Pieśń węży, fragment

Maria Dunkel

Data premiery: zima 2015

Z Kahru uciekli galopem, prawie zajechawszy konie. Później, na Górzystym Pograniczu, zwolnili. U źródeł Strzelistej skręcili na południe i jechali z prądem rzeki jeszcze przez cztery dni, nim ponownie odbili na zachód.

Przez cały ten czas Dreszcz przypominał sobie jedno z kahrańskich przysłów: Żołnierz musi mieć cierpliwość i dupę ze stali. Jak się okazało, powiedzenie odnosiło się doskonale także do niewolników-intrygantów. Miał dość podróży już po jednym dniu. Bolały go mięśnie pleców i łydek, a przede wszystkim pośladki oraz wewnętrzna strona ud, otarta od dni spędzanych w siodle. Mróz nie odpuszczał w dzień ani w nocy, a teren był niemal zupełnie bezdrzewny i ogniska palili zwykle bardzo nędzne.

Jakby tego wszystkiego było mało, to właśnie na Dreszczu spoczął obowiązek opiekowania się małym Radirzjanem. Chłopiec był przytłoczony wszystkim, co widział – zniknięciem wujka, śmiercią ojca, aresztowaniem matki, pobytem w Baszcie jako zakładnik, nawet podróżą z kompanią majora. Całymi nocami płakał, trzęsąc się z zimna na posłaniu przy ogniu. W czasie jazdy telepał się na łęku siodła przed Dreszczem, milczący i bezwładny. Nic nie mówił. Jego podkrążone oczy wpatrywały się tępo w przestrzeń. Na każdy głośniejszy dźwięk podskakiwał i rozglądał się wkoło, jakby szukał drogi ucieczki.

Nareszcie koniec udręki, stwierdził Dreszcz, gdy wreszcie dotarli do Gniazda. Miasto wzniesiono na szczycie wzgórza, niczym nie wyróżniającego się spośród innych. Mur nie imponował wysokością, podobnie dwie kwadratowe baszty.

– Panie majorze – odezwał się Yanderon.

Dreszcz obejrzał się na niego. Porucznik wiercił się w siodle, a twarz miał czerwoną od mrozu.

– Słucham, Yanderon – mruknął major Aladon, który patrzył na mury, osłaniając dłonią oczy.

– Brama została niedawno dobudowana. Nie pasuje do murów. Wykonano ją z innego rodzaju kamienia.

Aladon zagwizdał cicho.

– Masz rację. – Opuścił rękę. – Kiedy Itonoka rzekomo splądrował to miasto?

– Wyliczyliśmy, że pod koniec miesiąca śniących drzew zeszłego roku.

– Trochę ponad miesiąc temu – mruknął major. – Powinien panować tu chaos. Zwalone fragmenty muru, rozpieprzona w pizdu brama, dymy nad płonącym miastem. Gdzie jest chaos, ja pytam?

– Pewnie ta brama…

– Tak. Ale jak można odbudować bramę w miesiąc? – Pokręcił głowę, jakby zniesmaczony. – Za dobrze sobie radzą. – Odwrócił konia do Dreszcza. – Dawaj dzieciaka.

– Po co? – spytał podejrzliwie niewolnik.

– Przestań spinać i dawaj go.

Dreszcz wiedział, że w gruncie rzeczy ma niewielki wybór. Żołnierze dookoła już łypali na niego z niechęcią. Dlatego ujął Radirzjana pod ramiona, podniósł go i przesadził przed oficera.

– W porządku – mruknął Aladon. – Teraz możemy jechać.

Spiął konia do galopu. Runęli w dół wzgórza i ruszyli do miejskiej bramy. Dreszcz widział już sylwetki strzegących jej wartowników. Ku jego zdumieniu drewniane wrota zaczęły się otwierać. Z wnętrza miasta wylała się gromada konnych. Kilkudziesięciu było odzianych w powyginane zbroje i wytarte opończe, ale reszta miała czarne pancerze i płaszcze kahrańskiej kawalerii.

– Zmiotą nas – ostrzegł Huwar, podjeżdżając do Aladona, który powściągnął konia, unosząc rękę, by także reszta oddziału zwolniła do lekkiego kłusu.

Dreszcz jechał kilka kroków za nimi. Na słowa porucznika zadrżał. Nie miał najmniejszej ochoty stracić głowy tutaj, już u kresu całej tej szalonej awantury.

– Wiem – warknął z niezadowoleniem major. – W razie czego rozproszyć się i uciekać. Miejcie oczy szeroko otwarte. Jeżeli zauważycie jakiekolwiek oddziały z boków lub za nami, natychmiast bierzemy dupy w troki. – Odchrząknął nerwowo. – Ustawcie ludzi w szyku – rzucił do swoich oficerów. – Tamci stoją jak od linijki.

Porucznicy rozjechali się do swoich plutonów. Padły ostre komendy i po chwili bezładna zbieranina zdrożonych jeźdźców przegrupowała się, zmieniając w przyzwoicie ustawiony oddział. Na czele jechał Aladon.

– Oddział stać! – ryknął Aladon. – Sztab do mnie!

Zatrzymali się kilkaset metrów przed pierwszym szeregiem kawalerzystów. Teren im nie sprzyjał – znajdowali się niżej niż tamci – ale taka odległość pozwalała jeszcze na reakcję, gdyby przeciwnik rozpoczął szarżę.

Psy Aladona skomlały i poszczekiwały nerwowo, kręcąc się przy nogach jego konia. Major rozejrzał się niepewnie.

– Prezentuj broń! – krzyknął damski głos od strony kawalerzystów.

Zbrojni wyrwali z pochew miecze, unosząc je w salucie do nieba. Koń Dreszcza zarżał nerwowo. Aladon ściągnął wodze swojego.

Między oddziałami przejechała ubrana w czarny płaszcz kobieta z futrzaną czapą na gęstych włosach, przy których bieli śnieg wydawał się szary. Była oszałamiająco piękna. Za nią podążała bardzo niewielka obstawa – zaledwie dwóch mężczyzn: jeden drobny, owinięty w opończę, drugi wynędzniały, ale znajomy, przybrany w złoty płaszcz. Zatrzymali się na chwilę przed szeregami. Kobieta rzuciła ciche “spocznij” i wszystkie miecze wróciły do pochew. Później obejrzała się na mury. Dreszcz dojrzał ukrytych za blankami łuczników. Jest źle, pomyślał.

Biała kobieta spięła siwą, drobną klacz i ruszyła w kierunku kompanii Aladona. Zatrzymała się mniej więcej w połowie drogi, wyraźnie dając znać, że bliżej już nie podjedzie.

– Majorze? – szepnął Yanderon.

– Yanderon, Dreszcz, jedziecie ze mną – powiedział cicho Aladon. – Reszta zostaje. Gdyby coś się wydarzyło, zostawcie nas. Wracajcie do Domu Pierwszych Zdobywców i donieście o miejscu przebywania zdrajców.

Dreszczowi ta decyzja niespecjalnie przypadła do gustu, ale przez wieki niewolniczej służby nauczył się wykonywać rozkazy bez gadania. Ponieważ Yanderon zajął miejsce po prawicy majora, nieco z tyłu; Dreszcz zdecydował się na analogiczną pozycję po lewej.

Lekkim kłusem zbliżyli się do pocztu przeciwników. Psy Aladona pobiegły za nimi. A jednak mamy przewagę liczebną, uznał Dreszcz.

Major zatrzymał wierzchowca kilka kroków przed białą kobietą. Z tej odległości Dreszcz wreszcie rozpoznał noszącego złoty płaszcz Maghara. Były generał wyglądał zdecydowanie nędzniej niż za czasów Geshwanka – policzki miał zapadłe, oczy podkrążone, rysy twarzy ostrzejsze.

Radirzjan także go rozpoznał. Poruszył się na siodle Aladona tak gwałtownie, że spadłby, gdyby major nie przytrzymał go za ramię. Jednocześnie oficer sięgnął do buta, wyciągnął z niego wojskowy nóż i przyłożył do szyi czterolatka, który gwałtownie złapał powietrze i znieruchomiał.

Maghar odruchowo spiął konia, który ruszał już z miejsca, gdy biała kobieta zerknęła na niego przez ramię. Były generał uspokoił wierzchowca i zacisnął gniewnie wargi.

– Niezbyt to grzeczne, grozić krewnym mojego adiutanta – stwierdziła łagodnie kobieta w bieli.

– Pani Geshwank, jak mniemam – warknął Aladon.

Uśmiechnęła się z uprzejmym zaskoczeniem.

– Owszem. Skąd pan…?

– Pracuję w wywiadzie. Nie jestem głupcem – odrzekł. – Dała mi pani bardzo wyraźne wskazówki. Poza tym tylko żona Radirzjana Geshwanka miałaby jakiekolwiek prawa do tronu… gdyby rzeczywiście istniała.

– Rozumiem pana wątpliwości, ale…

– Nie mam wątpliwości! – wpadł jej w słowo Aladon. – Przybyłem tu, narażając się na posądzenie o zdradę, nie po to, by wysłuchiwać bajek. Żądam wyjaśnień odnośnie wiadomości, które mi przesłano za pośrednictwem pierdolonej, tańczącej myszy. Jeżeli nie będą zadowalające, najpierw poderżnę gardło temu gówniarzowi, a później skrócę panią o głowę.

– Majorze, mówi pan do królowej – odezwał się Maghar głosem drżącym tłumioną furią. – Radzę uważać na słowa.

Aladon prychnął i zachichotał.

– Zawsze lojalny do granic przesady, prawda? – spytał. – Szkoda, że nie zawsze prawowitym władcom.

– Keytari Geshwank herbu Płonące Drzewo jest prawowitą władczynią Kahru.

Aladon skrzywił się.

– Kiedyś pewnie bym ci uwierzył…

– Nie ma potrzeby, by wierzyć komukolwiek na słowo – ucięła dyskusję Królowa. Zdjęła z dłoni skórzaną rękawiczkę. Na kciuku nosiła pierścień z czarnym kamieniem, w którym wyryto drzewo. Wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni płaszcza zwinięty w rulon papier. – To kopia – poinformowała, podając go Aladonowi. – Oryginał znajduje się w moich komnatach.

Major przez chwilę się wahał. Wreszcie wziął z jej ręki papier i podał go Yanderonowi. Ten rozwinął go i czytał, przygryzając wargi.

– To akt ślubu – stwierdził, nie kryjąc zaskoczenia. – Pieczęć i podpis wydają się być prawdziwe. Data się zgadza… – Obrócił papier na wszystkie strony. – Trudno określić wiek, to całkiem nowy dokument. Użyto czarnego, nieblaknącego atramentu, więc… – Pokręcił bezradnie głową. – Wydaje mi się, że jest prawdziwy.

Oddał pismo Aladonowi.

– Dreszcz, czyj to podpis? – spytał, podając papier niewolnikowi.

Dreszcz wziął akt z jego ręki. Pismo Keytari wydało mu się znajome. Natomiast podpis Geshwanka…

– Autentyk – stwierdził. – Wszędzie poznałbym te pochyłe, rachityczne litery. Za cholerę nie dało się tego nigdy odczytać.

– Ślub bez kapłana? – spytał z powątpiewaniem Aladon.

– Jego Wysokość nie należał do pobożnych – odpowiedziała Keytari. – Ja też się do nich nie zaliczam. Zresztą, to mimo wszystko dość skandaliczny związek, prawda? – Umilkła. – Do pełnoprawnego zawarcia małżeństwa nie potrzeba w Kahrze kapłana.

Aladon oddał jej pismo. Odsunął nóż od szyi Radirzjana i schował do buta.

– Skończyły mi się kontrargumenty – stwierdził. – Chyba rzeczywiście jest pani królową.

Po czym postawił na ziemię Radirzjana. Chłopiec pobiegł do Maghara, który natychmiast zeskoczył z konia, rozłożył szeroko ramiona i chwycił go w objęcia.

Pin It on Pinterest

Shares
Share This