanie. Tym razem najsilniejsze z nich walnęły prosto w mojego gościa. Przestraszyłem się – najsilniejsze mogły Gerharda spalić na popiół. Wyobraziłem sobie przez moment zwęglone zwłoki i siebie wrzucającego do rzeki dywan obciążony kamieniami. Chwilę później strach zmienił się w przerażenie. Mój gość oglądał sobie paznokcie, jakby nic się nie stało. Nic. Moje najsilniejsze czalarmy. Jakby… nic. Opanowałem się. Udało mi się nawet przybrać zbolały wyraz twarzy. – Przepraszam za ten incydent, panie Gerhardzie. – O dziwo głos mi nawet nie drżał. – Nie wszystko zawsze działa tak, jak się tego sobie życzy. Schrödinger kiwnął głową, jakby zgadzając się ze mną, ale odniosłem wrażenie, że to tylko grzeczność i że jemu takie przypadki się nie zdarzają. – Ponieważ tak jak już wspomniałem, spieszy mi się, będę mówił krótko. Reprezentuję pewną osobę, która pragnie przeprowadzić w Warszawie rodzaj konferencji. Spotkania… wiecu, no rozumie pan. – Rozumiałem oczywiście, choć sabat byłby pewnie najwłaściwszym określeniem. Kiwnąłem głową. Gerhard uśmiechnął się i podkręcił wąsa. Ileż czasu musiał spędzać na jego pielęgnacji? Przypomniał mi się portret cesarza Franciszka Józefa. – Otóż aby spełnić warunki dostateczne do zainicjowania takiego spotkania – mówił dalej mój gość – niezbędne jest dostarczenie na jego miejsce pewnego artefaktu. Wszyscy lubimy te górnolotne zwroty, prawda? Artefakt – przez chwilę wręcz smakował słowo. – Chciałbym, aby pan dostarczył go we wskazane miejsce o zadanym czasie. Naturalnie za wynagrodzeniem, które – jestem przekonany – przypadnie panu do gustu. Schrödinger urwał, wyraźnie oczekując na moją reakcję. Cholera. – Wysłanie przesyłki kurierem nie wchodzi w grę? – zapytałem bez przekonania. Nie raczył mi nawet odpowiedzieć, zabębnił tylko krótko palcami po stole. We wzroku czaiło się znudzenie. Czyli nie. Zamyśliłem się na chwilę i westchnąłem. – Panie Gerhardzie – zacząłem – Jesteście potężni, zapewne też bogaci, wszystko wskazuje na to, że podjęcie się tego zadania będzie dla mnie korzystne. Ale szczerze mówiąc, coś podpowiada mi, żeby trzymać się od tej roboty z daleka, a ja zwykle ufam swojemu instynktowi. Nie jestem też chłopcem na posyłki i dlatego z przykrością muszę odmówić. Wyglądało, że moje słowa sprawiły mężczyźnie wyraźną przyjemność, jakby wręcz liczył na taki obrót rzeczy. Uśmiechnął się promiennie, a ciemne oczy zabłysły. – Nie zapytał pan jeszcze o wynagrodzenie – powiedział. – Nie jestem zainteresowany – powiedziałem twardo. – Nie ma nic takiego, co mógłby mi pan zaoferować albo co ja chciałbym od pana przyjąć. – Ależ jest, jest! – Schrödinger aż zaklaskał. – Oferuję oddać panu to, co pan zgubił. Spojrzałem uważnie na mojego gościa. Był ucieszony jak dziecko, biła z niego radość siedmiolatka, który właśnie dowiedział się, że młodsze dzieci są słabsze i można im dokuczać i zabierać bezkarnie zabawki. Kącik ust drgnął mu nerwowo, jakby powstrzymywał wybuch śmiechu, a w spojrzeniu zapaliło się coś złowieszczego. Podniósł się nagle i pochylił w moją stronę. Opanowałem odruch, który nakazywał mi się cofnąć, zacisnąłem tylko nerwowo zęby. Owionął mnie zapach tytoniu i wody po goleniu. Mężczyzna położył coś na blacie, tuż przede mną. Nie widziałem co, bo nie spuszczałem wzroku z jego twarzy, póki nie usiadł z powrotem na taborecie. – Czy brak kary uzna pan za wystarczającą nagrodę? – zapytał. Jego głos chrzęścił jak deptane szkło. Opuściłem wzrok i zobaczyłem czarne, niewielkie pudełko. Coś we mnie zwinęło się w kłębek i miauknęło przeraźliwie. Bałem się tego, co zobaczę w środku. *** – Kim ty właściwie jesteś? – spytała Melania, przypalając papierosa. Usiadła na skraju łóżka i przyciągnęła do siebie popielniczkę. Ciemne włosy rozsypały się na ramionach, kiedy uniosła głowę i zaciągnęła się głęboko. – Czarodziejem, oczywiście – odpowiedziałem i pocałowałem apetyczne biodro, które znalazło się akurat w moim zasięgu. Zaśmiała się. Uwielbiam, gdy się śmieje. Jej głos zmienia się wtedy i słychać w nim niskie, ochrypłe dźwięki. – O tak, jesteś – zamruczała i pocałowała mnie. Poczułem dym vogue’ów. – Ale ja naprawdę pytam. Czym się zajmujesz? Opadłem z powrotem na poduszki. Czym się zajmuję?? Dobre pytanie. Nie jest to łatwo wyjaśnić. Zdecydowałem się więc na unik: – Jestem wziętym krawcem – odpowiedziałem. – Biorę różne zlecenia… – To unik – Melania znowu się roześmiała. – Nie chcesz, to nie mów. Wydęła usta w podkówkę, udając, że się obraziła, a jednak wyczułem, że naprawdę poruszyła ją moja niechęć do zwierzeń. Przyciągnąłem dziewczynę do siebie. Śmiejąc się, zgasiła papierosa. Spojrzałem jej prosto w oczy: dzisiaj były piwne, nakrapiane zielonymi i brązowymi plamkami. Przyznała się kiedyś, że jest uzależniona od kolorowych szkieł kontaktowych i od kawy. I książek. I papierosów. Żaden z tych nałogów jakoś mnie nie odstraszył. Ależ ja ją uwielbiałem! Zastanawiałem się, czy to możliwe, że się zakochałem? Tak na zabój. Czy powinienem coś z tym zrobić? Jakieś oświadczyny, legalizacja, stabilizacja i inna dowolna –acja? Wtuliłem twarz w jej pachnące miętą włosy. *** Poznałem ją sześć miesięcy temu na wyścigach konnych, na Służewcu. To był jeden z cieplejszych weekendów października, sezon miał się już ku końcowi. Stała z grupą znajomych przy padoku, oglądając prezentację koni. Wzrok przyciągał jej kapelusz: olbrzymi, ciemnofioletowy z szeroką białą wstążką związaną z przodu w kokardę. Pomyślałem, że takie nakrycie głowy prezentowałoby się godnie w samym Ascot. Jej sukienka, również wpadająca w odcień fioletu, kończyła się w połowie uda, odsłaniając smukłe, długie nogi. Zbliżyłem się trochę i z zaskoczeniem stwierdziłem, że dziewczyna jest wyższa ode mnie o dobre pół głowy. Odkrycie, że zawdzięcza to botkom na wysokim koturnie przyjąłem z ulgą – lubię niższe kobiety. Słyszałem, jak ją zagadują stojący obok dwaj mężczyźni i kobieta – zapewne przyjaciele. Zatrzymałem się w pobliżu, żeby przyjrzeć się dokładniej zgrabnej właścicielce kapelusza, ale ta, odwrócona do mnie, jak na złość wyciągnęła z futerału lustrzankę i zaczęła strzelać zdjęcia prowadzonym przez padok koniom. – Melania, chodź – znajoma pociągnęła ją za ramię. – Musimy zdążyć do kasy, jest dużo ludzi. – Idźcie, zajmijcie kolejkę. Zrobię jeszcze parę fotek i zaraz do was przyjdę – odpowiedziała. Wreszcie zobaczyłem jej twarz: odrobinę za duży nos, pełne usta i oczy, w których paliło się zniecierpliwienie z domieszką złości. Oho, tak to jest, jak się szarpie fotografa przy pracy. Towarzystwo ruszyło w stronę kas, a kapeluszniczka w spokoju zaczęła pstrykać zdjęcia otaczających ją ludzi. To był dobry moment, żeby podejść i zagadać. Nie chciałem jednak ściągać na siebie niechęci dziewczyny, przerywając jej sesję. To mógłby zrobić ktoś inny. Zobaczyłem kręcącego się w pobliżu Pana Lupulusa. Był to jeden ze stałych bywalców toru, doskonale zorientowany w tematyce wyścigów konnych, o encyklopedycznej wręcz wiedzy. Miał dwie wady: był święcie przekonany, że wyniki gonitw są ustawiane, i lubił dużo gadać. Najczęściej łączył te cechy w długim monologu, kiedy tylko trafił mu się słuchacz. A nie zdarzało się to za często. Pan Lupulus był na wiecznym głodzie dzielenia się swoją wiedzą i podejrzeniami i gdy tylko dopadł jakąś ofiarę, potrafił ją męczyć do upadłego. Podobno gdy szczęście się do ciebie uśmiecha, to i ty powinieneś uśmiechnąć się do niego. Więc rozciągnąłem radośnie usta i wyciągnąłem dwie dychy z kieszeni. Kiedy po chwili Pan Lupulus zaczął opowiadać Melanii jedną ze swoich przydługich opowieści w stylu „drzewiej było lepiej”, zniecierpliwiona dziewczyna schowała aparat, odburknęła coś i odeszła w stronę kas. Nie doceniła jednak rozmówcy, Pan Lupulus nie dawał się łatwo zbyć. Tym razem też się nie poddał, tylko podążył za dziewczyną rączym truchtem. Pora było zadziałać. Melania kroczyła zdecydowanie, a obok tuptała żywa teoria spisku. Zaszedłem im drogę i powiedziałem: – O tu jesteś. Wszędzie cię szukam. Idziemy do kasy, konie zaraz będą wchodzić do maszyny startowej. Zobaczyłem zaskoczenie w oczach dziewczyny, które po chwili zmieniło się w zrozumienie, a potem w ulgę. Oczy miała czarne, wpadające błyskami w granat. Pan Lupulus odwrócił się na pięcie i mamrocząc pod nosem, odszedł szukać kolejnej ofiary. – Dziękuję – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się. – Chyba mnie pan uratował od tego gaduły. Idzie pan obstawić wyścig? Moi znajomi czekają, może się pan przyłączy? Mam na imię Melania – zakończyła rozbrajająco. – Herbert – powiedziałem, wyciągając rękę – ale patrząc na kolejki przy kasach to zdążysz zagrać dopiero następną gonitwę. Nie zareagowała na moje przejście na „ty”. Ciągnąłem więc: – Właściwie to cię nie uratowałem, zapłaciłem temu facetowi, żebym mógł przyjść ci z pomocą. Roześmiała się. Milczała chwilę, potem skinęła głową, jakby doceniając pomysł. W jej uszach zalśniły kolczyki: długie, spiralnie skręcone nitki srebra, oplatające w najszerszym miejscu fioletowy kamień – najpewniej ametyst. – Sprytne. To co obstawiamy? – Dalej się uśmiechała, więc i ja odpowiedziałem uśmiechem. *** Gapiłem się to na pudełko, to na Schrödingera, niepewny, co mam zrobić. – Śmiało – rzucił drwiąco – proszę zajrzeć. Jego początkowa grzeczność ulotniła się. Teraz siedział przede mną mały, okrutny chłopiec, który planował właśnie znakomitą zabawę w wyrywanie skrzydełek. Bałem się. To ja byłem muchą. Nachyliłem się i wziąłem pudełko w ręce. Było chłodne i lekkie, wykonane z lekkiego drewna pokrytego czarną, połyskującą laką. Wielkości połowy kartonu vogue’ów, które tak często kupowała Melania. Uchyliłem wieczko. Tak jak oczekiwałem, widok mi się nie spodobał. Na dnie leżała ciemnobrązowa koperta z adresem. Na kopercie spoczywało odcięte ucho. Sądząc po wpiętym w nie kolczyku – damskie. Wiedziałem czyje. Znałem ten kolczyk. Poczułem, jak narasta we mnie zimna furia, jak lód skuwa mi żyły, a serce nagle rozpoczyna szaleńczą gonitwę, tłukąc się wściekle. Z mojego gardła wydobyło się zwierzęce warknięcie i od razu się urwało. Chciałem zabić tego skurwysyna. Teraz i tutaj. Ale gapiłem się tylko jak sparaliżowany w kolczyk z ametystem, dopóki nie usłyszałem dzwonków nad drzwiami. „Dzyń, dzyń” – zabrzęczały, kiedy drzwi się otworzyły. I ponownie, kiedy się zamknęły. *** Otrząsnąłem się jakąś godzinę później. To było jak wynurzenie spod wody. Jakbym zdjął z głowy kłąb waty. Byłem w szoku. Rozejrzałem się po pracowni – nic się nie zmieniło. No bo co miało się zmienić? Tylko gdzieś w środku poczucie przejmującej straty i bezsilności skręcało mi wnętrzności. Resztką sił powstrzymałem się przed ponownym zapadnięciem się w stan tej specyficznej katatonii, gdzie byłem tylko ja i pudełko, a w pudełku ten kolczyk, kolczyk oraz… Ogarnęła mnie nagle złość na siebie samego. Co ja robię? Użalam się? Rozpaczam? A co z Melanią? Została porwana. Gdzie była? Jak ją uwolnić? Jak się czuła? Myśli przegalopowały przez głowę i uspokoiły się. No tak. Musiałem pomyśleć. Przekręciłem klucz w drzwiach pracowni i udałem się na zaplecze, skąd prowadziło przejście do reszty domu. Odsunąłem zasłaniającą je kotarę i wszedłem do swojego pokoju. To był mój drugi warsztat. O ile szycie było moim dość nietypowym hobby, o tyle magia była moją pasją. Wbrew pozorom oba zajęcia miały ze sobą wiele wspólnego: pierwsze pozwala mi łączyć ze sobą kawałki materiału, aby stworzyć coś potrzebnego, za to magia daje możliwość łączenia ze sobą fragmentów rzeczywistości. W rogu pokoju na szafce stał oryginalny kubański humidor z cedrowego drewna. Otworzyłem go i wyjąłem ostrożnie cygaro – Partagas serie D No. 4. Prezent od Melanii. Coś ścisnęło mi żołądek. Nie paliłem cygar nałogowo, właściwie to rzadko. Ale od czasu do czasu, kiedy potrzebowałem się skupić, usiąść w ciszy i porozmyślać, sprawdzały się wspaniale. Przypuszczam, że ma to bezpośredni związek z ojcem, który często je palił. Właściwie jeśli przejrzę wszystkie związane z nim wspomnienia, to znajdę gdzieś tlące się cygaro albo ten charakterystyczny aromat. Kiedyś zapaliłem jedno pod wpływem impulsu i odkryłem, że znakomicie mnie relaksuje. Zwierzyłem się z tego Melanii przy jakiejś okazji – stąd prezent. Usiadłem na wygodnym fotelu – ten pokój urządziłem zupełnie inaczej niż pracownię krawiecką. Zapaliłem cygaro zapałką i zapach siarki wywołał od razu skojarzenie ze Schrödingerem. Zaciągnąłem się i wydmuchnąłem kłąb dymu w kierunku palisandrowej biblioteczki. Odtworzyłem w myślach przebieg rozmowy i… pudełko! Zerwałem się i pobiegłem do pracowni. Pudełko leżało tam, gdzie je zostawiłem, czyli na stoliku. Zabrałem je do pokoju i zaległem na powrót w fotelu. Odłożyłem cygaro, które ściskałem do tej pory w palcach, i obejrzałem dokładnie pudełko. Nie znalazłem nic ciekawego. Żadnego wzoru, żadnego mrowienia w palcach. Nic. Wziąłem oddech i otworzyłem je ponownie. Tym razem już na spokojnie obejrzałem zawartość. Drżącą ręką dotknąłem kolczyk i podniosłem ucho. Było chłodne, zimne właściwie – i tym razem wyczułem magię. Ktoś zadbał, żebym był spokojny o los tej części ciała Melanii. Ucho nie zepsuje się, nie rozłoży, nie zacznie gnić, jeśli wypełnię powierzone mi zadanie. Jasny przekaz. *** Nagle przypomniały mi się słowa Schrödingera, które wypluł jadowicie na pożegnanie, a które ledwo zarejestrowałem. Teraz w głowie zabrzmiał jego skrzypiący głos: – Dostarczy pan przesyłkę, oddamy panu dziewczynę. Co do ucha – na pewno sobie pan poradzi, dla takiego znakomitego krawca to drobnostka. I ten śmiech. Zimny, podły śmiech. Znowu poczułem, jak wzbiera we mnie wściekłość. Nic mu nie mogłem zrobić. Na moje najsilniejsze zaklęcia bojowe zareagował… wcale nie zareagował. Niech to, mógł mnie zgnieść jak robaka. Podniosłem cygaro i pyknąłem dwukrotnie. Ostrożnie, żeby popiół nie spadł, odłożyłem je z powrotem do popielniczki. Delikatnie przesunąłem ucho i wydobyłem spod niego kopertę. Odczytałem adres starannie wykaligrafowany czarnym atramentem: Warszawa, Dzwon na Kanonii Pełnia księżyca No przecież, że pełnia. Rytuały zwykle przeprowadzane były w astrologiczne święta. Czy to były fazy lunarne, czy jakieś święto przesilenia, nie miało to wpływu na moc obrzędu. Dla osób parających się naukami hermetycznymi był to swoisty kalendarz. Brzydzi cię styczeń? Męczy cię kwiecień? U nas rytm twojego życia wyznaczą kwadry i ekwinokcja! Koperta sama w sobie była dość osobliwa. Zwykle składa się taką ze specjalnego wykroju, z jednego kawałka papieru, po którego zagięciu brzegi zostają sklejone. Ten egzemplarz był wykonany również z jednego arkusza, ale za to nie było żadnej krawędzi, żadnego łączenia. Jednolita papierowa masa. Znowu magia. Zawartość była twarda i grubawa – nie był to list – raczej zabiedzona tabliczka czekolady. Taka bez orzechów, no i pewnie niesłodka. Sięgnąłem do biurka po nóż do papieru i rozciąłem ostrożnie górną część koperty. Ze środka wydobyłem grubą na pięć milimetrów taflę szkła. Może pleksi? Może obu na raz. Obejrzałem ją z bliska. Obejrzałem przez lupę. Pod światło. Słoneczne i sztuczne. Nic. Jednym co odróżniało ją od prawdziwego szkła, to magia, którą była nafaszerowana. Powietrze wokół aż furczało, a przez palce strzelały mi bladoniebieskie iskierki. Włożyłem taflę na powrót do koperty, która ku mojemu zdziwieniu zamknęła się z cichym sykiem. Nie został nawet ślad po rozcięciu. Podniosłem cygaro i zamyśliłem się. Nie miałem za dużo pomysłów, raczej więcej pytań. „Dlaczego ja?” było pytaniem podstawowym. Mogłem się poddać biegowi rzeczy, dostarczyć przesyłkę pod wskazany adres jak grzeczny chłopiec i liczyć na łaskę Schrödingera. Mogłem też spróbować dowiedzieć się, kto stoi za porwaniem i na własną rękę uwolnić Melanię. Po namyśle zdecydowałem się na oba rozwiązania. Do pełni pozostawały dwa dni. Tak, ja też znam się na fazach księżyca. *** Na początek trzeba odwiedzić Zezela. Poznałem go kilka lat temu w dziwnych okolicznościach jako pryszczatego nastolatka – teraz był już pełnoletni, ale ciągle nie wymagał od życia nic ponad kilka nowych tytułów o okultyzmie i stałego łącza do Internetu. Mieszkał z babcią i nie rozmawiał z dziewczynami, których imię nie kończyło się na „.jpg”. Daleko do niego nie miałem, raptem sześć ulic. Dopaliłem cygaro, pudełko wsadziłem pod pachę i wyszedłem. Przy domu sąsiada Zezela zaparkował błyskający kogutami radiowóz. Aha – pomyślałem – sensacja. Zdarzenie, kamera, „jutjub” i „fejsbuk” – tego by Zezel nie przepuścił, więc na sto procent był w domu. Na upartego powiedziałbym, za którą firanką. Kawałek za radiowozem zaparkowana była karetka – sensacja do kwadratu. Przy samochodach stał policjant i kierowca karetki. Łapiduchy siedziały w pojeździe, jeden notował coś zawzięcie. Przystanąłem nieopodal. Nie sam naturalnie, wokół stało już paru gapiów. – Kurwa żeż mać – mówił kierowca, mocno gestykulując. – Nie wezmę trupa, chuja nie ma. Potem w pizdu samochód trzeba odkazić, nie wezmę. Trupy to karawan wozi. – Weź człowieku wyluzuj trochę – poradził mu policjant. – Nie rób żenady, ludzie dokoła, potem media kwiczą, że znieczulica w służbie zdrowia. – Dupielica – warknął kierowca. – Tu przy kościele jest zakład pogrzebowy, może oni do kostnicy przewiozą. Chłopaki papiery wypiszą i spierdalamy ludzi leczyć. – Aleś się wkurwił. – Podszedł do nich drugi policjant, sporo starszy od kolegi. – Nikt nikogo nie zabiera, to zabójstwo, a nie śmierć ze starości. Młody nie podpuszczaj pana, bo wrzody mu puszczą i na własne nosze trafi. Młodszy policjant uśmiechnął się bezczelnie i mrugnął. – A bo ten kierowca jakiś nowy, więc tak sobie pożartowałem trochę. – I chciałeś go namówić, żeby zwłoki karetką zabrał? Młodszy wzruszył ramionami, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Kierowca zaburczał coś pod nosem, odwrócił się na pięcie i wsiadł do karetki. Mundurowi zaczęli rozmawiać ciszej, raz na jakiś czas dolatywały wyrwane frazy: „poderżnięte gardło”, „pełno krwi” i „straszne gówno”. Skierowałem się do furtki. Sensacja sensacją, ale mam własne problemy. Zatrzymał mnie okrzyk policjanta. – Ej, ty! Gdzie leziesz? To miejsce zbrodni, nie ma wstępu! Zamurowało mnie. Założyłem, że całe to zamieszanie dotyczy domu obok. Co się stało? Podszedłem do policjanta, który kiwał do mnie zachęcająco palcem. – Mój kolega tu mieszka – dodałem i nagle przeraziłem się – Czy on…? Pytanie zawisło w powietrzu. Policjant popatrzył na mnie badawczo i powiedział. – Nie, jego babcia. A pana kolegi szukamy. Nie wie pan, gdzie możemy go znaleźć? – Nie mam pojęcia. Myślałem… – Idź pan sobie rozmyślać tam trochę dalej – przerwał mi drugi policjant. – Chyba że ma pan ważne dla śledztwa informacje. Sio! – pogonił mnie jak kurę. Zakląłem szpetnie pod nosem i zawróciłem do domu. Co tu się, u licha, stało? Babcia Zezela to była sympatyczna staruszka, zawsze miała pod ręką jakieś słodycze, które wpychała mi, jakbym ciągle był dzieckiem. Choć z perspektywy jej wieku pewnie byłem. A teraz została zamordowana. Myśl, że to Zezel ją zabił odrzuciłem jako wielce nieprawdopodobną – chłopak kochał babcię nad życie. Specjalnie wyprowadził się od rodziców i zamieszkał z nią, bo – jak twierdził – samotna staruszka potrzebowała opieki. Chociaż częściej to ona opiekowała się nim. W ogóle założenie, że Zezel dopuścił się morderstwa, było grubo naciągane. Ale chłopak zniknął i szukała go policja. Akurat kiedy potrzebowałem go najbardziej. Zezel jako informatyk stworzył na własny użytek olbrzymią okultystyczną bazę wiedzy. Miał w niej wszystko – anioły, diabły, alchemię, przywołania, zombie, wilkołaki, demony czy świtezianki, zjawiska paranormalne, legendy i podania. Z tego co wiem, zarabiał na życie, sprzedając dostęp do wybranych danych lub robiąc reaserch na zlecenie. Nie twierdzę oczywiście, że wszystko o czym zgromadził informacje istnieje naprawdę, ale skoro jest popyt na takie bajki… Pośród wszystkich śmieci, które gromadził, zdarzały się perełki dotyczące starożytnych i obecnych kultów, sekt i magów. Zapytałem kiedyś, czy sprzedaje informacje na mój temat. Wyparł się zdecydowanie. – Jesteśmy przyjaciółmi – mówił. – Nie handluje się przyjaciółmi. Zwykle starał się pozostawać anonimowy i zlecenia realizował w całości przez Internet. Zdarzało mu się także kupować różne „magiczne” duperele i często wpadał do mnie, żeby się pochwalić zdobyczą. W większości był to bezwartościowy szmelc, chociaż muszę się przyznać, że nieraz udało mu się przynieść coś ciekawego. Ale nie na tyle, żebym chciał to od niego odkupić. – Ty mi po prostu nie chcesz powiedzieć, do czego można tego użyć – mawiał, kiedy demonstrował mi kolejny ze swoich cennych nabytków. – Rozumiem. Tajemnica. Tajemnicą było tylko to, że te przedmioty były zupełnie zbędne każdemu szanującemu się magowi, ale tego mu nie mówiłem. I tak by mi nie uwierzył, a kupców miał stale pod dostatkiem. Czasem podsuwałem mu pomysły na nazwy aukcji. Przyniósł kiedyś piękny nóż, stary, o szerokim zakrzywionym ostrzu i z drewnianą zdobioną rękojeścią. – Wystaw go jako narzędzie rytualnego mordu – zasugerowałem półżartem. – Od razu znajdziesz nabywców. Dziękował mi potem bardzo wylewnie. Ale teraz potrzebowałem jego bazy danych, do której dostęp miałem – jak zwykł to podkreślać – gratis. Miałem, cholera. Trzeba znaleźć szybko Zezela, bez niego będę szukał Melanii zupełnie na ślepo. *** Wróciłem do domu i chwilę szarpałem się z górnym zamkiem, zanim udało mi się wejść. Złożyłem mu solenną obietnicę wymiany na nowy. Przez chwilę zdawało mi się, że na drzwiach zobaczyłem wyciągnięte ręce, zakończone szponami. Obróciłem się gwałtownie. To był tylko cień mojego „przydomowego” dębu – słońce już zachodziło. Zrobiłem się nerwowy. A czas uciekał. Naszła mnie ochota, żeby się poddać i tak jak mi przykazano, dostarczyć pod wskazany adres kopertę. Może to jedyny sposób, żeby odzyskać Melanię? Może nie ma sensu się napinać, trzeba schować dumę i pójść, ukorzyć się. Zdać się na łaskę potężniejszych. Tylko od kiedy ludzie posiadający władzę dostrzegają potrzeby maluczkich? – Chyba zaszyło ci mózg – mruknąłem. Ha! Krawiecki żarcik. Z wieszaka w przedpokoju zgarnąłem pęk kluczy, minąłem kuchnię i pobrzękując jak zamkowy upiór, zszedłem do piwnicy. Właściwie to lepszym określeniem byłby „magazyn” ze względu na zawartość, ale skoro jest pod ziemią… Trzymałem tam wszystko, co przez lata wpadło mi w ręce i miało jakąś wartość. A w mojej opinii dużo rzeczy ma wartość, chociaż Zezel byłby zdziwiony, widząc, jakie rzeczy uważam za godne uwagi. Zabrałem mapę miasta, szkło powiększające, czarną świecę i jeszcze parę drobiazgów. Pewnie szybciej znalazłbym Zezela przez skype’a. Gdybym miał komputer. No i skype’a. Wiedziałem jedynie, że Zezel lubi na nim siedzieć, cokolwiek to znaczy. Wychodząc, zerknąłem na Zębacza, który chrobotał w akwarium. Mój pierwszy i jedyny stworzeniec. Zrobiłem go dawno temu z kapsli i butelkowego szkła. Przypadkiem. Miałem dziesięć lat i nie wiedziałem za dużo o magii. Dobrze, że ojciec wrócił tego dnia wcześniej, inaczej bym się wykrwawił na śmierć. Wtedy też odebrałem pierwszą lekcję, dowiedziałem się, że stworzeniec czerpie energię ze stworzyciela do końca życia. Okazało się też, że materiały do pracy wybrałem nie najlepsze. To było jak pocałunek z aligatorem. Od tej pory wielokrotnie próbowałem cholerstwo ukatrupić, bezskutecznie. Dlatego siedzi w akwarium. Kiedyś znajdę sposób. Zamknąłem drzwi i trzymając pod pachą zebrany majdan, udałem się do warsztatu. Tam wszystko upuściłem na podłogę. Bynajmniej nie dlatego, że taki był magiczny rytuał odnajdowania zaginionych informatyków. Po prostu cholernie się przestraszyłem siedzącego w moim fotelu Zezela. – Jezu, bracie, jesteś! – powitał mnie. Tak naprawdę to nie byliśmy braćmi. Jezusem też nie jestem, ale Zezel ma wiele takich językowych manier. – Zezel… – zawahałem się i chrząknąłem nerwowo – Co tu robisz? Ojciec uczył mnie, aby zawsze zadawać właściwe pytania, teraz się po prostu zawstydziłem i dodałem: – No wiesz, byłem u ciebie w domu… – Tak wiem, widziałem cię – przerwał mi Zezel. Ha! Zawsze mi miło, jak ktoś zwraca na mnie uwagę. – Wszedłem do ciebie przez okno z tyłu, nie zamknąłeś – ciągnął. Na kolanach miał laptopa i nie odrywał od niego wzroku. Ręce mu drżały. – Czy ty… – zawiesiłem głos niepewny, jak zacząć. – Tak, tak – wyrzucił z siebie Zezel. – Jasne, zabiłem staruszkę i zjadłem. Ochujałeś? Przyznaję, niewiele mi brakowało. – To na mnie? – pokazał upuszczone przeze mnie graty i nagle zaintonował – o demoniczny Azazelu, synu Izydy i Beliala, schwytaj tego mordercę i zamknij w plecionce na kangury! – Głupi jesteś – wzruszyłem ramionami. – Chciałem cię po prostu odnaleźć. A nawiasem mówiąc, to Azazel nie był synem Izydy i w ogóle to tak nie wygląda. – Wiem. Zapatrzył się w ekran i wyglądał na zamyślonego. Ale nie – zaczął szybko pisać, klepnął parę razy przycisk „Enter” i znów uniósł głowę. – Coś się dzieje? – popisał się intuicją. Westchnąłem. – Najpierw ty. Kiwnął głową, postawił laptop na podłodze i oparł się wygodnie. Zacisnął szczęki, żwacz zapulsował nerwowo. – Pamiętasz, jak kilka miesięcy temu poznałeś mnie z takim handlarzem starociami z Koła? Sobczakiem? No. Od tego czasu zrobiliśmy razem parę interesów. Trochę czarodziejskich przedmiotów. Jakieś relikwie. No takich wiesz, potocznie „czarodziejskich” – dodał, widząc moje zdegustowane spojrzenie. – No i staruszek zawsze miał trochę różniastego złomu do opylenia, a ja zorganizowałem mu dodatkowy kanał sprzedaży przez Internet. Aukcje, mam dużo kontaktów na forach. No takie tam, plus prowizja od sprzedaży. – Urwał i spojrzał na mnie badawczo. Pokiwałem głową z udawanym zrozumieniem. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że nie sprzedawali na pęczki palców świętego Kandyda – handel częściami ludzkich zwłok jest chyba prawnie zabroniony – a raczej jakieś szklane kule, zabytkowe pentagramy czy lichtarze. – No i tak tydzień temu stary przyłazi do mnie z jakimś długaśnym pakunkiem, taki widać, że mocno podkurw… zdenerwowany i pyta, czy mu tego nie przechowam. No, a ja na to, że pewnie, przechowam. Dobry układ z nim mam w końcu. No, ale widzę, że facet taki nieswój jest, to zapytuję, czy aby ten towar nie jest trefny. Gość zmieszał się troszeczkę i mówi, że trefny nie, za to cenny i boi się, żeby mu nikt go nie buchnął. Ktoś mu raz już zamek w drzwiach zepsuł, znaczy ktoś coś dłubał. A ma jakiegoś potencjalnego klienta ustawionego, no to się boi. I że się pokaże tak za parę dni, jak się klient zgłosi z kaską. Zezel urwał i mlasnął błagalnie, więc poczłapałem do kuchni i przyniosłem mu butelkę. – Woda? – jęknął. – Jak jakieś zwierzę? Zakręciłem tylko ręką kółko, żeby nadawał dalej. – Pakunek był długi i szeroki nawet, spory. No ale obiecałem przechować i nie zaglądać. Znasz mnie – u mnie jak w szwajcarskim banku. Dbam zarówno o anonimowość klienta, jak i powierzonego mi mienia. Ponieważ cholerstwo było wielkie, ukryłem to w… – Tak, tak – przerwałem mu bezceremonialnie – a co było w środku? Zrobił obrażoną minę. Chociaż nie – teraz się strzela fochy. A może fochy strzelają tylko dziewczyny? – Miecz – wyszeptał z czcią. – Miecz – powtórzyłem. Dobrze, że nie noga świętego Kandyda. Zastanowiłem się, czy nie słyszałem ostatnio o ograbionych miejscach pochówku polskiego rycerstwa. – A co z twoją babcią? – Ach, widzisz – zająknął się i napił się wody. – To nie moja babcia. – Co? – To sąsiadka. Zabawne, nazywałem ją zawsze Kostuchą, bo miała taką szpetną twarz… – Cholernie zabawne, Zezel – wtrąciłem, ale mnie zignorował. – Siedziałem w pokoju przy komputerach, babcia wyszła z domu, do sklepu może, nie bardzo jej słuchałem, wiesz. No i tak godzinę potem usłyszałem jakieś hałasy. Przypadek, bo mi się akurat kawałek na słuchawkach skończył, a tu jakiś rumor za drzwiami. Poszedłem na górę, a na środku jadalni leży kobieta. I pełno krwi. W pierwszej chwili przestraszyłem się, że to moja szacowna antenatka, ubranie miała takie podobne, dopadam do niej, odwracam, chcę sprawdzić, czy żyje – a tu Kostucha, nomen omen. Oczy miała wytrzeszczone, nieruchome. Obleciałem mieszkanie, babci nie ma – pewnie nie wróciła jeszcze. Zadzwoniłem na policję i coś tam zacząłem bełkotać o morderstwie, staruszkach i zaginionej babci. – A co z babcią? – wtrąciłem. – Przypomniałem sobie, że babcia ma przyjaciółkę, taką kumpelę do pogawędek, która mieszka na drugim końcu miasta i babcia często do niej chodzi na plotki. Więc bach! – komórka i dzwonię. Babcia cała i nic jej nie jest. Coś tam ściemniłem do słuchawki, a potem zmyłem się, bo widzisz – zawiesił głos na moment – mam też w domu trefny towar. Kopnął nogą leżącą przy fotelu reklamówkę, której wcześniej nie zauważyłem. – Pomyślałem, że może zechciałbyś mi to przechować, bo ja chyba powinienem się zgłosić, pały mnie na pewno szukają, pewnie postawią mi zarzuty, zakiblują na dwadzieścia cztery godziny najmarniej, przesłuchają – wzdrygnął się. – Myślę, że zamordował ją ktoś, kto szukał paczki Sobczaka. W sensie – tego miecza. Nakryła go pewnie, miała zwyczaj pakować się do nas do domu bez uprzedzenia, bez dzwonka. To jak? Przechowasz? Popatrzyłem na reklamówkę, potem na Zezela. Coś w tej historii nie było do końca jasne. Miałem wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Dodatkowo myśl, że dziwne rzeczy wokół mnie zbiegają się w czasie z morderstwem w jego domu. Ciekawa koincydencja. Spojrzałem mu prosto w oczy. Tu akurat natura postanowiła wynagrodzić mu mizerny wygląd. Zazdrościłem mu tego czystego błękitu w spojrzeniu. Sporo lasek poleciałoby na te oczy, gdyby… no gdyby na przykład założył na randkę maskę Zorro. Przesadzam. Nie było z nim tak tragicznie, po prostu mając te swoje dwadzieścia lat, wyglądał na szesnastolatka. Lubiłem go. W co się do cholery wplątał? Podjąłem decyzję. – Dobra, Zezel, ukryję to u siebie. Ale też mam problemy i potrzebuję twojej pomocy. Wytrzymasz jeszcze pół godziny? Skinął głową. – Co się dzieje? Opowiedziałem mu wszystko. Na koniec pokazałem pudełko, kopertę i ucho. Przy tym ostatnim zbladł, nawet za bardzo jak na kogoś, kto widział niedawno zabójstwo. Czego się spodziewasz? – zganiłem się w myślach – To przecież jeszcze młody chłopak, informatyk, a nie lekarz sądowy. Wziął je w rękę delikatnie i pomyślałem, że gdyby ucho było tam, gdzie jego miejsce – na głowie Melanii – dostałby w twarz. – Dlaczego jest takie chłodne? – zapytał. – Ktoś użył magii. Ucho ma się nie zepsuć – jak przypuszczam – do najbliższej pełni. Samonaprawiającą kopertą Zezel się zainteresował, zawartość obejrzał też z zaciekawieniem. Trafił za to na coś, co mi umknęło. Wieczko pudełka od wewnątrz miało wygrawerowany znak. Było to koło z wpisanym wewnątrz trójkątem – taki pentagram z trzema wierzchołkami. Trójgram? – Znasz to? – Usłyszałem. – Nie bardzo. Sam rysunek nic mi nie mówi. Liczba trzy za to mówi aż za dużo. Jest popularna w wielu wierzeniach, począwszy od chrześcijańskiej Trójcy Świętej, poprzez magiczną symbolikę podziału świata na astralny, mentalny i fizyczny, aż do buddyzmu: Brahma, Wisznu i Sziwa. Niektórzy uważają, że bez trójkąta nie da się wywoływać duchów. Ta liczba jest wyjątkowo mocno zakorzeniona w ludzkich umysłach, na przykład… – poszukałem w pamięci – kiedy każesz komuś dokonać wyboru, bo ja wiem, sukienki, czekoladek, kapeluszy, często okazuje się, że dwa elementy to za mało, a cztery to za dużo i uniemożliwiają podjęcie decyzji. Trzy to taka liczba idealna. Odpukaj trzy razy w niemalowane drewno. Spluń trzy razy przez lewe ramię. – Control, Alt i Delete – Zezel pokiwał głową ze zrozumieniem. – Słuchaj, zrobimy tak: nie opłacało mi się utrzymywać serwerów w domu i ich zawartość ostatnio umieściłem w chmurze. Teraz dla odmiany ja pokiwałem głową. Mój prapradziadek podobno też kiedyś schował coś w chmurze. To był wielki człowiek. Zezel podniósł laptopa i ciągnął: – Zapuszczę teraz na mojej wyszukiwarce wszystkie rzeczy, o których rozmawialiśmy. Miejsce spotkania, ten trójkąt, księżycowy sabat… – Esbat – wtrąciłem. – W księżycowe święta odbywają się esbaty. – Tak, ten esbat, no wszystko… – tu jakoś straciłem wątek, dotarły do mnie słowa „kwerendy”, „sztuczne inteligencje”, „algorytmy” czy może „logarytmy”. Tak, chłopak miał swoją magię. – Słuchasz mnie? – Tak, tak, pewnie! Zezel westchnął ze zniecierpliwieniem. – Słuchaj, jak mnie zaczną przesłuchiwać, to może się okazać, że nie wypuszczą za szybko. Nie będę mógł do ciebie zadzwonić i pomóc. Masz komórkę? – zapytał i od razu sobie odpowiedział. – Nie masz. Pogrzebał w tylnej kieszeni i wręczył mi mały telefon, nokię. Nagle jednak zabrał mi go i zaczął coś na nim klikać. – Zdejmuję PIN – powiedział. Potem wziął z biurka kartkę i zaczął coś notować. – Tu masz adres mojej strony internetowej razem z instrukcją, jak się zalogować. Kiedy moje skrypty skończą poszukiwania, wejdź na tę stronę i zrób to, co jest tam napisane. Parsknąłem. Może nie znałem się na całej tej informatyce, ale z Internetu jakoś korzystać umiałem. Zezel spokojnie podał mi kartkę i telefon, potem zaczął stukać z zapamiętaniem w klawiaturę. Klawisze aż furczały i zastanawiałem się, ile czasu zajmuje człowiekowi nauka bezwzrokowego pisania. Praca zajęła mu parę minut; w międzyczasie przyniosłem chłopakowi drugą wodę, którą wypił bez odrywania oczu od monitora. Zezel nagle podniósł głowę i zatrzasnął laptopa. – Znajdź jutro kawiarenkę internetową i zaloguj się. Do tej pory już coś powinno być. Jeśli wyjdę wcześniej, zadzwonię. Wymruczałem pod nosem podziękowania, a Zezel podobnie coś zaburczał. Uścisnęliśmy sobie ręce. Odprowadziłem chłopaka do wyjścia. Zanim wyszedł, zatrzymał się przy drzwiach i wziął kilka głębokich oddechów. Klepnąłem go w plecy na pożegnanie, okazując w ten sposób moje wsparcie. Zamknąłem drzwi i przez dłuższą chwilę bawiłem się w chowanego z plecakiem. Znalazłem go w końcu w szafie w sypialni. Wyposażony w mnóstwo kieszonek, sprzączek, wszytych suwaków i guzików był moim opus magnum rękodzielnictwa. Zszyty porządną dratwą, magicznie podrasowaną, przyznaję. Bardziej to kaletnictwo niż krawiectwo, ale przyjemność podobna. Wpakowałem do środka przesyłkę Schrödingera i spojrzałem na Zezelową kartkę. Ostatnie stadium atrofii charakteru pisma. Największe kulfony głosiły: www.zakultowany.pl Litania opisująca dostęp do mojego konta też była ledwo czytelna. Gdzie on się uczył pisać? Znowu zadałem niewłaściwe pytanie – lepiej zapytać: Kiedy przestał? Przeleciała mi przez głowę wizja, w której stoję w aptece i razem z panią magister śmiejemy się serdecznie z tej notatki. Zapadł wieczór. Nie było późno, ale poczułem się zmęczony. Zerknąłem na zegarek. Dwudziesta. Ziewnąłem. Miałem dwa dni, żeby się zorientować, co się dzieje. Może Zezel coś podsunie, jeśli go wypuszczą w miarę szybko. Może przepytam paru znajomych ludzi. A może nieznajomych? Może nie ludzi? Lepiej się wyspać. Zrobiłem w głowie plan podróży na jutro, przestawiłem budzik na siódmą rano i rzuciłem się na łóżko w ubraniu. – Niedługo – powiedziałem szeptem, zasypiając. – Już niedługo. Jakże niewiele się pomyliłem. *** Zwykle nie śni mi się nic. Naukowiec powiedziałby zapewne, że owszem, śni mi się, ale nie pamiętam co. Na jedno wychodzi. Tym razem sen przyszedł. Przyśnił mi się Księżyc. Brudnopomarańczowa twarz zerkająca pustymi oczami kraterów, otoczona kurzymi łapkami bruzd i pęknięć. Stary jesteś, panie Księżycu. Ten kolor to znak pełni. Wisi nisko nad horyzontem i wygląda spomiędzy domów, udając część miasta. Jak wielka latarnia. Uśmiecham się i Księżyc też się uśmiecha. Ale nie jest to miły uśmiech. To bardzo szeroki uśmiech. Zębaty. Przypomina Kota z Cheshire. O – nawet ma wąsy. Uśmiech z wąsami. Jakieś zupełnie niekocie te wąsy. – Zgubił pan coś, Herbercie – chichoczą olbrzymie usta. Twarz zbliża się szybko i oko wielkości balonu patrzy na mnie z odległości pół metra. Owiewa mnie cuchnący odór zgnilizny. – Zgubił, zgubił, zgubił… Otworzyłem gwałtownie oczy i złapałem nerwowo powietrze. Rozejrzałem się ogłupiały i zakląłem szpetnie. Sny miewam rzadko, a już koszmary nie zdarzają się zupełnie. Spojrzałem na zegarek i zakląłem znowu. Minęły ledwie dwie godziny. A to się wyspałem! Napiłem się wody i powlokłem się do pokoju. Zwykle kiedy nie mogę zasnąć, znajduję nudną lekturę i czytam aż do padnięcia. Coś mnie tknęło i zabrałem z półki tablice astronomiczne. Przeskoczyłem do rozdziału „Kalendarz faz księżyca”. Upewnić się. Sprawdzić godzinę. Przecież adres na kopercie określał też czas. Pełnia nie trwa kilka godzin, a jedynie przez chwilę. To tylko moment, kiedy księżyc przestaje rosnąć, a zaczyna maleć. Przewróciłem parę stron i znalazłem. Rok 2012. Maj. Godzina 05:35. Szósty maja. O mało nie zdechłem. – Idiota! – krzyknąłem. – Dwa dni. Cholera. Kretyn. Co mi się popieprzyło? Skąd ósmy? Szósty! Szósty maja. Jutro! Zmroziło mnie. Jutro za…siedem godzin. Głupiec! Jakże przeklinałem swoje zadufanie. Chodząca encyklopedia, psiamać! Pobiegłem pod prysznic, pięć minut, zimna woda – ciepła woda. Wygrzebałem z szafy dżinsy i czarny T-shirt. Skarpetki. Skórzaną kurtkę rzuciłem pod drzwi. Przyniosłem też pod drzwi plecak. Wyciągnąłem telefon od Zezela. W książce adresowej był tylko jeden wpis. „Centrum okultyzmu”. Świetnie. Nacisnąłem zieloną słuchawkę. – „Abonent, do którego próbujesz…” – Rozłączyłem się i wrzuciłem telefon do plecaka. Po krótkim namyśle przełożyłem go do tylnej kieszeni spodni. Po chwili przerzuciłem do przedniej. Właściwie byłem gotowy do wyjścia. Wciągnąłem kurtkę, zarzuciłem na ramię plecak i sięgnąłem do klamki. Zakląłem i założyłem buty. – Skup się, człowieku – wymamrotałem. W ten sposób to z domu nie wyjdę, nie mówiąc o dotarciu do stolicy. Mieszkam w Podkowie Leśnej i wyjazd do Warszawy nie jest jakimś wielkim wydarzeniem. Od stolicy dzieli mnie jakieś pół godziny drogi, w przybliżeniu. A jednak nie posiadając środka transportu w postaci samochodu czy nawet roweru, mogłem liczyć jedynie na kolejkę WKD, której linia przebiegała przez miasto, albo na własne nogi. Inny sposób nie wchodził w grę. Nie przeniosę się tam magicznie w żaden sposób. Warszawa nie lubi magii. Z portfela wyjąłem rozkład jazdy. Najbliższy pociąg był za czterdzieści minut. Dojście na dworzec zajmie mi połowę tego czasu. Drugą połowę mogłem w takim razie wykorzystać. Z szuflady biurka wyjąłem papier, nożyczki i… nie, nie kamień. Flamastry. Sięgnąłem do albumu ze zdjęciami. To był pomysł Melanii oczywiście. Uwielbiała robić zdjęcia, a potem je drukować. Kupiła na te potrzeby drukarkę i specjalny papier. Twierdziła, że tradycyjne wywoływanie pozostawia na szczególne okazje. Sama nie miała zacięcia, żeby w ciemni bawić się odczynnikami i powtarzała, że ma uczulenie na konserwanty w jedzeniu, dlatego utrwalacze ją brzydzą. Tak czy siak, mieszkanie zawalały mi antyramy, ramy i albumy z jej pracami. Kupiła nawet ramkę cyfrową, na której przewijały się nasze wspólne zdjęcia, najczęściej jednak przewijałem się na nich ja sam, wobec czego włączałem ją nieczęsto. Melania nie mieszkała ze mną. Jeszcze nie. Złożyłem jej tę propozycję, ale twierdziła, że dojazdy ją zabiją i mieliśmy trochę impas. Ja nie chciałem przeprowadzać się do Warszawy. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu, czasem u niej, częściej u mnie. Miała przyjechać jutro. Naszła mnie nagle myśl, że to wszystko jakiś głupi żart, jakaś hucpa. Wyjdę z domu, a Melania przyjedzie rano, pociągiem o ósmej, nie zastanie mnie, zdenerwuje się. Powinienem był to zrobić wcześniej. Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer do Melanii. Zastanowiłem się, jak odnajduje się z facetem, który w dwudziestym pierwszym wieku nie ma komórki, zwykłego nawet telefonu, a z Internetu korzysta okazjonalnie u sąsiada. Telefon Melanii był poza zasięgiem. Cholera. Wyciągnąłem notatnik i znalazłem numer do jej najbliższej koleżanki, Justyny. Niewysoka blondynka, o niebieskich oczach i zadartym nosie. Częsty gość u Melanii i vice versa. Już z telefonem przy uchu zacząłem się zastanawiać, czy pora nie jest późna. Ale z drugiej strony, co robią dziewczęta w Warszawie w sobotę o tej porze. Na pewno balują. Odebrała po kilku dzwonkach. – Słucham? – W tle słychać było rozmowy i głośną muzykę. – Cześć, tu Herbert. Czy jest z tobą Melania? – Cześć, panie H. – zawsze mnie tak nazywała. – Kupiłeś sobie komórkę wreszcie? Super. Ale nie, Melanii nie ma ze mną, mówiła, że musi coś załatwić. Zresztą jutro podobno macie się widzieć. Skrzywiłem się. – Mówiła może, dokąd się wybiera? Jakieś spotkanie? Nie mogę jej złapać. – Spokojnie, tygrysie – Justyna roześmiała się. – Jutro się pochwalisz swoim nowym telefonem. Nie wyprowadzałem jej z błędu, tylko podziękowałem i się rozłączyłem. Wyciągnąłem z albumu zdjęcie Melanii. Obciąłem brzegi i przykleiłem taśmą klejącą za rogi na środku kartki. Na górze napisałem wielkimi literami „ZAGINĘŁA”. Pod spodem imię, wzrost i datę sprzed dwóch dni, kiedy ostatni raz się wdzieliśmy. Ogarnąłem całość wzrokiem i pokiwałem głową. Wyglądało jak ogłoszenie. Ale nim nie było. Położyłem na nim przyniesioną z piwnicy lupę i zapaliłem czarną świecę. Pokój zmienił kolory: ciemne kąty stały się jasne, oświetlone miejsca sczerniały, reszta kolorów zamieniła się miejscami w zupełnie losowy sposób. Dłonie miałem niebieskie. Świat wokół mnie wyglądał jak w negatywie kliszy. Czy w epoce aparatów cyfrowych ktoś jeszcze wie, jak wygląda negatyw? – W związku z zaistnieniem zdarzenia o charakterze nagłym, uniemożliwiającym ustalenie miejsca pobytu osoby i zapewnienie ochrony jej życia, zdrowia lub wolności… – Zacząłem trochę niepewnie, ale opanowałem głos po kliku pierwszych słowach – Na mocy dozwolonych prawem informacji o stanie i przebiegu poszukiwań zwracam się niniejszym o udostępnienie mi tychże informacji bezzwłocznie. Kartka szarpnęła mi się w rękach. – Zaginiona Melania Kosowska, wiek 27 lat, wzrost 174 cm… – wyrecytowałem rysopis. – Konieczne jest natychmiastowe ustalenie miejsca pobytu. Ogłoszenie wyrwało mi się z dłoni, kartka zawisła w powietrzu. Skoczyła w lewo, w prawo, zawirowała, po czym z szelestem zmięła się w kulę wielkości pomarańczy i spadła mi pod nos. Westchnąłem z rozczarowaniem. Warto było spróbować. Gdyby zadziałało, kartka poleciałaby w stronę miejsca pobytu poszukiwanej, a w środku znalazłbym adres. Robiłem to już wielokrotnie. Działało nawet na zaginione psy. Może nie byłem wystarczająco skupiony? Lub – co pewniejsze – porywacze postarali się, żeby proste poszukiwania nie dały rezultatu. Zgasiłem świecę. Wcisnąłem kulę papieru do plecaka, nawet nie miało sensu czytać odpowiedzi. I tak wiedziałem, co tam znajdę: „Szanowny Panie, w odpowiedzi na Pańskie zapytanie dotyczące zaginionej Melanii K. informujemy, że działania operacyjne polegające na odnalezieniu zaginionej nie przyniosły rezultatu”. Bla, bla, bla. Zegarek podpowiadał, że czas już ruszać. Zebrałem graty i wyszedłem z domu. Czalarmy były rozładowane i nie miałem ochoty tracić sił na ich ponowne zakładanie. Narzuciłem sobie ostre tempo, powinienem dotrzeć do dworca w ciągu dziesięciu, może piętnastu minut. Żwirowa droga, którą wybrałem jako skrót, skończyła się i wyszedłem na główną ulicę. Ciszę miasta przecięło miarowe stukanie moich pantofli. Twarda, drewniana podeszwa, dużo lepsza niż piszcząca guma. Do tego odgłosu po chwili dołączył jeszcze jeden. Ktoś za mną szedł. To jedna z głównych ulic i oczywiście może nią iść każdy. Jednak w niewielkich miastach życie zwykle zamiera po dziesiątej, a mnie zaczęła udzielać się jakaś paranoja. Zmieniłem tempo kroków, najpierw zwolniłem, nadstawiając czujnie ucha, żeby po chwili przyspieszyć. Jakbym słuchał echa. Obejrzałem się przez ramię. Około pięćdziesięciu metrów za mną dostrzegłem sylwetkę mężczyzny. Było za daleko, żeby zobaczyć coś więcej, latarnia świeciła mu w plecy i twarz skryta była w cieniu. Wszedłem na peron. Kolejka jeszcze nie nadjechała, miałem kilka minut. Po chwili na peron wszedł idący za mną mężczyzna. Nasze oczy spotkały się. Kowbojki, dżinsy i ciemna koszula, trochę militarnego kroju. Rękawy miał podwinięte do połowy przedramienia, co nadawało mu trochę cwaniacki wygląd. Krok miał swobodny, ale sprężysty, wydawał się wysportowany. Zauważyłem, że obaj się dziś nie ogoliliśmy. Usłyszałem łoskot zbliżającego się pociągu. Mężczyzna podszedł do mnie i skinął głową. – Szedłem za panem kawałek – powiedział. – Upuścił pan to – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął w moją stronę rękę. Rozprostował dłoń. Zrobiłem oczywiście najgłupszą możliwą rzecz – spojrzałem. To był… to był mój księżycowy kamień. Dostałem go od ojca, na jedenaste urodziny. Kiedy pierwsze wyprawy na Księżyc powróciły, przywiozły ze sobą próbki skał, które amerykański rząd podzielił i rozesłał do ponad stu państw. Piękny gest. Fakt posiadania w swoich zbiorach okruchów Srebrnego Globu podniecił środowiska naukowe na całym świecie, niemniej jednak nie podjęto wystarczających środków ostrożności. Skały zaczęły znikać ze zbiorów państwowych i zasilać prywatne kolekcje. Podobnie było w Polsce. Ojciec nigdy nie powiedział mi, jak wszedł w posiadanie tego okrucha. Miałem go pokazać Melanii, zadziwić ją. Myślałem, żeby zrobić z niego kiedyś pierścionek zaręczynowy. Księżyc u mnie w domu. Melanii? Ocknąłem się. Patrzyłem na leżącą na dłoni nieznajomego szklaną kulkę. Ładną nawet. Ale nie był to mój kamień. Mój kamień był w domu, zamknięty w magazynie, w specjalnej szkatułce. Zostałem oszukany. Przechytrzony. Mężczyzna użył krętacza – przygotowanego specjalnie przedmiotu, którego zadaniem było wywołanie u ofiary nostalgicznych wspomnień. Osoba pod wpływem krętacza skupia myśli na jakimś wydarzeniu ze swojej przeszłości o silnym zabarwieniu emocjonalnym. Włącza się tęsknota, zamyślenie, świadomość się wyłącza. To właśnie mnie spotkało. Niech to szlag. Mam nadzieję, że się nie śliniłem. Widziałem, do czego krętacz potrafi zmusić ludzi. Widziałem dorosłego mężczyznę płaczącego jak niemowlę. Jak niemowlę! Krętacz sam w sobie nie musiał mieć określonego kształtu, bo im mniej przypominał cokolwiek, tym lepiej. Dzięki temu mógł przypominać wszystko. Kulka, którą mężczyzna mi podsunął, była do tego idealna. Wściekły spojrzałem na sprawcę zamieszania. Ile czasu minęło? Mogłem tkwić w tym stanie godziny, może nawet dni. W oddali zobaczyłem tylne światła odjeżdżającego pociągu. Więc kilka minut. Tyle, abym nie wsiadł. – Proszę się nie denerwować, panie Herbercie. – Odezwał się uspokajającym tonem mężczyzna. – Zaraz wszystko wyjaśnię. No proszę. Kolejny jakby znajomy. Zrobiłem się sławny ostatnio, ale nie cieszył mnie ten fakt nadmiernie. – Masz trzydzieści sekund – odrzekłem zimno. Potem wysrasz swoją szklaną kulkę. Ale tego na głos już nie powiedziałem. Wyglądało, że facet się trochę stropił, w oczach zapaliła się niepewność i to dodało mi otuchy. Najwyraźniej są ludzie, którzy mogą sobie ze mną pogrywać, ale ten tutaj należał do innej kategorii. – Przepraszam za to wydarzenie – zaczął szybko. No, no, początek ma niezły. – Musiałem pana koniecznie zatrzymać. Muszę… musimy porozmawiać. Urwał. Rozważałem przez chwilę, czy mu jakoś nie pomóc. Nie byłem kulturystą, ale w mordę mogę dać. Czcze przechwałki. Facet wyglądał na nawykłego do bitek, a ja, no cóż… mogłem mu co najwyżej koszulę uszyć. Jednak nie musiałem walczyć wręcz. Miałem inny arsenał. Zauważył chyba jakąś zmianę na mojej twarzy, bo przestąpił z nogi na nogę i przyspieszył: – Jest pan w posiadaniu przedmiotu, który należy do nas, a który nie może się dostać… – zawahał się – w miejsce, do którego pan się udaje. Nie umknął mi fakt użycia liczby mnogiej w zdaniu. I ogólnie rzecz biorąc, zainteresował mnie. Pociągi o tej porze nie kursowały często, następny był za godzinę, którą straciłem przez tego bęcwała. Lepiej, żeby miał coś sensownego do powiedzenia. Zdziwiony usłyszałem nadjeżdżający kolejny pociąg w stronę Warszawy. Ale tym razem to był pojazd techniczny. Zatrzymał się na stacji, a z wnętrza wyskoczyło czterech robotników i zaczęli rozstawiać na torach sprzęt. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak jeden uruchomił piłę tarczową i zaczął ciąć szynę. Niestety na odcinku w potrzebnym mi kierunku. Gestem pokazałem mężczyźnie, żeby został w miejscu, a sam podszedłem do robotników. – Panowie, wyrobicie się z tym do następnej kolejki? – zapytałem, licząc chyba na cud. – Nie, no co pan, ostatnia do Warszawy właśnie pojechała, dziś są naprawy planowane. Były ogłoszenia. – Machnął ręką w stronę dworcowej poczekalni. Skinąłem ponuro głową i wróciłem do mojego nowego znajomego. Popatrzyłem na niego wściekle przez chwilę i wyciągnąłem rękę: – Daj mi to. Podał mi krętacza bez słowa. Wziąłem zamach i rzuciłem kulkę daleko w krzaki. Zezel mawiał o takiej sytuacji „być w dupie”. Byłem w dupie. Mogłem spróbować złapać stopa. Żeby chociaż jakaś taksówka stała. Nie sądziłem, żeby jakiś taksówkarz zechciał przyjechać z Warszawy nawet kuszony większym zarobkiem. Zresztą nie miałem telefonu do żadnej korporacji. Obiecałem sobie, że jeśli się uda załatwić tę sprawę do końca, sprawię sobie komórkę. I zrobię się multimedialny. – Chodź – powiedziałem. – Idziemy do trasy. A ty przez ten czas powiedz, co masz do powiedzenia. Masz jakieś imię? Miał. – Na imię mam Paweł, nazwisko pozwolę sobie pominąć. Jestem emisariuszem Bractwa Miast. Być może pan o nas słyszał. – Zaprzeczyłem ruchem głowy. – Niezła nazwa – rzuciłem ironicznie. – Macie sekretne rytuały? Witacie się w specjalny sposób? No wiesz, jakieś skrzyżowane palce lewej ręki? Praktykujecie hasła i odzewy oraz snujecie plany przejęcia władzy w ratuszu? Skrzywił się, ale nie pociągnął tematu. – Nie jest pan głupim człowiekiem i liczę na zrozumienie z pana strony. Wiemy, kim pan jest i czym się zajmuje. – Skrzywił się z niechęcią. Od kiedy krawiectwo budzi w ludziach taką odrazę? – Wysłano mnie, aby odzyskać rzecz, która – jak już wspomniałem – nie należy do pana. W gruncie rzeczy nie należy też do nas, jednak została nam powierzona nad nią opieka.

Okup Krwi - Marcin Jamiołkowski © Alicja Sularz

Pin It on Pinterest

Shares
Share This